porusza i prowokuje...

Bez kategorii

Tydzień z głowy (555)

Posted on 13 maja 2019

Wielka niechęć

space

Nie chce mi się pisać.

Nie chodzi nawet o tego nieszczęsnego bloga, prowadzonego nie wiadomo po co, skoro byle notka na facebooku cieszy się większą popularnością, chodzi raczej o pisanie jako czynność emocjonalno-intelektualną, o robotę, o sklecanie ze sobą słówek tak aby miały przynajmniej pozór treści.

Od dawna nie przepadam za pisaniem, ale dość dobrze ogarniałem tę czynność. W końcu jestem pisarzem, prawda? W książkach, w opowiadaniach, w ogóle w literaturze fascynuje mnie jej wymyślanie, a zwłaszcza reaserch kiedy mimochodem natrafiam na mnóstwo cudownych historii. Natomiast samo pisanie przypomina mozolną drogę do domu z zakupami, oczywiście na butach, gdy wiatr zacina deszczem i ochlapują nas samochody. Nic miłego, ale da się przeżyć.

Natomiast po „Kulcie”, po paru innych tekstach skumulowanych w międzyczasie pisane przypomina pałaszowanie zgniłych śliwek ze spalonego garnka. Porównałbym je również do lewatywy z tłuczonego szkła i zbiorowego udawania, że granat jest piłką plażową. Nasuwają mi się również metafory, w których główną rolę odgrywa rozrywanie końmi i nalot dywanowy. Mówiąc delikatnie, chodzi o sytuacje w których nikt nie chce uczesniczyć w szczególnie zaagnażowany sposób. Jutro znów będę coś pisał i już teraz targają mną torsje, jak nieszczęsnego Korybuta-Wiśniowieckiego po korniszonie.

Problem jest poważny o tyle, że jestem pisarzem, a więc powinienem pisać. Pisanie, wydawać by się mogło, jest podstawowym obowiązkiem pisarza, choć znam też takich co nie piszą, z powodzeniem odnajdując się w tym niełatwym zawodzie. Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że mnie ten zaszczyt nie kopnie i będzie trzeba rypać dalej. Tak, na pewno. Piszę odkąd pamiętam. Wyrzuciłem z siebie miliony słów i właśnie dodaję kolejne do tej gargantuicznej puli. Całe życie z literkami. Każdy miał by dosyć.

Tłumaczę sobie, że doświadczam normalnego zmęczenia „Kultem”. W tej książce zawarłem wszystko, co miałem do powiedzenia, nic nie zostawiając na później. Nie twierdzę, że to koniec pisania, bo mam inne, pozapowieściowe plany. Powieść też się zdarzy. Kiedyś. Ale ile minie czasu, nim znów się napełnię?

 

 

Tydzień z głowy (554)

Posted on 6 maja 2019

Marzenia literackie

Jack

Ponieważ napisałem książkę i nie mam pomysłu na nową, fantazjuję sobie o książkach, które mógłbym napisać.

Napisałbym sobie horror. Zapewne nigdy tego nie zrobię, ale mam taką niepokorną fantazję. Mógłbym powiedzieć, że bierze się to z tęsknoty za młodością, wic w tym, że za żadną młodością nie tęsknię. Jestem stary. Chcę być stary. Ale napisałbym horror wiedziony odwieczną ambicją przeskoczenia siebie. Jakby nie było, wymyśliłem polską odmianę tego gatunku (oczywiście nie sam, należy wymienić Tadka Oszubskiego, Jarka Grzędowicza, Jurka Nowosada, Kazka Kyrcza, Dawida Kaina i pewno jeszcze paru innych) i chciałbym zrobić coś nowego, jak Mark Danielewski w „Domu z liści”. Oczywiście nie potrafię. Nie mam pojęcia jak miałaby wyglądać ta horrorowa rewolucja, którą mi się śni. Po prostu czasem tęskno mi do duchów.

Napisałbym książkę o kobiecie, z perspektywy kobiecej, z pierwszoosobową narracją. Bardzo bym chciał. To chyba moje najstarsze literackie marzenie. Można by sądzić, że wiem bardzo dużo o kobietach. Kochałem kobiety. Jedną kocham dalej. Zdarzało mi się nawet przyjaźnić z kobietami, nie idąc z nimi do łóżka. Kiedyś chciałem mieć córeczkę. Ostatnio coraz częściej dzwonię do mamy, prowadzę program o kobietach w telewizji, więc powinienem o nich wiedzieć całkiem sporo. Tymczasem jestem ciemny jak tabaka w rogu. Równie dobrze moglibyście mi kazać pisać powieść o średniowiecznych Chinach i to w języku Konfucjusza. Przypuszczalnie lepiej poradziłbym sobie z tym zadaniem. Może kiedyś się uda? Potrzebuję tej książki, bo chciałbym wreszcie zrozumieć kobiety. A bez rozumienia kobiet nie sposób zrozumieć świata.

Napisałbym książkę o napadzie na bank. Nie wiem dlaczego, ale myślę o tym od lat. Mowa o prostej historii, zresztą właściwie nie ma sensu, żebym się tłumaczył. Napad na bank to napad na bank i cześć. W swoich powieściach nie lubię (między innymi) rozciągnięcia w czasie. „Kult” opowiada piętnaście lat z życia bohaterów. „Exodus” w ogóle życie całe, o „Innej duszy” nawet nie chce mi się wspominać. Ta wymarzona, piękna książka o napadzie na bank będzie rozgrywała się w ciągu jednego dnia. Widzę ją jako piękną, dynamiczną, męską i akcyjną. Swoją drogą, czy gdybym w ramach zbierania materiałów rzeczywiście napadł na bank, to wyrok byłby mniejszy?

Już mam. Kobieta napada na nawiedzony bank. Takiego sukcesu literackiego świat jeszcze nie widział.

 

tydzień z głowy (553)

Co się stało, kochany artysto?

 edwin

Odświeżyłem sobie „Co się zdarzyło Baby Jane?”. To jeden z moich ukochanych filmów i totalny horror, choć próżno wypatrywać w nim duchów, wampirów, seryjnych morderców. Opowiada o najróżniejszych odcieniach zła, o jego głębi zamieszkującej w człowieku. Zastanawiam się, czy którykolwiek twórca filmowy dotarł równie daleko co Robert Aldrich.

Zło w człowieku niewiele mnie obchodzi, za to człowiek interesuje bardzo. W „Co zdarzyło się Baby Jane?” znajduje się wątek poboczny, który wcześniej mi umknął. Otóż stara, obłąkana, sadystyczna Jane Hudson w pijanym widzie decyduje się na wskrzeszenie swojej estradowej kariery. Występowała jako dziecko, pięćdziesiąt lat temu. Daje ogłoszenie w gazecie, że szuka muzyka do współpracy.

No i zgłasza się gościu, gościowi jest Edwin, Edwin przychodzi do tej starej, pijanej i szalonej baby, bo rozpaczliwie potrzebuje forsy, no i nie chce siedzieć cały czas w domu z uciążliwą matką. Jane zapytuje go o parę rzeczy, sadza za pianinem i zaczyna śpiewać piosenkę, którą zasłynęła jako gwiazda dziecięca, w czasach pierwszej wojny światowej. Ludzie już w kosmos zdążyli polecieć, a ona tańczy i skrzeczy o liście, wysyłanym tatusiowi do nieba. Jest potworna. Przerażająca. Jej śpiew, taniec, wygląd ucieleśnia tragedię ludzkiego losu.

Jane odbija się w oczach Edwina. Edwin jest pozbawionym złudzeń, cynicznym, dobrze zapowiadającym się alkoholikiem o gasnących artystycznych ambicjach. Wie, że współpraca z Jane będzie całkowitą katastrofą, po prawdzie żadną współpracą nie będzie. Mowa o przygrywaniu starej alkoholiczce i staczaniu się z nią coraz głębiej, w loch samooszukiwania się, fałszywych nadziei oraz słusznego poczucia klęski. Będzie się z nią kłócił, pocieszał i błagał, żeby mu zapłaciła. Rozpiją się we dwoje do reszty. Wkurwi się na nią i rzuci tę robotę. Potem wróci, z litości i dla stu dolarów tygodniowo. Obudzi się o czwartej nad rano przeklinając swój los. Poogląda kolegów występujących w filharmoniach.

To wszystko wie gruby, bezradny Edwin gdy patrzy i słucha rozśpiewanej Baby Jane. Wie też, że weźmie tę robotę bo nie ma żadnej innej no i nie chce siedzieć w domu sam z matką.

Nie każdy Edwin jest artystą. Ale każdy artysta był Edwinem.

Tydzień z głowy (552)

Wspomnienie o Tetrisie

tetris Ściągnąłem sobie Tetrisa na komórkę i pograłem trochę. Właściwie nie wiem dlaczego to zrobiłem, bo nie gram na telefonie, ani nawet na komputerze. Nie mam też tabletu. No ale Tetris to wspaniała gra, trochę jak domino albo szachy. Pozostaje nieczuła na upływ czasu. Bawi tak samo teraz, jak i ćwierć wieku temu. Tylko ja czerpię mniejszą radość z jakiejkolwiek zabawy.

W Tetrisa grałem kiedy leżałem w szpitalu chory na mononukleozę. Miałem może dwadzieścia lat. Warto dodać, że ta cała okropna mononukleoza była jedyną chorobą na jaką zapadłem w dorosłym życiu. Od tego czasu nie trafiłem do szpitala, ani nawet nie byłem u lekarza, wyjąwszy dentystę.

No ale wtedy byłem całkiem poważnie chory, leżałem w szpitalu i nudziłem się jak na pasterce. Koleżanka pożyczyła mi Tetrisa. Była to zwyczajne pudełko z grą elektroniczną, takie szare, z ekranem i wbudowanymi przyciskami. Nikomu nie śniło się o żadnych komórkach. Miałem gorączkę, czopy ropne w gardle, nie mogłem skupić się nad książką i szpital przetrwałem głównie dzięki graniu w Tetris.

Wyzdrowiałem, wróciłem do domu i Teris poszedł w odstawkę. Natychmiast zainteresował się nim mój stary. Tatko był przeciwnikiem tak zwanych gier komputerowych. Po prostu ich nie rozumiał i zastanawiał się głośno nad dziwaczną ambicją osiągnięcia czegokolwiek na ekranie. Do pewnego momentu w życiu dość dobrze ogarniał nowinki techniczne, znał się na samochodach, magnetowidach i sam robił meble. Ale nigdy nie nauczył obsługiwać się komputera i dopóki żył, z okazji zmiany czasu przestawiałem mu zegarek w komórce. Myślę, że jakaś (niekoniecznie świadoma) część psychiki ojca zrozumiała, że świat gwałtownie przyspiesza i nie warto go gonić.

Ale chwycił tego Tetrisa i grał całymi godzinami. Siedział w czarnym fotelu, w swojej pracowni i klikał. Były dni, kiedy nie robił niczego innego. Cieszył się okropnie tą zabawką, a ja liczyłem, że przekonam go do innych gier, do czego oczywiście nie doszło. Pozostał wierny Tetrisowi przez długie tygodnie. Naprawdę dobrze mu szło. Aż raz zerknąłem mu przez ramię i zobaczyłem, że robi poważny błąd.

Pokazałem mu, że można obracać figurki i cieszył się grą jeszcze bardziej.

Tydzień z głowy (551)

Dwa krzyże

 IMG_1853

Wśród wielu opowieści o Kazimierzu Domańskim i objawieniach w Oławie jest i taka o krzyżu. Natrafiłem na nią podczas pracy nad „Kultem” ale w końcu nie znalazła się w książce. Krzyż był dość duży. Takie widujemy czasem na wsiach, na skrzyżowaniach dróg. Pielgrzymi i sympatycy Domańskiego (w książce nazywam ich jeremiaszami) modlili się pod nim i doświadczyli wielu cudów. Wirowało słońce. Hostie spadały z nieba, takie rzeczy.

W latach dziewięćdziesiątych Domański zbudował własną świątynię i krzyż wylądował właśnie tam. Po śmierci, cała parcela, z budynkiem kościoła, kaplicą, plebanią, domem pielgrzyma, garażami oraz wielkim parkiem została przekazana Kościołowi katolickiemu. Księża rozpoczęli czyszczenie pamięci po Domańskim. Usunięto tablice upamiętniające działalność wizjonera, a sam krzyż ksiądz wyrzucił na śmietnik. Nie wiem czy to prawda. Tak słyszałem. Jeremiasze mi powiedzieli. Faktem jest, że przechowują ten krzyż i używają go w swoich uroczystościach.

Jestem ateistą, a gdybym miał się modlić to tylko do Mamona, ale w księdzu wyrzucającym krzyż widzę niezwykłą podłość – jakby zaparł się wszystkiego kim powinien być, całego powołania. Ale przecież sam Kościół został powierzony człowiekowi o dość chwiejnym charakterze. Jest w tym logika.

Niedawno pojechałem na sesję zdjęciową na potrzeby „Kultu”. Fotki cykaliśmy na działkach. Leżała tam torba ze śmieciami. Kopnąłem ją, bo przeszkadzała w ujęciu i wypadł z niej mały drewniany krzyżyk. Natychmiast go podniosłem. Zrobiliśmy z nim kilka zdjęć. Ujął mnie ten niezwykły zbieg okoliczności, ten krzyż i tamten, jeden dla Domańskiego, a drugi dla mnie. Nie wierzę w Boga, lecz w istnienie znaczeń, które nadajemy naszemu życiu, w porządek wyłaniający się z chaosu na prawach symbolu. Dlatego zabrałem ten krzyż do siebie do domu. Nie powiesiłem. Leży sobie na barku. Obok figurki bogini Kali.

Tydzień z głowy (550)

Posted on 8 kwietnia 2019

Okruchy

 Wayne

Przypominają mi się różne rzeczy bez związku.

Myślę na przykład o gwieździe szeryfa. Ojciec przywiózł mi ją ze Stanów. Miałem może sześć lat. Gwiazda wyglądała dokładnie tak jak z westernu: srebrna, tłusta, blaszana. Problem w tym, że nie wiedziałem kim jest szeryf. Nie mieliśmy (chyba) w domu telewizora, a już na pewno nie widziałem żadnego westernu. Zapytałem ojca. Kim jest szeryf, tato? Odpowiedział, że to taki ktoś, kto pilnuje porządku. Wziąłem sobie do serca tę informację, wpiąłem gwiazdę w klapę i szukałem bałaganu. Wskazywałem na szklankę po herbacie, pozostawione narzędzia. Byłem zachwycony sobą, głupi, upierdliwy.

Wraca też krakowski Łobzów, rejony Nowego Kleparza i fortu, zapewne dlatego, że mieszkam tuż obok, zaś wcześniej, lata temu, w tym rejonie urzędowała moja babcia z ciotką. Mieszkały w budynku Herbewa. Przyszedł właściciel i wyrzucił obie panie. Babcia była już dobrze po osiemdziesiątce. No ale nieważne, nie chcę o niej pisać, po prostu łażę po dzielni, a dzielnia przychodzi do mnie, ta która już nie istnieje. Na kleparzu facet bez nóg handlował pirackimi taśmami video. Ponoć uciął mu je tramwaj. Wiem gdzie był sklep z zabawkami, gdzie stała sobie budka, w której kupiłem pierwszą kasetę AC/DC. Wokół fortów jeździłem na rowerze, przez długie godziny.

A skoro już przy rowerze, zdarzyło mi się coś takiego. Moja była dziewczyna przejeżdżała na rowerze przez przejście i wjechał w nią samochód. Nic się jej nie stało, tylko rower szlag trafił. Przyjechałem na miejsce, młody, głupi, dwudziestoparoletni. Autem kierowała kobieta i chcieliśmy od niej, od tej kobiety, jakąś kasę za zniszczony rower. Oczywiście, nie chciała płacić. W końcu przyjechała policja i policjant powiedział, skądinąd słusznie, że to wina mojej dziewczyny, bo przejechała przez przejście. Wówczas kobieta kierująca autem zagroziła sprawą w sądzie grodzkim. Musieliśmy jej zapłacić. Pamiętam jak idę do bankomatu po parę stówek dla tego kurwiszona. Tak było: wjechała w moją dziewczynę, rozpieprzyła rower i jeszcze wzięła szmal, w majestacie prawa. Wściekam się zawsze, gdy przypominam sobie tę historię, ale jestem też wdzięczny, że się zdarzyła. Wiem na jaką sprawiedliwość mogę w życiu liczyć.

Tydzień z głowy (548)

Posted on 1 kwietnia 2019

Ruski gangster

 damon-martian-jumbo

Poszliśmy z rodziną do pobliskiej pizzerii. Pizzeria jest w ogóle przednia, nazywa się  Trattoria da Maria i znajduje się na ulicy Łokietka w Krakowie, niedaleko wiaduktu. Naprawdę dobrze karmią. W gruncie rzeczy, chyba w całym Krakowie nie ma lepszej pizzy. I jeszcze pod blokiem, no. Lubię tam zajść w niedzielę, zjeść tę pizzę i napić się piwa.

No i siedzimy, gadamy z właścicielką, która jest Włoszką zamieszkałą od dziesięciu lat w Polsce. Sama dogląda knajpki i pewno dlatego jedzenie jest takie dobre. W którymś momencie pyta, patrząc na mnie, czy jesteśmy z Ukrainy. Z jej tonu wnioskuję, że nie chodzi o takiego, co jeździ sobie na Uberze, ale o zupełne inny rodzaj Ukraińca. Takiego groźnego. Jakim cudem powzięła takie podejrzenie? Przecież przyszedłem elegancko odstawiony, w dresowych spodniach, trampkach i skórzanej kurtce, czyli swoim ukochanym zestawie na wiosnę. Do tego z ryja wyglądam kubek w kubek jak Matt Damon. Jak można było posądzić mnie o działalność przestępczą?

A jednak, takie rzeczy działy się wcześniej. Dwa i pół roku przesiedziałem w Kopenhadze. Smutno mi tam było. Bezskutecznie szukałem znajomości. Tylko na siłowni miałem jakichś kolegów.  Nie chodziliśmy na piwo, to nie był ten stopień zażyłości, zresztą ci goście byli muzułmanami i chyba nie pili. Ale ćwiczyliśmy razem i zawsze cieszyłem się na ich widok. Piękni byli, młodzi, radośni. Świat należy do nich, tak sądzę. Ale jakąś okrężną drogą dotarła do mnie plotka za kogo jestem uważany. Otóż uchodziłem za rosyjskiego gangstera.

Nie zdementowałem tej plotki, a nawet ją podsycałem, opowiadając to i owo o Moskwie i krakowskim więzieniu na Montelupich (nie odwiedziłem żadnego z tych miejsc, koledzy jednak bywali). Doszedłem do oczywistego wniosku, że lepiej uchodzić za przestępcę ze wschodu niż polskiego pisarza na emigracji. W gruncie rzeczy dalej tak sądzę. Sława bandycka wydaje się bardziej kozacka, czarodziejska, budzi też szacunek i grozę, czego o ludziach pióra nie można niestety powiedzieć.

Tydzień z głowy (547)

Posted on 25 marca 2019

Tylna strona bohaterstwa

 pigm

Kiedy pytają mnie o smak sukcesu przypominają mi się pigmeje polujący na słonie. Polowanie to opisał Kazimierz Nowak w swojej przepięknej książce.

Wygląda to mniej więcej w ten sposób. Plemię pigmejów zasadza się na słonia, tymczasem najdzielniejszy i najbardziej poważany pigmej zachodzi słonia od tyłu, wiesza się u ogona i tnie nożem po nogach. Raniony w ten sposób słoń zrywa się do biegu. Leci, ciągle z tym bohaterskim pigmejem uczepionym u zadka. Pigmej jedną ręką trzyma za ogon, druga dłoń wciąż wywija nożem i ciacha słonia. Robi tak, aż przetnie wiązadła w nogach. Wówczas słoń zwala się na ziemię. Reszta pigmejów zabija zwierzę używając dzid. Dzidy są wykonane z drewna, właściwie to zaostrzone kijki. Tak myślę. Kupa roboty dla pigmejów i cholernie nieprzyjemne umieranie dla słonia.

Śmierć tak dużego zwierzęcia oznacza ucztę dla pigmejów. Przypuszczalnie nie są w stanie skonsumować całego słonia, więc wycinają ile mogą najlepszego mięsa. Przyrządzają je tak, jak u nich w zwyczaju. Z pewnością, kuchnia pigmejów zna wiele przepisów z wykorzystaniem słoniny. Więc, całe towarzystwo żre i pije co tam mają do wypicia. Pewno sfermentowane mleko. Tego akurat nie wiem, wiem za to, że królem wieczoru jest ów dzielny pigmej, który wisiał u ogona. Noszą go na rękach. Dostaje najlepsze kawałki. Która dziewczyna odmówi tak wielkiemu (hartem ducha) wojownikowi? Być może tak miła noc zatrze niedawne, raczej przykre wspomnienie.

Słoń, któremu przecięto wędzidła wypróżnia się gwałtownie, z bólu i szoku. Tymczasem nasz dzielny pigmej wciąż wisi u ogona. Jak wygląda zaraz po udanym polowaniu? To już zostawiam Waszej wyobraźni.

Uważam, że lepszej, bardziej prawdziwej opowieści o sukcesie nigdy nie napisano.

Tydzień z głowy (546)

Posted on 18 marca 2019

Herbatka. Cyklu spożywczego część czwarta.

pirat 

O ile mnie pamięć nie myli, nigdy nie zrobiłem sobie herbaty. W knajpie zamówiłem ją może pięć razy w ciągu całego życia. Innymi słowy, z herbatą niezbyt mi po drodze.

Właściwie pijam tylko cztery napoje: wodę, kawę, piwo oraz whisky. Woda nawadnia i gasi pragnienie, kawa pobudza, alkohol leczy duszę. Inne wynalazki nie są mi potrzebne.

Oczywiście, czasami pijam herbatę. Dzieje się to wówczas, gdy ktoś ją poczęstuje. Moja dziewczyna robi dużo herbaty i nieraz nakłania mnie, abym ją wypił. No to piję, po części dlatego, że chyba jej zależy na tej herbacie. Chciałaby, ta dziewczyna, aby mi zasmakowało. Poza tym, skoro mam herbatę, nie muszę sięgać po wodę. To takie proste.

Herbata jest napojem dzieciństwa. Nie mieliśmy soków ani coca-coli, w sumie nikt nie miał, takie czasy były. Więc rodzice szykowali mi herbatę, taką prawdziwie polską, w wysokiej szklance z koszyczkiem. Do obiadów był kompot, do śniadania i kolacji herbata. Świat czekał na utratę prostoty.

Pamiętam też drobną hecę związaną z herbatą. Miałem cztery, może pięć lat. Z tatą siadywaliśmy w kuchni, tato niesłychanie wysoki z mojej dziecięcej perspektywy, brodaty jak Rasputin, ze srebrnym krzyżem zatopionym we włosach na klacie. Herbatę szykował na blacie kuchennym, pod jarzeniówką. Powtórzę, takie czasy były – pod szafkami zawieszonymi na kuchennej ścianie mieliśmy dwie jarzeniówki, dające rwane, lodowate światło.

Zabawa zawsze wyglądała w ten sposób. Tato prosił mnie, żebym postawił tę herbatkę najładniej jak się da, więc kładłem ją na spodeczku tak krzywo, jak tylko się dało, bez wylewania. O to też chodziło, żeby jej nie wylewać. Oczy ojca srożyły się zza okularów, drżała piracka broda i tatko huczał, już krztusząc się ze śmiechu:

-Jakże ty stawiasz tę herbatkę!

Taki był nasz rytuał z herbatką, powtarzany przez miesiące, może nawet dłużej, takie jest też wspomnienie.

Tydzień z głowy (545)

Posted on 11 marca 2019

Pierwsza bania

 drink

Przypomniało mi się, jak wypiłem pierwszy alkohol w swoim życiu.

Było to w Rytrze, na wycieczce szkolnej. Chodziłem do drugiej klasy ogólniaka. Można powiedzieć, że zacząłem późno, bo koledzy pod koniec podstawówki chodzili już ostro nawaleni.

Właściwie nie wiem dlaczego chciałem się napić. Pewno chciałem mieć już za sobą tę przygodę. Trawiła mnie ciekawość jak to jest być pijanym. Ciśnienie podbijał sam klimat wycieczki szkolnej. Wiadomo, na wycieczkach szkolnych zawsze się piło. Od tego chyba są, bo przecież nie od łażenia po górkach wokół Rytra.

Więc, po kryjomu kupiłem sobie piwo. Przynajmniej tak mi się wydaje. Bardzo słabo ten szczegół pamiętam, za to świetnie wiem, co wydarzyło się potem. Kumpel z klasy zobaczył mnie z tym piwem i wyciągnął na jabcoka. Kupiliśmy jedno na spółkę. Pani w monopolowym doradziła nawet, który jabol smakuje najdojrzalej. W takich właśnie, dobrych czasach przyszło mi dorastać – panie sprzedawały alkohol dzieciom i jeszcze pomagały w wyborze.

Jabcoka wypiliśmy pod księżycem. Po każdym łyku przecieraliśmy szyjkę butelki rękawem kurtki i podawaliśmy sobie ją nawzajem. Było w tym coś wyjątkowo ciepłego, serdecznego.

Podchmielony wróciłem do ośrodka, gdzie inny kolega miał wódkę. Uznałem, że idzie mi po prostu wspaniale i przyssałem się do tej butelki. Nie wiem ile wypiłem, przypuszczalnie bardzo dużo. Początek uznaję więc za udany. Podczas pierwszego picia wyduldałem piwo, wino i wódkę.

Wszystko skończyłoby się dobrze gdyby nie koleżanka. Wymiotowałem sobie elegancko przez okno, a ona poleciała po wychowawczynie. Powiedziała jej, że Łukasz źle się czuje bo rzyga przez to okno. No i przyszła do nas. Powitałem ją pokryty własnymi wymiocinami. Powiedziałem, że czuję się świetnie, nic nie piłem, wszystko jest w porządku.

Zrobiła się afera, ojciec musiał przyjść do szkoły, miałem jakąś karę, coś takiego, bez znaczenia. Ważne jest coś innego. Wczoraj piłem sobie piwko z tym samym facetem, z którym wydoiłem jabola.

Ciągle jesteśmy przyjaciółmi.

Newer Posts
Older Posts