Tydzień z głowy (360)

Posted on 17 czerwca 2019

Prawo łaski

witch 

Czasem myślę sobie o koncepcji łaski, obecnej u protestantów, o tym, że nasze życia (moje, twoje) są zapisane od początku do końca. Wyobrażam sobie nawet taką księgę, umieszczoną gdzieś w gwiazdach. Na jej kartach od zawsze zapisano, kto miał szczęście, a kto pecha. Komu windą w górę, kto zleci na ryj?

Nie wierzę w zbawienie ani potępienie. W życiu ciekawa jest właśnie jego skończoność. Mowa o gospodarce czasem, o łapaniu chwil i sensów. Wszystkie chwile umkną. Sensy nigdy nie zostaną odnalezione. Siedzę sobie w chujowym pociągu z Przemyśla do Krakowa, mam w sercu spotkanie z czytelnikami, które, dla odmiany było piękne, ciekawe i liczne. Ostatnio takich jest coraz więcej. Ale myślę właśnie o tym, o łasce, o arbitralności łaski, o lodowatym Bogu Lutra i Kalwina.

Przecież nie musiałem doświadczyć tego wszystkiego, co mi się przydarzyło. Wiele wskazywało na to, że nigdy nie będę miał takich spotkań ani tylu czytelników. Trudno nie myśleć o nich ze wzruszeniem. Jestem zdolnym i pracowitym facetem. Przedkładam wytrwałość wysoko nad talent. Ale jest wielu takich. Ich losy pobiegły jakże odmiennie. Komu mam być wdzięczny? Z pewnością nie sobie.

Dawno temu Luter wyobraził sobie Boga, który tworzy i od razu określa. Wie kogo pokocha, a kim raczy wzgardzić. To bardzo ciekawe. Dlaczego stworzył tych wzgardzonych? Widocznie do czegoś ich potrzebował, tęsknił do gestu strącania duszyczek w otchłań, ewentualnie potrzebował przykładu dla tych drugich, dobrych, zbawionych. Tylko na co komu przykład, z którego nie sposób się nauczyć?

Boga nie ma, lecz sama intuicja jest trafna. O powodzeniu lub klęsce decyduje ślepy los: nie wybieram sobie miejsca urodzenia, ani tej, co mnie urodziła. Buduje mnie moja inteligencja i temperament, nigdy na odwrót. Wierzę w możliwość pracy nad charakterem. Istnieje coś takiego – mozolny proces o niewiadomym rezultacie. Zawsze wyjdzie coś innego, niż oczekujemy. Jestem jak kamień toczony przez dno rzeki. Z czasem się wygładzę i tyle.

Dlatego tak bardzo nie lubię naprawiaczy dusz: księży, trenerów rozwoju osobistego i innych kuglarzy sukcesu. W ich naukach widzę jakiś głęboki fałsz, zbudowany na koniunkturze lub naiwności. Po prostu, żerują na nadziei i lęku przed klęską.