Tydzień z głowy (565)

Posted on 29 lipca 2019

W domu

oldhouse

fot.   Mike Yakaites

Spędziłem tydzień ciurkiem w domu. Po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy. Ostatnie pół roku spędziłem na walizkach. Promowałem „Kult”, załatwiałem sprawy w Warszawie, realizowałem zamówienia telewizyjne, w konsekwencji czego częściej widywałem dworzec niż najbliższych.

Wstaję o ósmej. Robię śniadanie dziecku i zabieram się za pracę. Tej akurat nie brakuje, choć to spokojna, sympatyczna praca – kolejne zadania są realizowane krok po kroku, bez żadnych większych perturbacji. Wróciłem do książek, może dlatego, że mówię o nich w radiu. Dużo czytam. Radość sprawia mi powrót do starych pisarzy science-fiction. Do Artura C. Clarke’a, do Kurta Vonneguta. O własnym pisaniu nie myślę wcale, choć jesień się zbliża, a wraz z nią prace nad zaplanowanym na rok przyszły zbiorkiem opowiadań. Ostatnie moje opowiadania ukazały się dziesięć lat temu. Przez tę dekadę zmieniło się wszystko.

Popołudniem Gąska wraca z roboty i nudzimy się wspólnie. Oglądamy filmy. Próbujemy zagrać w coś z dzieckiem. Jemy kolację, rozmawiamy. Życie jest zwyczajne. Wieczorem dom zasypia. Siedzę sobie w ciszy. Czytam coś, albo gram na konsoli. Częściej czytam niż gram, bo szkoda mi tej ciszy.

Czasem wyjdę do ludzi. We wtorek posiedziałem z przyjaciółmi i posłuchaliśmy muzyki, którą znamy aż za dobrze. Chyba niczego innego od niej nie oczekujemy, od nas samych również. Znamy się aż za dobrze, wypełniamy sobą przestrzeń jak dźwięki. To oswojony świat, tak bardzo mi drogi.

W sobotę byłem na urodzinach kumpla, skądinąd wspaniałego artysty, który mam nadzieję dostąpi jeszcze zasłużonych benefitów. Pięćdziesiąt pięć lat! Gdzie ja będę w tym wieku? W gruncie rzeczy chciałbym być trochę taki jak ten mój przyjaciel, mocny, wesoły, spoglądający z ufnością w przyszłość. Myślałem trochę o nim, o sobie, ale przede wszystkim cieszyłem się chwilą: ogródkiem piwnym na Salwatorze, dobrym towarzystwem, rozmową, ciepłą nocą.

Przez większość swojego życia byłem przekonany, że niedługo umrę, więc żyłem tak jakby zostało mi pół roku na tym, jedynym przecież świecie. Zawsze też byłem gotów do drogi. To takie romantyczne: porzucić wszystko i ruszyć dalej,  ku nieznanemu. Teraz już nie chcę nigdzie iść i pożyłbym jeszcze trochę.