Tydzień z głowy (559)

Posted on 10 czerwca 2019

Sen o zabijaniu

ivan

Znów przyśnił mi się ten sam sen. Sen o zabijaniu. Powraca do mnie od kilku miesięcy.

Śniło mi się, że dawno temu zabiłem człowieka. Nikt nie zdołał powiązać mnie z morderstwem. Nie znalazłem się nawet w kręgu podejrzanych. Ale teraz, po jakichś dwudziestu latach wyszły nowe dowody. Wskazują na mnie. Jeszcze nie zostałem aresztowany i postawiony przed sądem. Wiem jednak, że to nastąpi.

To bardzo realny sen. Żyję w nim życiem, które mam, otoczony przez ludzi, którymi naprawdę się otaczał. Rozpoznałem swój dom, osiedle, miasto. Zajmowałem się swoimi codziennymi sprawami. Dławił mnie strach przed utratą tego wszystkiego i publiczną hańbą. Trochę siara być mordercą. We śnie miałem również czterdzieści dwa lata. Wiedziałem, że nigdy nie wyjdę z więzienia. Wiedziałem, że wszystko co robię (spacer do sklepu, pościelenie łóżka, tosty szykowane na kuchennym blacie) zapewne robię po raz ostatni. Strata była odwleczona w czasie, lecz pewna.

Podczas snu towarzyszyło mi poczucie niesprawiedliwości. Trochę, dziwne, bo przecież zabiłem. A może nie ja? Przecież dwadzieścia lat temu byłem zupełnie innym człowiekiem. Nic z niego nie zostało. Ani jedno marzenie. Ani jedna komórka. Przeobraziłem się całkowicie i kompletnie. Nie rozumiałem więc, dlaczego spotyka mnie kara, skoro zabił tamten, a nie ten Łukasz. Wejdźcie w maszynę czasu. Znajdźcie prawdziwego winnego. Swoją drogą tego samego, idiotycznego przecież argumentu użył Sartre wypowiadając się na temat procesu Eichmanna w Jerozolimie.

Nie żałowałem ofiary. Ani trochę. I nagle zrozumiałem, że jest nią właśnie ten dawny, młody Łukasz, który chciał podpalić świat, pił tanie piwo i wierzył, że ludzie są wszystkim. Zamordowałem siebie. Nieubłagana kara jest już blisko.