tydzień z głowy (557)

Posted on 27 maja 2019

Dobroć

sun

Siedzę sobie w warszawskiej knajpce. Piję piwko. To drugie i ostatnie piwko dzisiaj. Nie powinienem w sumie go pić, ale miałem straszną ochotę. A miałem ją, bo jestem bardzo szczęśliwy.

Tygodniowa trasa promocyjna „Kultu” dobiegła końca. Zjechałem całą Polskę. Odwiedziłem pięć miast. Czytelnicy przyszli. Na spotkaniach wielu z nich wyraziło myśl, że moja książka jest dla nich ważna. Pytają o Henia, pytają o Zbyszka. Trafiłem do serc.

„Kult” sprzedaje się jak szalony. Moje książki często uzyskiwały przyzwoite wyniki, ale takiego zainteresowania jeszcze nie było. Na warszawskich targach wydawca domówił „Kult”. Tak szybko schodziło.

Są jeszcze inne, dobre rzeczy, których nie wolno mi jeszcze ogłosić. Będę je ujawniał stopniowo, kiedy prawnicy pozwolą. Powiem w ten sposób: jeszcze parę razy o mnie usłyszycie.

Przez całe życie czekałem na dzień taki jak ten. Właściwie pogodziłem się z tym, że on nigdy nie nastąpi. Uznałem, skądinąd słusznie, że los jest dla mnie wystarczająco łaskawy. Okazało się, że naszykował jednak kilka niespodzianek.

Napiszę coś banalnego, co jednak ciśnie się na usta. Nie warto rezygnować z marzeń. Wiele razy wątpiłem, ale nigdy się nie poddałem. Mamy, kurwa, jedno życie i warto je przeżyć tak jak trzeba, bez kompromisów.

A za dwie godziny wsiądę do pociągu i wrócę do domu, który kocham. Nic, z tego co się zdarzyło nie miałoby żadnej wartości. Wszystko dla domu. Wszystko przez dom.