Tydzień z głowy (542)

Posted on 18 lutego 2019

Parę dni w Warszawie

 View of Warsaw from the Royal Palace

Pojechaliśmy na trzy dni do stolicy. Mieszkałem tam parę ładnych lat i zdarza mi się tęsknić za tym miastem. Nie jest to jakaś szczególnie paląca tęsknota. Wylądowałem w Krakowie, parę latek przyjdzie mi tutaj przesiedzieć i nie ma z czego robić żadnej historii. Ale gdy myślę o swoim miejscu na świecie, to myślę o Warszawie.

Czwartek schodzi mi na poważnych negocjacjach biznesowych. Nadają się do tego mniej więcej jak kura do walk bokserskich. Siedzę w sali konferencyjnej, słucham jak prawnicy dyskutują ze sobą o najróżniejszych, prawniczych sprawach i przypominam sobie stare czasy, kiedy zgadzałem się na wszystko z automatu, bo wydawało mi się, że nie zasługuję na nic no i bardzo chciałem, żeby negocjacje już się skończyły. Wiem jakie to było cholernie głupie. Czułem się jak klaustrofobik w windzie. Zrobiłbym wszystko, żeby nie negocjować. Dziś już wiem ile straciłem przez tę kretyńską postawę i polecam każdemu artyście, by wysoko się cenił. Jeśli to zrobi, może i inni zaczną?

W piątek rozmawiam dla odmiany o promocji „Kultu”. Słucham co tam dla mnie wymyślili i jestem dość przyjemnie zaskoczony. Nieważne zresztą, o wszystkim przekonam się w maju. Pędzę podpisać jakieś umowy, generalnie biegam po mieście i usiłuję ogarnąć wszystkie swoje sprawy, których mam chyba więcej niż zwykle, w całym moim życiu.

Jeden wieczór spędzam z kumplem. Rozmawiamy na różne tematy z których wychodzi jeden wniosek: każdy ma w życiu przynajmniej jedną rzecz, wobec której jest kompletnie bezradny. Taki swój Kryptonit, którego nie przewalczy. Może jedynie unikać niebezpieczeństwa. Inaczej polegnie.

Dwa następne dni balujemy wśród ludzi, na całkiem fajnych imprezkach. W piątek u nowych, a w sobotę u bardzo starych przyjaciół. Dużo rozmawiamy, trochę pijemy i nie dzieje się nic niezwykłego. Dziś już jestem w domu, przepełniony spokojem i poczuciem, że doświadczyłem dobra. Ludzie są dla mnie dobrzy. To jest coś. Ale wymieniłbym coś jeszcze, wiarę we mnie i w to co robię, w różnorakie projekty, w jakie się zaangażowałem. Bardzo wielu ludzi uwierzyło we mnie, po prostu. Chyba było tak od dawna, ale dopiero teraz to czuję. Cóż. Wypada więc, abym uwierzył i ja.