Tydzień z głowy (574)

Moje życie marne w świetle Zielonej Góry

IMG-3375 

Pierwszy raz do Zielonej Góry przyjechałem na Polcon. Dwa miesiące wcześniej rozpadło się moje małżeństwo. Julek ledwo co skończył rok. Mieszkałem w jakiejś potwornej norze, miałem głównie długi, a świeże rany zalewałem wytrawną kadarką. Ulokowali mnie w jakimś akademiku i idę o głowę, że wziąłem udział w panelu „Młode wilki polskiej fantastyki”. Szkoda, że nie nosorożce. Byłem też nominowany do Zajdla, nie mam pojęcia nawet za co, wiem natomiast, że cholernie chciałem tego Zajdla dostać. Niewielu rzeczy pragnąłem równie mocno, jak tej nagrody. Potrzebowałem po prostu, aby w moim życiu zdarzyło się coś dobrego. Łaknąłem znaku, nadziei. No ale Zajdla dostał Witek Szostak, dzięki czemu dowiedziałem się czegoś o sobie – mam wiele wad, ale próżno wśród nich szukać zawiści (zawiść w ogóle poczułem tylko raz, o czym może kiedyś napiszę). Zamiast cieszyć się nagrodą, cieszyłem się radością mojego przyjaciela. Zajdla zresztą dostałem dekadę później, kiedy już przestałem pisać fantastykę i w ogóle nie myślałem o żadnym Zajdlu i byłem u progu nowego życia, które tak jak wszystkie moje życia okazało się burzliwe, groźne i piękne.

Potem do Zielonej Góry przyjeżdżałem jeszcze kilkukrotnie, więc nie wiem czy epizod, który chcę przywołać zdarzył się podczas jednego czy też dwóch pobytów. Uroczyście wręczono mi kamizelkę klubową. W ten sposób zostałem członkiem klubu Ad Astra, co poczytuję sobie za zaszczyt. Pamiętam ten dzień. Byłem bardzo szczęśliwy. Ale dopiero teraz, pisząc te słowa uświadomiłem sobie, że klub Ad Astra jest jedyną organizacją do której kiedykolwiek należałem i należę. Nigdy nie byłem w żadnej partii, organizacji zrzeszającej twórców, czy osiedlowym kółku grania na grzebieniu. Ad Astra jest jedyną formą przynależności na jaką się zgodziłem. A potem lub przedtem spędziliśmy popołudnie z Maćkiem Parowskim, ja i moja ówczesna dziewczyna. Nie wiem o czym rozmawialiśmy. Na pewno myślałem, że zawsze będziemy razem, ja i ona, że będę do końca życia pisał horrory, mieszkał w Warszawie, miał nieśmiertelne koty o imieniu Prezes i Kreska, a już na pewno gdy piłem to wino nie przyszło mi do głowy, że wczesną jesień 2019 roku spędzę na wspominaniu Maćka w radio i na memoriale mu poświęconym. Maciek, jak sądzę, też nie przewidział, że Jego życie już się kończy.

Teraz czułem się jak stary rycerz powracający do bajkowego królestwa, które opuścił wybierając dorosłość. Byli inni rycerze, paziowie, księżniczki, a sam Napoleon Fandomu polewał whisky spod stołu, gdyż tak nakazuje dobry konwentowy obyczaj. Dostałem dwa nosorożce. Jacyś dobrzy ludzie przynieśli mi nasze wspólne zdjęcie do podpisania. To znaczy zdjęcie na którym jestem oni i ja. Będę wisiał u nich w domu, co trochę cieszy, trochę niepokoi. Wręczono mi też nagrodę, Puchar Bachusa za „Kult” co traktuję jak radość samą w sobie ale i dobrą wróżbę. Poza tym nie wpuszczono mnie do knajpy po byłem w dresie. Myślę, że w tym ciągu wydarzeń kryje się odpowiedź na pytanie kim jestem i jak wygląda moje życie. Człowiek może wyjść z fantastyki, ale fantastyka nie wyjdzie  z człowieka. Już jej nie piszę. Raczej nigdy nie będę pisał. Ale „Kultu”, „Innej duszy”, moich programów telewizyjnych nie byłoby gdyby nie ci ludzie, nie fantastyka.