tydzień z głowy (570)

Wieczór w Gdyni

gdynia

Pojechałem wczoraj do Gdyni.

Do pociągu wsiadłem z kumplem i przegadaliśmy całą drogę o rzeczach tak ważnych, jak metal albo życie. Wypiłem piwo w Warsie i zjadłem tam obiad. Wszystko za oknem było znajome. Nie wiem dlaczego, ale nieustannie rzuca mnie do Trójmiasta.

Spotkałem się z czytelnikami a potem z przyjaciółmi. Zresztą, o czytelnikach myślę jako o przyjaciołach. Coś musi nas łączyć, skoro spotykamy się w książkach. Nie siedzieliśmy jednak długo, bo jesteśmy dorośli a nawet zmęczeni.

Wieczorem nie miałem co ze sobą zrobić, więc poszedłem na spacer po tym mieście. Zawędrowałem nad chłodne morze, przysiadłem w knajpce, pokręciłem się gdyńskimi uliczkami. Przypomniało mi się, jak w dzieciństwie śniłem o morzu. Oddałbym wszystko, żeby tutaj przebywać. Ale mieszkaliśmy w Krakowie, wyjazd do Trójmiasta oznaczał wyprawę zabierającą dzień i kawałek nocy. Teraz wystarcza pięć godzin w pociągu.

A potem zorientowałem się, że to miasto jest moje. Mam tutaj własne trasy spacerowe i ulubione zakątki. Wiem, w której knajpce warto się napić, a gdzie zjeść. Nawet sypiam zawsze w tym samym miejscu. Rozpoznaję sklepy. Na dworzec dojdę z zawiązanymi oczami. Są tu dobrzy ludzie, za którymi tęsknię.

Gdynia jest trochę jak ja. Młoda na zewnątrz i stara w środku. Wywodzi się z jakiejś historii, a jednak niemal żadnej nie posiada.

Mam więc swoje czwarte miasto, po Krakowie, Warszawie i Oławie. Miejsce, w którym czuję się jakbym się tutaj urodził. Kto wie, może kiedyś napiszę o Gdyni książkę?

A teraz pora wstać. Wracam do domu.