Tydzień z głowy (551)

Dwa krzyże

 IMG_1853

Wśród wielu opowieści o Kazimierzu Domańskim i objawieniach w Oławie jest i taka o krzyżu. Natrafiłem na nią podczas pracy nad „Kultem” ale w końcu nie znalazła się w książce. Krzyż był dość duży. Takie widujemy czasem na wsiach, na skrzyżowaniach dróg. Pielgrzymi i sympatycy Domańskiego (w książce nazywam ich jeremiaszami) modlili się pod nim i doświadczyli wielu cudów. Wirowało słońce. Hostie spadały z nieba, takie rzeczy.

W latach dziewięćdziesiątych Domański zbudował własną świątynię i krzyż wylądował właśnie tam. Po śmierci, cała parcela, z budynkiem kościoła, kaplicą, plebanią, domem pielgrzyma, garażami oraz wielkim parkiem została przekazana Kościołowi katolickiemu. Księża rozpoczęli czyszczenie pamięci po Domańskim. Usunięto tablice upamiętniające działalność wizjonera, a sam krzyż ksiądz wyrzucił na śmietnik. Nie wiem czy to prawda. Tak słyszałem. Jeremiasze mi powiedzieli. Faktem jest, że przechowują ten krzyż i używają go w swoich uroczystościach.

Jestem ateistą, a gdybym miał się modlić to tylko do Mamona, ale w księdzu wyrzucającym krzyż widzę niezwykłą podłość – jakby zaparł się wszystkiego kim powinien być, całego powołania. Ale przecież sam Kościół został powierzony człowiekowi o dość chwiejnym charakterze. Jest w tym logika.

Niedawno pojechałem na sesję zdjęciową na potrzeby „Kultu”. Fotki cykaliśmy na działkach. Leżała tam torba ze śmieciami. Kopnąłem ją, bo przeszkadzała w ujęciu i wypadł z niej mały drewniany krzyżyk. Natychmiast go podniosłem. Zrobiliśmy z nim kilka zdjęć. Ujął mnie ten niezwykły zbieg okoliczności, ten krzyż i tamten, jeden dla Domańskiego, a drugi dla mnie. Nie wierzę w Boga, lecz w istnienie znaczeń, które nadajemy naszemu życiu, w porządek wyłaniający się z chaosu na prawach symbolu. Dlatego zabrałem ten krzyż do siebie do domu. Nie powiesiłem. Leży sobie na barku. Obok figurki bogini Kali.