Tydzień z głowy (546)

Posted on 18 marca 2019

Herbatka. Cyklu spożywczego część czwarta.

pirat 

O ile mnie pamięć nie myli, nigdy nie zrobiłem sobie herbaty. W knajpie zamówiłem ją może pięć razy w ciągu całego życia. Innymi słowy, z herbatą niezbyt mi po drodze.

Właściwie pijam tylko cztery napoje: wodę, kawę, piwo oraz whisky. Woda nawadnia i gasi pragnienie, kawa pobudza, alkohol leczy duszę. Inne wynalazki nie są mi potrzebne.

Oczywiście, czasami pijam herbatę. Dzieje się to wówczas, gdy ktoś ją poczęstuje. Moja dziewczyna robi dużo herbaty i nieraz nakłania mnie, abym ją wypił. No to piję, po części dlatego, że chyba jej zależy na tej herbacie. Chciałaby, ta dziewczyna, aby mi zasmakowało. Poza tym, skoro mam herbatę, nie muszę sięgać po wodę. To takie proste.

Herbata jest napojem dzieciństwa. Nie mieliśmy soków ani coca-coli, w sumie nikt nie miał, takie czasy były. Więc rodzice szykowali mi herbatę, taką prawdziwie polską, w wysokiej szklance z koszyczkiem. Do obiadów był kompot, do śniadania i kolacji herbata. Świat czekał na utratę prostoty.

Pamiętam też drobną hecę związaną z herbatą. Miałem cztery, może pięć lat. Z tatą siadywaliśmy w kuchni, tato niesłychanie wysoki z mojej dziecięcej perspektywy, brodaty jak Rasputin, ze srebrnym krzyżem zatopionym we włosach na klacie. Herbatę szykował na blacie kuchennym, pod jarzeniówką. Powtórzę, takie czasy były – pod szafkami zawieszonymi na kuchennej ścianie mieliśmy dwie jarzeniówki, dające rwane, lodowate światło.

Zabawa zawsze wyglądała w ten sposób. Tato prosił mnie, żebym postawił tę herbatkę najładniej jak się da, więc kładłem ją na spodeczku tak krzywo, jak tylko się dało, bez wylewania. O to też chodziło, żeby jej nie wylewać. Oczy ojca srożyły się zza okularów, drżała piracka broda i tatko huczał, już krztusząc się ze śmiechu:

-Jakże ty stawiasz tę herbatkę!

Taki był nasz rytuał z herbatką, powtarzany przez miesiące, może nawet dłużej, takie jest też wspomnienie.