Tydzień z głowy (544)

Posted on 4 marca 2019

Pewna tajemnica

Kaspar

Jest we mnie pewna przykra skaza, wobec której czuję się kompletnie bezradny.

Miałem fantastyczny weekend, jeden z najlepszych w tym roku. Pojechałem sobie do Warszawy, byłem na świetnym koncercie i jeszcze zabalowałem na zapleczu w zacnym a nawet zaszczytnym gronie. Sobotę spędziłem z przyjaciółmi. Było wspaniale. Naprawdę, dawno nie przeżyłem takich dobrych chwil, nie doświadczyłem tylu serdeczności. I jeszcze kupiłem sobie płyty.

Powinienem być szczęśliwy, a nie jestem. Przeciwnie, siedzę smutny w domu i nie wiem co ze sobą zrobić. Czuję się, jakbym kogoś zawiódł, nawet okradł. Właśnie tak – jakbym zabrał coś, do czego nie mam prawa, co nigdy nie należało do mnie.

Tak jest zawsze, kiedy spotyka mnie coś dobrego ze strony ludzi. Gdy spędzam czas z przyjaciółmi. W gruncie rzeczy, najgorszą rzeczą jaką można mi zrobić to powiedzieć, jak bardzo podobała się moja książka, ile znaczy, co zmieniła w sercu. Jestem wówczas bezradny i bezbronny. Szukam drogi ucieczki. Tak zawsze jest. Dobro strąca mnie w otchłań. Nie powinno. Nie wiem co z tym zrobić.

Ale wpierdolcie mi, spróbujcie mnie skrzywdzić. Wtedy się wścieknę, nakręcę i będę walczył do ostatniej kropli krwi. Nakręcę się wściekłością i mocą tak, że aż o sobie zapomnę. Będę czystym, rozjuszonym szczęściem.

Tak nie powinno być, a jednak jest. Ludzie byli dla mnie dobrzy, a ja siedzę i myślę tylko o tym, że jestem pojebanym niewdzięcznikiem. Nic mądrzejszego nie umiem napisać. Nie potrafię i już. Zobaczę sobie lepiej jakiś wesoły film. Herzoga, czy coś podobnego.