porusza i prowokuje...

o2.pl

Kotki puszyste na kafeteria.pl

W wypadku felietonów o kobietach, lub, co jeszcze straszniejsze, dla kobiet, istnieje jedyne właściwe rozpoczęcie; wszelkie inne otwarcia okażą się nietrafne, lub, co gorsza, prawdziwe. Rzeczone otwarcie brzmi: mam koleżankę, nie więcej, lecz też nie mniej. Więc…

Mam koleżankę rozkochaną we wszystkim, co kudłate, miękkie, cieplutkie (można zrozumieć), a nawet żywe (zrozumieć nie sposób). Serce tej zacnej kobiety mięknie na widok kotka ciśniętego w szpony wichury i spływa niby ciepłe masło, gdy w zasięgu wzroku pojawi się psiak z przetrąconym żebrem. Ta miła dziewczyna nie przejdzie obojętnie obok wyliniałego szczura i nawet śniadania do roboty nie doniesie, rozdawszy je gołębiom, a wzgardziwszy bezdomnym. Nie muszę nawet dodawać, że kotek tej słodkiej istoty opływa w rozkosze, o których my, mężczyźni nie możemy nawet śnić.

Ta cecha charakteru otwiera przede mną, człowiekiem bezdusznym, nowe perspektywy realizowania nieskrępowanego okrucieństwa. Wystarczy, na przykład, puścić na kompie wywiad z hyclem, a rzeczona panna zalewa się łzami, jakby, nie przymierzając, straciła obie nogi wpadając pod tramwaj, zaś przedstawienie szczegółów związanych z zabiegiem sterylizacji wywołuje niekontrolowane spazmy, szlochy i jęki na wzór dusz czyścowych. Z czasem, ujawnia się zacny model szantażu. Zaczynam, na przykład, taką opowieść: był sobie pewien stary, schorowany piesek, który nie miał domu. Powłócząc jedną łapką dotarł na żwirowisko, gdzie balowała grupa agresywnych wyrostków… Mam mówić dalej? Dziewczyna wybucha płaczem i zgadza się na wszystko.

dalszy ciąg

2xo2

Posted on 31 marca 2009

Ze względu na zapieprz promocyjny nie zdołałem wrzucić zajawek dwóch ostatnich tekstów zamieszczonych na o2.pl. Co niniejszym czynię.

Mickey Rourke. Życie prawie odzyskane.

(…)

Wszyscy oczekiwali, że właśnie Rourke zgarnie w tym roku oscarową statuetkę, lecz nagroda Akademii Filmowej powędrowała do Seana Penna. Wybór Obywatela Milka był po części polityczny, po części społeczny (Penn gra polityka geja zamordowanego w latach siedemdziesiątych), po części zaś słuszny ze względów artystycznych. Rourke szarżuje, nie boi się przerysowania, gra samym sobą i minimalizuje wrażenie, że mamy do czynienia z rolą, jest to raczej odgrywanie samego siebie. Penn to perfekcyjny rzemieślnik i drugi Oskar w dorobku na pewno się mu należy, triumfalny pochód Rourke’a zatrzymał się na nominacji. I dobrze. Oznacza to po prostu szansę na więcej.

Powrót Rourke’a na szczyt stanowi ogromne zaskoczenie, a zarazem rodzi pytanie, czy facet ten ma szansę zostać normalnym aktorem? Wątpię, by poszedł na dno ponownie: miał dość kobiet, wziął wszystkie możliwe dragi, wypił morze wódki i ma dość rozumu w głowie, by wiedzieć, że trzeciej szansy nie będzie. Sens pytania jest inny: dziś Rourke grywa zbirów, bokserów, łotrów i zatraceńców, zaszczepiając każdej roli przynajmniej okruch swojego życia. Widz zaś wychodzi temu naprzeciw: chce oglądać na ekranie człowieka obitego, poranionego, pijanego w sztok i osuwającego się w przepaść.

Prawdziwym zwycięstwem Rourke’a będzie zerwanie z tym wizerunkiem, zachwycający występ w filmie obyczajowym, kostiumowym, fantastycznym, w baśni. Brad Pitt, Jack Nicholson, Sean Penn, De Niro, słowem aktorzy, którym Rourke może dorównać, grają różne role, pozostając odklejonymi od swojej biografii. Ile Nicholsona jest w pisarzu z Lepiej być nie może, a Pitta w Benjaminie Buttonie – nie mamy pojęcia, zaś Rourke, by wrócić na szczyt, musiał zagrać siebie, przypomnieć swoją klęskę i obnażając się, pozwolić, by widz delektował się jego upadkiem. W jednej ze scen Zapaśnika Randy pracujący akurat w spożywczaku zostaje rozpoznany przez fana. Skonfundowany specjalnie kaleczy się w palec i ucieka przed wstydem na zaplecze. Podobne wydarzenie miało miejsce w życiu samego aktora. Takich nawiązań jest więcej.

reszta w dozie kultury

oraz o tym, co naprawdę ludzi interesuje, czyli o ruputupu:

Po ilu randkach seks?

Jestem straszliwie stary, więc pamiętam jeszcze te dziwne czasy, kiedy ludzie chodzili na randki. To znaczy, randki zdarzają się i teraz, natomiast zmieniła się ich funkcja. Stają się bowiem ozdobnikiem, miłym drobiazgiem, a nie centralnym elementem ludzkich zwyczajów godowych.

Kiedy sam jeszcze chodziłem na randki, istniał poważny problem: na której to należy pójść ze sobą do łóżka. To ważne pytanie oznacza po prostu, jak dobrze muszą znać się ludzie, by użyć siebie do miłości, rozpusty, a nawet sprośności – problemu tego nie mają bywalcy dark roomów i klienci prostytutek, uznający, być może słusznie, że seks należy uprawiać z nieznajomymi.

Kłopot zasadza się oczywiście na stereotypie. Z niepojętych przyczyn, facet sypiający z dużą ilością przypadkowych kobiet budzi zazdrość i szacun, wydaje się figurą sukcesu, jakby co najmniej z ust spływało mu żywe srebro, a łeb zdobiła korona. Nawet moraliści, co wyklinają takiego Casanovę, piorunują nań z mieszaniną zazdrości i zażenowania, przypominając w tej smutnej czynności pinczera, ujadającego na wilka, że ten taki jest wielki, biega sobie luzem i do tego nie szczeka. Powszechna ocena kobiet, uprawiających nieskrępowaną miłość jest zasadniczo inna, faceci jęczą o puszczalskich, piętnują, a w każdym razie nie traktują poważnie, czego zwyczajnie nie można zrozumieć, zwłaszcza że są to ci sami faceci, zainteresowani wyłącznie zaciągnięciem na swe barłogi wszystkiego, co nie ucieka na przysłowiowe drzewo. Kobieta otwarta na wszelką rozpustę w oczach zawodowego sercołamacza winna być skarbem, złotym cielcem, wysadzanym kruszcem w strefach erogennych, słowem jej pęd do miłości powinien spotkać się z aprobatą, a nie potępieniem.

ciąg dalszy oczywiście w Kafeterii

Jak upadał Boy George

Posted on 25 lutego 2009

Niedawno świat dowiedział się, że Boy George wciąż ma fanów. Skazany za dręczenie norweskiego pracownika agencji towarzyskiej były wokalista Culture Club spotkał się ponoć z entuzjastycznym przyjęciem wśród współwięźniów oraz strażników. Ci ustawiali się w kolejce po autografy, pomagali odnaleźć się pod celą, w konsekwencji czego gwiazdor trafił na blok o złagodzonym rygorze. Najwyraźniej gwałciciel cieszy się mirem wśród podobnych sobie. Powstaje tylko pytanie, jak długie wyroki dostali pozostali osadzeni, skoro pamiętają go po tylu latach. Gwiazdy mają to do siebie że spadają. W gruncie rzeczy gwiazda, która upadła, wydaje się bardziej interesująca od tej, która wciąż świeci, a trzeba przyznać, że mało kto zleciał z parnasu równie kolorowo jak Boy George. Większość popularnych wykonawców poprzedniej dekady zwyczajnie nie żyje lub odgrzewa stare dania. Limahl z Kajagoogoo grywa na prywatnych imprezach, próbując zachować resztki dawnej urody. Ronnie James Dio dorabia do emerytury, wykonując z kolegami stare kawałki Black Sabbath. Sabriny, Samanthy Fox grają okazjonalnie dla małej publiczności, a Dieter Bohlen (Modern Talking) stracił majątek życia za sprawą swojego menedżera; dziś pisze książki, doczekał się też filmu o sobie. Nie ma źle. Czasem przypomnimy sobie o kimś, z powodu jego nieszczęścia, najczęściej o skutkach śmiertelnych. Na tle konających kolegów Boy George wypada barwnie, nie tylko ze względu na strój.

więcej na o2.pl

Czy oldie jest goldie?

Nim rozpocząłem życie erotyczne – co stało się skandalicznie późno, z punktu widzenia dzisiejszej młodzieży – zajmowałem się obserwowaniem rówieśniczek, prowadzących się często z wyraźnie starszymi mężczyznami. Było to dla mnie dziwne, właściwie niewyobrażalne doświadczenie, nie tylko dlatego, że w naiwnej wyobraźni sądziłem, że swą nieprzeciętną osobowością oraz wstrząsającym fizys przebijam każdego faceta po naszej stronie globu. Co prawda, wyglądałem wówczas jak miotła po gradobiciu, czym jest osobowość nie wiem do dzisiaj, ważne, że było mi ze sobą lepiej, niż innym ze mną. Zdziwienie brało się raczej z tego, że z perspektywy licealisty facet przed trzydziestką właściwie powinien już nie żyć, nie istniała żadna przyczyna, dla której zdołałby takiego wieku dociągnąć, słowem:
trzydziestolatek, obściskujący koleżankę z ławki należał do tego samego świata co aniołowie oraz krasnoludki.

Później, kiedy już zyskałem zainteresowanie rówieśniczek, a nawet doszło do wyczekiwanego przeze mnie intensywnego wydarzenia (określanego wówczas przeze mnie i kolegów mianem ruputupu), pojawiło się inne marzenie.
Mianowicie, zapragnąłem wkraść się w łaski dziewczyny starszej, powiedzmy o lat dziesięć, piętnaście, czyli znajdującej się w wieku mężczyzn, wciąż obściskujących koleżanki. Nie miałem na myśli nikogo konkretnie, zwyczajnie śniłem. Pchało mnie ku takim kobietom nie tylko pragnienie przyjemności czy nawet wiedzy (w końcu ktoś starszy, myślałem, musi znać niezłe fikoły), lecz pragnienie poznania nieznanego. Obcując z ciałem niemal dwukrotnie starszym ode mnie czułbym się niczym Kolumb odkrywający Amerykę, niczym Armstrong, czyniący swój wielki, prywatny krok, więcej, wszedłbym w krainę baśni, współżyjąc z aniołem lub krasnoludkiem.
Dziś nawet, gdy czytam o nauczycielce, oskarżonej o wprowadzanie w świat dorosłych małoletniego wychowanka czuję coś w rodzaju współczucia, gniewu nawet, że nieludzka codzienność, wraz z tą kobietą, pakuje do mamra moje młodzieńcze marzenia.

reszta oczywiście na Kafeteria.pl

Planeta kobiet, planeta mężczyzn. Świątecznie.

Posted on 24 grudnia 2008

Trudno powiedzieć, czy kobiety są z Wenus a faceci z Marsa, fakt jednak – jesteśmy bytami międzyplanetarnymi. Wystarczy uprzytomnić sobie gigantyczny wysiłek programu kosmicznego, by zrozumieć, jakim cudem musi być spotkanie osobników płci przeciwnej, przecież od lat pięćdziesiątych, po miliardach rubli oraz dolców wysłanych dosłownie w kosmos nawet nie dostaliśmy się na tego nieszczęsnego Marsa i prędko to nie nastąpi, ludzkie kolonie na Księżycu możemy sobie co najwyżej narysować, a prawdziwy lot poza galaktykę jest równie prawdopodobny jak to, że Marilyn Manson zastąpi Świętego Mikołaja. Tymczasem zakochani wciąż się pojawiają, co prowadzi do wniosku, że miłość pomiędzy Marsjaninem a Wenusjanką wychodzi lepiej niż fruwanie w próżni, do tego koszt kolacji czy nawet weekendu w multigwiazdkowym hotelu jest zasadniczo niższy niż wysłanie najmniejszej nawet sondy. Same plusy.

Jesteśmy dla siebie tajemnicą, podobnie, jak wciąż nie znamy zawiłości planet, zasadniczo mogę stwierdzić, że poznałem się z kobiecą powierzchnią, wciąż jednak niewiele umiem powiedzieć o zawiłościach kryjących się pod nią, o gorących jądrach wewnątrz, o tajemnicach atmosfery, gazów, pierwiastków uczuć i pragnień, o biegunach i małych cudach skrytych w fałdach kobiecego gruntu. Kobiety są czasem ogromnymi gazowymi olbrzymami, niekiedy drobnym, zimnym ćwiekiem gdzie z rzadka dochodzi światło, spotykamy kobiety Ziemie oraz Jowisze a co najważniejsze, jest na nich życie, albo go nie ma. Z mężczyznami podobnie.

reszta w Kafeterii

Przy okazji: wesołych świąt, dobrego Nowego Roku dla wszystkich wielbicieli konsol, horrorów, metalu (oraz Britney Spears i Pink), przyjaciół Prezesa i Kreski, Psa i Klechy, reszty światów, które przywołałem, czytelników, czytelniczek Lampy, Kafeterii, SFFH, Nowej Fantastyki, wreszcie, dla wszystkich dobrych, porządnych, lub zwyczajnie fajnych ludzi, których, póki co, na tym świecie jest całkiem sporo.

Pogadajmy o seksie

Posted on 3 grudnia 2008

Życie we dwoje jest koszmarem i męczarnią, niemniej ludzie ku niemu dążą. Na pierwszy rzut oka wydaje się to ciut dziwne, bowiem wszelkie zewnętrzne powody ku „byciu razem” znikły. Kobiety nie są już zależne od męskiego wsparcia, facet nie musi już wracać z polowania, przynosząc świeże mięso, albo plik dolarów. Z kolei rozluźnienie obyczajowe sprawia, że można związać się ze sobą na tydzień lub kwadrans, tworzyć trójkąty, wielokąty, bawić się w erotyczną geometrię, innymi słowy, model we dwoje nie jest jedynym czy nawet najatrakcyjniejszym rozwiązaniem. Jednak takie związki trwają, są niekiedy nawet szczęśliwe – mimo swej koszmarności – wszystko wskazuje więc na to, że ludzie ukochali cyfrę „dwa” i cześć.

Problem leży w zaufaniu, które w naszych czasach jest towarem deficytowym i należy nim rozsądnie rozporządzać. Nie mówię nawet o oddaniu totalnym i całkowitym, lecz koniecznej praktyce. Takie zwyczajne, codzienne zaufanie polega przecież na tym, że, na przykład, z niewiadomych przyczyn kobieta wierzy, że jej chłop wyniesie te pieprzone śmieci, nawet jeśli nie zostanie o to poproszony, a udawszy się do knajpy wróci mniej więcej tak jak mówił i to bez damskiego towarzystwa. Nawet zdrada opiera się na zaufaniu, konkretnie, należy w sposób bezwzględnie okrutny określić jego ramy, korytarze labiryntu zawierzenia i poruszać się tak by ich nie zburzyć. Kochankowi zaś należy ufać w sposób bezwzględny. (Na moje oko, taka paskudna persona musi przewyższać stałego partnera w dyskrecji, inteligencji i wyczuciu – paradoksalnie, są to cechy, które często czynią seksualnego partnera nieatrakcyjnym.)

Ciąg dalszy w Kafeterii

Duchovny

Niedawno Dawid Duchovny znalazł się w centrum uwagi brukowców i portali plotkarskich, a to ze względu na kłopoty ze swym życiem erotycznym. Mianowicie, chłopa rozsadzało jak nastolatka, zdradzał żonę na prawo i lewo, a następnie trafił do kliniki odwykowej. Kuracja wyszła średnio – niedawno gwiazdora przyuważono, gdy kupował całą serię pornoli, rzekomo dla siebie i małżonki. Z facetem musi rzeczywiście być coś nie w porządku, skoro po długiej abstynencji potrzebuje tego rodzaju podniet, żeby zbliżyć się do własnej ślubnej. Na domiar złego Tea Leoni zechciała mu odpłacić za wszystkie zdrady i sama nawiązała romans, co komentowano publicznie (życzliwie dla niej). Wreszcie kobieta wzięła odwet, Duchovny zaś zbiera cięgi, choćby na Pudelku.

Lubię ten portal i nie wyobrażam sobie dnia bez niego, ale tym razem redaktorzy nie mają racji. Duchovny wydaje się bowiem jedną z najjaśniejszych figur Hollywoodu i to w podwójny sposób: jako człowiek i jako postacie, które grywa. Choć w paru przypadkach trudno znaleźć różnicę. Oczywiście pozytywny wizerunek Duchovnego wynika po części z dekadenckiego, przepełnionego rozpustą i wszelkiej maści używkami tła Hollywood.

Są przykłady jaśniejsze. Taki Ron Perlman, ustrzeliwszy kolejnego demona przed kamerą Del Toro, wraca sobie do żony, tej samej od lat kilkudziesięciu. Nie piszę jednak o bohaterach, lecz ludziach zwykłych, czyli złożonych z ułomności. W odróżnieniu od większości kolegów z branży filmowy agent Mulder nigdy nie miał większych problemów z narkotykami i alkoholem (czyli dawał w palnik jak każdy, bez przesadzania), nie wplątał się w żadne śliskie afery jak Jeffrey Jones (ostatnio grał dziennikarza w serialu Deadwood), któremu oskarżenie o pedofilię złamało karierę, nawet nie tnie na podatkach jak Wesley Snipes. A jeśli tnie, to robi to mądrzej, bo nie jest chciwy. Zwyczajnie straszliwie lubi seks, a nowe partnerki działają nań stymulująco.

ciąg dalszy na o2.pl

Orchidee dla Janusza Christy

W Skarbach Mirmiła dwóch dzielnych wojów staje na głowie, by ich smok Miluś wzbił się w powietrze. Zwierz ten ma już skrzydła, lecz nie przejawia chęci do latania – więc trzeba sposobem. Kokosz zaczyna machać rękami, rozpędza się, a że nie patrzy tam, gdzie trzeba, wali łbem w ogromne drzewo. Kajko radzi mu, by się uśmiechnął, bo jeszcze Miluś pomyśli, że namawiają go do samobójstwa. Kokosz więc nadludzkim wysiłkiem wyszczerza połamane uzębienie i gdzieś tak między „he he” a „dajcie mi siekierę” drzewo wali się, grzebiąc pod sobą obolałego woja. „Kajko… Mogę się już nie śmiać?” – dobiega głos spod liści.

Scenę tę odtwarzam z pamięci, teraz sięgam po komiks – proszę bardzo, wszystko się zgadza. Pamiętam ich jeszcze kilkadziesiąt, całe paski albo i strony. Ich twórca Janusz Christa zmarł 15 listopada, miał 74 lata. Od dawna nieaktywny twórczo, zmagający się z chorobą oczu, zniknął z widoku publicznego. Jego niedawne pojawienie się na festiwalu komiksu w Łodzi słusznie uchodzi za wydarzenie. Był nie tylko właściwym ojcem polskiego komiksu, ale i kimś większym, współtwórcą wyobraźni i poczucia humoru pokoleń wychowanych w Polsce Ludowej. Związany ze swoją epoką znacznie ją przekroczył.
Nie da się pisać o Chriście w sposób patetyczny, jak zwykło się czynić w wypadku zgonu kogoś wybitnego – bo kto jak kto, ale on nie zasłużył na taki ton.

Reszta w dozie kultury

Kącik przenajświętszy

Ludzie już tak mają, że schodzą się i rozchodzą – im zejście jest trwalsze, tym rozpad bardziej widowiskowy: fruwają garnki, rodzice i ciotki wydzwaniają, jakby właśnie zaczynał się koniec świata, zaś dzieci dzielone są na czworo. Wychodzi też, że partner nie miał właściwie jednej dobrej cechy, za to złych mnóstwo, od żałoby za paznokciem, aż po ten dziwny rodzaj wrażliwości, którą wyróżniali się SS-mani. W takich zdarzeniach międzyludzkich widzę ogromne piękno zbudowane na pewności, że jesteśmy sobie równi, bowiem profesorowie i kucharki, artyści oraz hycle skaczą sobie do gardeł z równą zaciekłością.

Powody rozpadu również są podobne i zaskakujące w swej banalności. Facet może szlajać się po ubłocone uszy, nocować w burdelach, na śniadania pić dyktę i czcić szatana w piwnicy, będzie mu wybaczone, mało tego, partnerka stanie na uszach i częściach intymnych, by tego nie widzieć. Odwrotnie jest tak samo, rozumna ślepota drugiej strony odpuści kobiecie wybryki najstraszliwsze. Zarzewiem rozpadu związku są nieodmiennie rzeczy drobne i ta sama dziewczyna, która wybaczyła partnerowi alkoholizm oraz dziwki, praśnie nim w cholerę na widok garów nie umytych dziesiąty raz z rzędu, skarpetek ciśniętych na środek pokoju i zbrodni uber alles: obsikanej deski klozetowej. Prowadzi to do zaskakującej tezy, że porządek moralny jest drugorzędny w stosunku do porządku zwykłego, ze wskazaniem na czystą toaletę.

reszta jak zwykle w kafeterii. 

Kobieca intuicja i męski instynkt

Powszechnie się sądzi, że kobiety mają intuicję, a mężczyźni instynkt. Praktyczna różnica jest taka, że nie da się dogadać między płciami.

W pewien sposób rozumiem homoseksualistów i sądzę, że część gejów i lesbijek kieruje się czymś innym niż pociąg do tej samej płci. Facet łatwiej znajdzie punkt wspólny z facetem, odkryją więcej tematów do rozmów, skończą się awantury o niepozmywane gary, obsikaną deskę klozetową i powroty z knajpy o czwartej nad ranem (tylko po gitarę, rzecz jasna). Seks w pewnym wieku traci na znaczeniu, do wielu rzeczy można przywyknąć, jeśli nawet nie polubić to znosić z godnością, w konsekwencji czego liczba homoseksualistów będzie wzrastać, zwłaszcza, że tolerancja na tę odmienność stała się oczkiem w głowie większości społeczności.

Jestem człowiekiem prostym i w prostocie rozmiłowanym: jeśli, na przykład, oświadczam, że nie lubię Kasi, oznacza to tylko tyle, że Kasia nie zdobyła mojego upodobania. Narzekając na obiad, który mi nie smakuje, zżymam się raczej na świństwa zaśmiecające mi talerz (warzywa na przykład), a nie na osobę, która podsunęła go pod pysk mój paskudny. Wreszcie, gdy porozumiewam się monosylabami lub zgoła mruknięciami, oznacza to tyle tylko, że Bóg w swej nieskończonej roztropności doświadczył mnie kataklizmem kaca. Facet zrozumie.

ciąg dalszy tutaj

Older Posts