Tydzień z głowy (558)

Posted on 3 czerwca 2019

Kraina zmartwień

oedipus-and-the-sphinx-frans-xavier-fabre

Odkąd pamiętam, zawsze się czymś martwiłem. Jestem trochę jak stara baba. Szukam dziury w całym, narzucają mi się okoliczności krzywdzące.

Martwię się właściwie wszystkim. Na przykład, gdy wydawałem ostatnią książkę martwiłem się tym, że nie spodoba się czytelnikom, że nie będzie schodzić. Schodzi i się podoba, więc zamartwiam się, że doświadczam jakiejś wyjątkowej łaski, na którą nie zasłużyłem. Przed nagraniami telewizyjnymi trawi mnie troska, że coś pójdzie straszliwie źle. Kogoś obrażę, albo popuszczę spodnie. Gdy wszystko przebiegnie gładko (nagrałem jakieś 120 odcinków programów telewizyjnych własnego autorstwa) wracam do domu myśląc o tym, co zawaliłem mitrężąc cały dzień na pałętanie się przed kamerą.

Gdy nie mam roboty martwię się, że zdechnę z głodu. Gdy ta robota jest, nabieram pewności, że z niczym nie zdążę. Pewne zadania wydają mi się za trudne, inne znów nazbyt proste – w tej prostocie doszukuję się czyhającej pułapki. Wczoraj odwiedzili mnie przyjaciele. Było bardzo miło, wręcz cudownie, więc od rana trapię się tym, czy komuś nie zrobiłem przykrości, czy kogoś nie obraziłem.

Martwię się przyszłością. Martwię się przeszłością. Martwię się zdrowiem i śmiercią. Martwię się dziećmi. Martwię się dorosłymi. Tylko pieniędzmi się nie martwię, bo tak sobie obiecałem na któryś nowy rok. Martwię się więc, że nie martwię się pieniędzmi.

Żyję w nieustannym poczuciu nadchodzącej katastrofy, co rodzi dwie interesujące implikacje. Otóż, to nieustanne zamartwianie się nie przeszkadza mi w szczęściu. Jestem szczęśliwym człowiekiem, tak samo jak garbus, który mimo kalectwa może cieszyć się życiem. Po drugie i ważniejsze, ta wyczekiwana katastrofa nie nastąpiła. Przetrwałem wiele klęsk i upadków. Wychodziłem z nich poraniony, poturbowany, lecz nigdy ze stałym uszczerbkiem na ciele czy też duszy. Tak będzie. Przetrwam. Nieszczęścia, których się obawiam, nie doczekają się spełnienia.

Zabije, zmiażdży, pokona mnie coś, czego w ogóle się nie spodziewam. Piorun z jasnego nieba. Strzał w tył głowy. Coś takiego. Jakaś nagła, zaskakująca interwencja, której nie zdołam przewidzieć, w konsekwencji czego nie mogę się nią martwić. Martwi mnie ten brak zmartwienia.