Tydzień z głowy (564)

Posted on 22 lipca 2019

Migawki z tygodnia

 train

We wtorek jestem na pogrzebie koleżanki. Zmarła nagle w tragicznych okolicznościach. Pogrzeb poprzedza msza w kościele na warszawskich Bielanach, potem pomagam nosić kwiaty, jadę na cmentarz bródnowski, a stamtąd na stypę. Stypa jest wystawna. Pieniądze nie odpędzą śmierci. Przyglądam się zgromadzonym, piję trochę wina, rozmawiam z ludźmi, a wszystko jest kompletnie nierzeczywiste, nawet nie jak sen, lecz jak inscenizacja, jak bal maskowy. Kostiumy, nie ubrania. Tekturowa urna. Przysiągłbym, że za chwilę, pomiędzy żałobników wyłoni się zmarła tylko całkiem żywotna, parsknie śmiechem i zacznie mówić o tym, jak ładnie zrobiła nas wszystkich w konia.

W środę i czwartek biegam po Warszawie. Załatwiam masę spraw i te sprawy, ku mojemu zdumieniu, rzeczywiście są załatwione. Po drodze orientuję się, że tęsknota za tym miastem zdechła we mnie do reszty. Lubię Warszawę tak jak się lubi wesołego sąsiada. Pogadam chwilę, pocieszę się obecnością, lecz raczej nie wpuszczam do siebie. Na powrót wrosłem w Kraków. Nie spodziewałem się tego po sobie, lecz nie będę się z tym kłócił. Jest jak jest. Za to w środowy wieczór z przyjaciółmi idziemy na wódkę do jakiejś knajpy w okolicach Ząbkowskiej. Walimy z kieliszków, zagryzamy mięsem, mówię dużo i bez sensu, chwiejnym krokiem, z przyjaciółmi, wracam do hotelu.

W sobotę wstajemy rano, sprzątamy mieszkanie, a wczesnym popołudniem pędzę na dworzec gdyż mam spotkanie autorskie w Łodzi. Pociąg jedzie trzy godziny. Oglądam stary film z Vincentem Price, czytam książkę i wpycham w siebie obiad. Łódź przyjmuje mnie ciepło. Jakiś zacny człowiek zrobił dla mnie mural (po prawdzie zwykły napis) na śmietniku. Czuję się wzruszony jakbym dostał tuzin nagród literackich jednocześnie. Na samym spotkaniu tłumy jakich chyba jeszcze nie było. Pytają, cieszą się z mojej obecności. Żegnam ich pośpiesznie, gdyż chcę zdążyć na pociąg. Zdążam ponieważ pociąg się spóźnia. Cały pobyt w Łodzi trwał dwie i pół godziny. Podróż powrotną przesiaduję w Warsie. Jem pierogi. Współpasażer opowiada o zegarkach inwestycyjnych.

Jestem dla nazbyt wielu ludzi. Przez to – nie wystarczający.