Tydzień z głowy (575)

Nowa książka

 ninth

 

Przygotowuję nowy zbiorek opowiadań. Na razie idzie bardzo źle. Nie mam nawet tytułu.

Mam wiele starych tekstów. W gruncie rzeczy, moje krótkie formy rozproszone po antologiach i czasopismach tworzą nielichą bibliotekę. Mógłbym wsadzić je w okładki i już. Ostatni zbiorek, „Nadchodzi” ukazał się dziesięć lat temu. Mógłbym sprokurować nowy najtańszym kosztem.

Ale nie. Ubzdurałem sobie, że przygotuję zbiór złożony w przeważające części z tekstów premierowych. Mam kilka starych, niezłych opowiadań wydrukowanych w nieistniejącym już „Bluszczu”, które chyba warto przypomnieć.  Chcę jednak, aby mniej więcej dwie trzecie tego mglistego, nie zatytułowanego nawet zbiorku wypełniały teksty nowe. Tak powinien myśleć odpowiedzialny artysta. Sprzedaje czytelnikowi coś, z czym ten jeszcze się nie zetknął.

Problem w tym, że te opowiadania muszą jakoś powstać. Nie wezmą się z mgły ani spadku temperatur. Musze je nastukać, narypać, naklecić. Pomysłów nie brakuje, w gruncie rzeczy mogę brodzić w pomysłach. Gdyby pomysł był wartością literacką, laureatów Nike miałbym trzech tylko w swoim bloku.

Pisanie opowiadań różni się od pracy nad powieścią mniej więcej tak, jak bieg na sto metrów odróżnia się od maratonu. Inaczej rozkładasz siły, inaczej się przygotowujesz. Prócz tego, opowiadanie ma coś z igraszki, zawiera w sobie zgodę na niepowagę. Powieść nie może być żartem, bo nikt nie będzie śmiał się przez czterysta stron. Ale opowiadaniu już wolno.

Opowiadania zawsze pisałem z doskoku, między innymi aktywnościami, niczego nie planując. Nie miały ze sobą się wiązać, nie szukałem dla nich przyszłości. Przygotowanie zbiorku premierowych tekstów oznacza jednak wysiłek, którego nie przewidzieli nawet sportowcy: bieg na sto metrów zwielokrotniony tak, że zmienia się w maraton.