Tydzień z głowy (555)

Posted on 13 maja 2019

Wielka niechęć

space

Nie chce mi się pisać.

Nie chodzi nawet o tego nieszczęsnego bloga, prowadzonego nie wiadomo po co, skoro byle notka na facebooku cieszy się większą popularnością, chodzi raczej o pisanie jako czynność emocjonalno-intelektualną, o robotę, o sklecanie ze sobą słówek tak aby miały przynajmniej pozór treści.

Od dawna nie przepadam za pisaniem, ale dość dobrze ogarniałem tę czynność. W końcu jestem pisarzem, prawda? W książkach, w opowiadaniach, w ogóle w literaturze fascynuje mnie jej wymyślanie, a zwłaszcza reaserch kiedy mimochodem natrafiam na mnóstwo cudownych historii. Natomiast samo pisanie przypomina mozolną drogę do domu z zakupami, oczywiście na butach, gdy wiatr zacina deszczem i ochlapują nas samochody. Nic miłego, ale da się przeżyć.

Natomiast po „Kulcie”, po paru innych tekstach skumulowanych w międzyczasie pisane przypomina pałaszowanie zgniłych śliwek ze spalonego garnka. Porównałbym je również do lewatywy z tłuczonego szkła i zbiorowego udawania, że granat jest piłką plażową. Nasuwają mi się również metafory, w których główną rolę odgrywa rozrywanie końmi i nalot dywanowy. Mówiąc delikatnie, chodzi o sytuacje w których nikt nie chce uczesniczyć w szczególnie zaagnażowany sposób. Jutro znów będę coś pisał i już teraz targają mną torsje, jak nieszczęsnego Korybuta-Wiśniowieckiego po korniszonie.

Problem jest poważny o tyle, że jestem pisarzem, a więc powinienem pisać. Pisanie, wydawać by się mogło, jest podstawowym obowiązkiem pisarza, choć znam też takich co nie piszą, z powodzeniem odnajdując się w tym niełatwym zawodzie. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że mnie ten zaszczyt nie kopnie i będzie trzeba rypać dalej. Tak, na pewno. Piszę odkąd pamiętam. Wyrzuciłem z siebie miliony słów i właśnie dodaję kolejne do tej gargantuicznej puli. Całe życie z literkami. Każdy miał by dosyć.

Tłumaczę sobie, że doświadczam normalnego zmęczenia „Kultem”. W tej książce zawarłem wszystko, co miałem do powiedzenia, nic nie zostawiając na później. Nie twierdzę, że to koniec pisania, bo mam inne, pozapowieściowe plany. Powieść też się zdarzy. Kiedyś. Ale ile minie czasu, nim znów się napełnię?