Tydzień z głowy (572)

Czlowieczeństwo starych

children-of-the-corn-590bffab73f11

Zastanawiam się kiedy zauważyłem, że moi rodzice są ludźmi.

Obracam w głowie ten kompletnie nieistotny problem od paru dni, co najmniej od piątku. Był ze mną, gdy wsiadałem do pociągu, na spotkaniach w Warszawie i Łodzi, na urodzinach mojego przyjaciela i parę godzin później, kiedy piłem tanią whisky i z wysokości ósmego piętra obserwowałem stolicę.

Problem jest ciekawy. Moment, w którym uznajemy innych ludzi za ludzi z pewnością świadczy o naszym człowieczeństwie. Z rodzicami sprawa jest jeszcze bardziej złożona. Bardzo długo uważałem, że mama i tata istnieją wyłącznie dla mnie. Może dlatego, że nie mam rodzeństwa, a nasza rodzina jest bardzo mała.

Jak sądzę, widziałem rodziców oczami Boga biskupa Berkeleya. Istnieli ponieważ mogłem na nich spoglądać. Dawali jeść, opowiadali bajki, zabierali na spacery i kupowali zabawki. Oj, zabawki to ja uwielbiałem. Rodzice istnieli dla mnie. Istnieli  – bo ja istniałem. Moja dziecinna głowa nie dopuszczała myśli o jakiekolwiek, osobnej względem mnie, rodzicielskiej aktywności. Rodzice nie mieli zainteresowań, pasji ani trosk. Pracowali i jedli – bo byłem.

Kiedy to zaczęło się zmieniać? Kiedy zobaczyłem, że mama i tata to też ludzie? Mam w tym względzie wiele wątpliwości. Być może naprawdę zrozumiałem to, kiedy się rozstali. Sam rozwód przyjąłem względnie spokojnie, ale chyba właśnie wtedy zmieniłem swoje nastawienie. Rodzic rozwodzący się, rodzic który odchodzi kieruje się przecież własną, niezależną ode mnie potrzebą. Porzucony przezywa swój smutek bez względu na mnie.

W jakiś sposób, uczłowieczyłem moich rodziców gdy przestaliśmy być rodziną.