porusza i prowokuje...

okazjonalnie

metal na dziś (666)

[ytorbit]CUDWLp1yIWw[/ytorbit]

Nowa płyta w drodze, po nieudanym koncercie w Spodku obawiam się rozczarowania. Ekstremalny metal, którego Slayer jest przedstawicielem trudno grać w pewnym wieku, formacje łagodniejsze, w rodzaju Ironów czy Saxon mają łatwiej w tym względzie. Nie zmienia to potężnego wrażenia, jakie ekipa Toma Aray’i zrobiła i robi swoimi pierwszymi kilkoma płytami. Nawet teraz, gdy się starzeją, zostawiają w tyle większość młodych kapel. W ogóle, bardzo lubię Toma Aray’a, uwielbiam ludzi potrzaskanych formacyjnie: katolików bedących zwolennikami reinkarnacji, feministki nie dające zgody na aborcję, czy wegan zatrudnionych w rzeźni. Araya, jako katolik wywrzaskujący sataniczne treści doskonale wkomponowuje się w ten schemat. Kolega Twardoch rzucił kiedyś, że wokalista w ten sposób szykuje sobie pewne miejsce w piekle. Może i szykuje, ja tam nie wiem, wiem za to, że jego przypadek jest jedyną znaną mi, współczesną i autentyczną sytuacją faustowską. Czy nie jest to wielki wybór, pomiędzy Bogiem i chwałą? Żyć tak jak nakazuje wiara, czy grać w największym zespole metalowym, jaki kiedykolwiek istniał?

metal na dziś (14)

[ytorbit]S4taQiECqko[/ytorbit]

No i co ja mogę napisać o Megadeth? Nie napiszę przecież, że niewiele obchodzi mnie te parę riffów które Mustaine sklecił z Metalliką nim wyleciał na pysk, nie chce mi się nawet wspomnieć, że nawet w okresie heroicznym mego metalowego rozwoju miałem serdecznie w czterech literach ten band na który spalali się wszyscy w około, nie napiszę o heroinowych wyczynach rudego leadera, dość barwnych nawet jak na rocka lat osiemdziesiątych, tak samo jak guzik mnie obchodzi droga do Boga, którą teraz odnalazł. Mam nadzieję, ze mu z tym lepiej, bo to chyba sympatyczny choleryk. Nie interesuje mnie też jego postawa polityczna, choć w zalewie pacyfistycznej histerii pan Mustaine wypadł dość pozytywnie. Nawet pieniądze wydane na ich idiotyczny, mdły koncert w Spodku parę lat temu przebolałem, zwłaszcza, ze z tego co pamiętam bilet dostałem w prezencie. No to co mogę napisać? No co? Kolega Tomek twierdzi, że nowa płyta to arcydzieło i kto się nie zgadza ten ma w pysk.

prince of persia-próba recenzyjna

Postaram się teraz napisać parę słów o ostatnim „Prince of Persia”, a potem postaram sobie obiecać, że postaram się pisać o każdej następnej grze która mi się spodoba. Gdybym w tej chwili urwał ten wpis, przynajmniej byłoby wiadomo, ile warte jest to moje staranie. Zastanawiałem się czy to jest potrzebne. To znaczy, nie wychodząc na bufona, wiem, ze parę osób czyta tego bloga, czerpiąc radość z tej czynności. Tylko czy jest sens, abym pisywał o grach? Nie pytam samego siebie, próbuje raczej się przekonać. Bo chyba jest. Czytam „:Neo+” i uważam ten miesięcznik o grach konsolowych za kompetentne źródło informacji. Za to z ogromną trudnością przebijam się przez makaronizmy, nowomowę, młodzieżowe wtręty. Wcale nie piorunuję na schamienie młodej polszczyzny, przeciwnie, to cudowne, że język żyje, zmienia się pod wpływem nazwisk i absorbuje słowa, tyle, ze mi ciężko jest tego nowego języka się nauczyć. I myślę, że wielu graczy po trzydziestce ma podobny kłopot. Więc może spróbuję popisać o grach normalnie, dla ludzi, którzy, tak jak ja, mogą im poświęcić ze trzy godziny w tygoniu, a przy okazji zawsze pozwalczam fałszywe wrażenie, że konsolowe strzelanki, kosmiczne starcia, rajdy i perscy książęta winny zostać w świecie przedmaturalnym.

            Pierwszy Książę był chyba pierwszą grą w jaką zagrałem, a już na pewno przeszedłem – pamiętam, jeździłem do wujka, do Raciborza (komputer wówczas to był niezły cymes) i tłukłem godzinami kolejne poziomy, wściekając się, wznosząc pięści do milczącego Boga, który posłał moja białą figurkę na pikselowe kolce. Zarazem, niejasno śniłem o trójwymiarze, o tym, żeby mój Książę przestał być płaski jak symbol seksu z lat osiemdziesiątych, żebym mógł zobaczyć te mroczne korytarze w trójwymiarze i przestać musieć sobie dopowiadać.

            No i mam. Nie grałem w żadną późniejszą odsłonę Księcia i trudno mi prześledzić rozwój serii, słyszałem, że nastąpiły jakieś straszne odstępstwa, niemniej, najnowsza część wydaje się kontynuacją z ducha i serca, jakoś tam wypełniając mój sen sprzed dwudziestu lat. Identyczny tytuł ma sens. Wstyd też przyznać, ale nie raz zaciskałem pięści lub cisnąć padem, kiedy nie wyszła mi jakas sekwencja skoków. Czułem się jak skończony dureń, raz, że dorosły facet powinien zachować spokój w każdej sytuacji, a dwa, że ludzie na forach pisali, że nowy Książę właściwie przechodzi się sam.

[ytorbit]CQ4YG8_x64I[/ytorbit]

 

            O co chodzi? Nasz as jest Księciem tylko ze względów marketingowych, naprawdę trudni się złodziejstwem i zdradza poważne objawy zniedołężnienia umysłowego (typ „tępy jajcarz” zwany tez „kurą bez głowy”). Akurat wraca sobie z jakiegos rabunku, gdy coś tam się dzieje, książę gubi oślicę objuczoną złotem, w zamian znajdując piękną księżniczkę. Jak dla mnie żaden interes, ale gość w to wchodzi. Dziewczynę oczywiście ktos goni, konkretnie tato, któremu poprzestawiało się we łbie od ciemnych mocy, do tego w okolicy akurat obudził się Aryman, bóg zły i głodny. Książę w towarzystwie dziewczyny musi poskakac po dwunastu poziomach, zabić pięciu boksów i kilkudziesięciu żołnierzy, żeby powstrzymać piekielną łajzę przed zrujnowaniem naszego, i tak niezbyt pięknego, świata.

            Rozgrywka sprowadza się do radosnego hopsania po kolejnych lokacjach. Książe śmiga po ścianach, sufitach, ślizga się po krzywych powierzchniach, przeskakuje po kolumnach i w ogóle bez kłopotu wygrałby Taniec z Gwiazdami. Raz na czas musi chwycic za miecz, tytułem miłej odmiany. I rzeczywiście, momentami idzie bardzo łatwo, rozgrywka sprowadza się do niespiesznego naciskania przycisków w odpowiedniej kolejności, czasem znów trzeba pogłówkować, zawsze zaś radość sprawia oprawa graficzna, przestrzenie, tekstury, zwał jak zwał – momentami gra wygląda jak namalowana. Rozgrywka nie zapewnia wielkich emocji (w odróżnieniu od „Dead space”  czy „Gears of war’) w zamian oferując odprężenie, w takie rzeczy ciupie się w leniwe niedzielne przedpołudnia, lub po ciężkim roboczym dniu, na pół godziny przed snem.

            Największym mankamentem wydaje mi się konieczność zbierania jakiś cholernych kuleczek światła celem przejścia do kolejnego etapu, co właściwie oznacza przechodzenie gry po dwakroć. Dziewczyna zjada te światełka i jest ponoć silniejsza. Idiotyczne odzywki Księcia to osobna bajka, w ich cieniu fakt, że Książę nie może zginąć nabiera niezwykle smutnego wydźwięku. Gdziekolwiek by nie zleciał, jak mocno by w łeb nie dostał, kobita go wyciągnie i zaczynamy od początku. Rozumiem, ze to wymóg pod kątem młodych graczy, ludzie się o to wściekali, ale ja się nie wściekam, w końcu, w pierwowzorze było trochę podobnie. Chłopa cofało w wypadku niepowodzenia, tyle, że wczesniej naprawdę przebijały go kolce. Dziewczyna jest zasadnicza i wredna jak one.

            Jeśli ogarnąć dzisiejszy standard gier wideo, wyznaczony przez „Gears of war” i „Call of duty” wyjdzie, że nowy Książę znajduje się mocno poniżej standardów. Wartość gry leży w warstwie graficznej i sentymentach. Fani serii już ją łyknęli, a dla mnie, podejrzewam, że nie tylko, tra zabawa stanowiła sympatyczne przypomnienie rozrywki sprzed dwóch dekad, dowód, że myślenie o graniu nie musi się zmienić, mimo korzystania z najnowszych zdobyczy techniki. No i co dalej, myślę sobie, dwadzieścia lat  temu, u wujka, skończywszy Księcia zabrałem się za Lemingi, tracąc jeszcze więcej czasu i dziecięcych nerwów. Ten projekt chyba padł lata temu, a szkoda – w koncu, obie gry są głównie o spadaniu w przepaść, co zawsze pozostaje aktualne.

Fahrenheit o „Świętym Wrocławiu”

 łaściwie nie pada jednoznaczna odpowiedź na pytanie: czym jest Święty Wrocław? Kto i dlaczego powołał do istnienia zagadkowy twór, który pojawił się na przełomie zimy i wiosny w obrębie jednego z blokowisk stolicy Dolnego Śląska?

Podobnie trudno jednoznacznie zakwalifikować najnowszą powieść Łukasza Orbitowskiego, przesądzić, czy jest to bardziej literatura obyczajowa, czy też grozy. Historia ośmiu cudów jest tym wewnętrznym rozdarciem naznaczona i w mojej opinii tylko na nim traci, co najmocniej daje się odczuć w finale, który, choć spektakularny, zgodnie z moimi najgorszymi przeczuciami sprawia wrażenie pożyczonego z zupełnie innej bajki.

Tajemnicza czerń pulsująca ciepłem, odkryta z nagła pod tapetami pamiętającymi pewnie w większości Gierka, z nieznanych powodów przyciąga rzesze Wrocławian. Jednak, choć wejść w obręb „wybranego” osiedla może każdy, wyjść udaje się – początkowo – nielicznym, a później nie jest to dane już nikomu. Osiedlowemu fenomenowi towarzyszą iście biblijne znaki – nieustanne opady deszczu, niepowodujące jednak, wbrew logice, powodzi. Zniknięcie słońca, ptaków i psów.

Przez zdecydowaną większość powieści zagadka przyciągania Świętego Wrocławia wydaje się być wyłącznie pretekstem do pisania o ludziach – równie różnorodnych jak wachlarz ich reakcji na nieznane i niewyjaśnialne. Święty Wrocław jest jak soczewka z innego świata – naszym nieskażona i dzięki temu bezwzględnie obnażająca wady, grzeszki, małostkowość i – co chyba najzabawniejsze – powierzchowność i bezmyślność masowej narodowej religijności, naszej wielkiej dumy.

dalej

ponieważ książka ukazała się już trochę temu, warto zerknąć co teraz robi Steven Seagal.

[ytorbit]99E16w0PxCA[/ytorbit]

metal na dziś (11)

[ytorbit]wotaEqL2mzI[/ytorbit]

Nowa płyta Behemoth „Evangelion” jest, jak się zdaje, najlepiej sprzedającym się krążkiem w Polsce. Jarek Urbaniuk twierdzi, że Doda jako event to zabawna sprawa, trudno się nie zgodzić, choć w sumie się cieszę. Muszę pójść na ich koncert, posłuchać jak sobie radzą, choć do ich muzyki mam stosunek zaledwie życzliwy, „Evangelion” noszę na słuchawkach, traktując jako mur dźwięku pomiędzy mną a jakąś uporczywie niesympatyczną myślą, a gdy ktoś mnie zagada lub muszę kupić papierosy nie wyłączam tylko zdejmuję na chwile słuchawki i potem wbijam się gdzieś w połowę następnego kawałka, bez poczucia straty. To główna różnica miedzy Behemoth a Morbid Angel na których Nergal tym razem się wzoruje. Ale cieszę się że takiego ambasadora mamy na świat, mógłby Polsce trafić się jakiś klon Nightwish czy czegoś podobnego – w ten sposób, Behemoth wyłamał się z ogólnej miernoty polskiej muzyki popularnej.

No i ten klip. Diabelsko profesjonalny, fajny, w tym sensie, że metal jest jednak muzyką dla nastolatków, a gdybym miał właśnie lat naście oszalałbym, w gacie narobił od wysokiego poziomu zawodowej kultowości. Teraz już nie działa, za to niespodziewanie się ubawiłem ze względu na scenerię: dziewczyna skacze z wieżowca, obok wznoszą się inne, bliźniacze, a przecież to katowicka „kukurydza”, gdzie do niedawna mieściła się redakcja Science Fiction Fantasty&Horror i kto wie, może infernalną interpretację teledysku można wzbogacić o kontekst niedawnych przetasowań w piśmie.

metal na dziś (10)

Posted on 28 lipca 2009
[ytorbit]luFCBdS5PAs[/ytorbit]

są dwa powody, by wkleić ten kawałek i jeden żeby nie. w sierpniowej Machinie będzie mój kawałek o Vikernesie z okazji tego, że wyszedł, a wczoraj, po nocy, siedziałem z ST i opowiadałem mu, jaki ten Burzum to zły był.  Nie mam żadnych wątpliwości odnośnie tego, że Vikernes jest cepem i powinien dostać czapę, zarazem, nie mogę uwolnić się od wspomnień. Kto nie dorastal, metalowcem będąc, na początku lat dziewięćdziesiątych ten nie zrozumie tego opętania północnym mrokiem, doświadczania zła skrojonego na potrzebę nastoletniości, zła, wykreowanego przecież przez bogatych osiemastolatków, którzy palili kościoły i załamywali się podczas pierwszej nocy w komfortowej celi, tych gówniarzy, co najpierw zabijali, a potem dzwonili z płaczem do mamy i tak, to właśnie jest ciemność. natomiast, czemu nie powinienem wrzucać tego kawałka, nie pod tym szyldem? Muzyka Burzum, zagrana z wykorzystaniem metalowego brzmienia i instrumentarium, ze swego charakteru, struktury i klimatu nie ma z metalem nic wspólnego, to techno, proste, niemieckie wystukiwanie rytmu na ludzkich czaszkach, dyskotekowa plwocina, germański spust, ten numer może najmniej jeszcze ze wszystkich skleconych przez tego pana, ale jednak, rock obraca się przeciw samemu sobie.

metal na dziś (8)

Posted on 18 lipca 2009

Podróż w przeszłość – miałem dwanaście lat i zespół Kreator wydawał mi sie czyms zupełnie niemozliwym, nieogarnialnym i przez to wspaniałym. trudno mi zrozumieć, co kierowało mna wtedy, może atrakcyjność plastyczna okladek skrojona pod chłopaka w moim wieku, chyba nie rozpoznawałem dźwięków, ciesząc się w zamian energią. Dziś panowie składają kurtuazyjne wizyty w przedszkolach i elegancko jezdżą na trasy koncertowe, tyle, ze wysoce energetyczna, przebojowa siła nowych nagrań nijak się ma do tego, co wyrabiali na samym początku. dochodzę do wniosku, że w muzyce, także metalowej interesuje mnie, w dużej mierze moment wyczuwania trendu, intuicyjna próba zakreślania nowych ram, co potem – jets juz fajne, ale nie ciekawe. ten kawałek poniżej właśnie jest fajny, ciekawym nie będąc ani trochę.
[ytorbit]_i0thzaX_j8[/ytorbit] Inna sprawa – czemu pisarz, najczęściej wstydzi się swojego debiutu, a muzyk usiłuje go powtarzać po dwudziestu latach?

hardkor 44 i duży format

Posted on 16 lipca 2009

wczoraj w Warszawie, na tle zasieków, czerwonych świateł i czegoś tam jeszcze czerwonego, Tomek Bagiński zapowiedział swój nowy film. „Hardkor 44” będzie fantastycznym, pełnometrażowym filmem o Powstaniu Warszawskim. Z przyjemnością informuję,  że wraz z Tobiaszem Piątkowskim (komiksy: Pierwsza Brygada, 48 stron i inne) odpowiadamy za scenariusz.

Poza tym dziś, w „Dużym Formacie” pierwszy z moich kawałków o polskim pulpie (konkretnie, Vesper), będzie więcej.

wywiad dla gpunkt.pl

Posted on 15 lipca 2009

Waldemar Mazur: W Twojej wcześniejszej powieści „Tracę ciepło” główny bohater mówi: „Wrocław jest żywy, inne miasta w Polsce to domy umarłych”. Zauroczenie stolicą Dolnego Śląska musiało pojawić się u Ciebie jeszcze na długo przed rozpoczęciem prac nad „Świętym Wrocławiem”, zgadza się?

Łukasz Orbitowski: Ono rodziło się we mnie od dłuższego czasu. Wrocław jest niejednoznacznym miastem, które wymyka się łatwemu definiowaniu. Tutaj skupiają się wątki dominujące w innych miastach, tworzy się pewnego rodzaju tygiel, w specyficzny sposób doświadcza się życia. To miasto nie jest skrojone pod konkretny profil. Dla mnie kojarzy się z przypadkiem.

I to wystarczy, aby od razu umieszczać w nim akcję książki?

W momencie, kiedy chciałem napisać kolejną powieść o Polsce, a mając w świadomości, że Kraków trochę się w moim przypadku zużył, Wrocław okazał się naturalnym wyborem. Przez pewien czas tu mieszkałem, poznawałem ludzi, doświadczałem najróżniejszych relacji międzyludzkich, do tego doszła jeszcze współpraca z Wydawnictwem Dolnośląskim. Wrocław cały czas jakby mnie przyzywał.

Samo miasto jednak nie odgrywa aż tak istotnej roli w książce, a stało się motywem przewodnim wywiadów i spotkań z Tobą. Czujesz się rozczarowany, bądź też zmęczony taką sytuacją?

Teraz zastanawiam się, czy może nie było błędem tytułowanie tej książki „Święty Wrocław”. Ale z drugiej strony- jaki inny tytuł można było do tej historii dopasować? Szczerze powiedziawszy, to czuję się zmęczony pisaniem o miastach, a mam jeszcze rozgrzebaną wielką powieść o Warszawie, przedstawiającą historię powstańczą. Już teraz wiem, że znowu będą powtarzać się te same pytania co zwykle, dlaczego właśnie Warszawa? A ja nie piszę przecież o miastach tylko o ludziach.

W trakcie lektury „Świętego Wrocławia” nasunęły mi się skojarzenia z „Tracę ciepło”. Czy nie mamy tutaj do czynienia z rozwinięciem pomysłów z tamtej powieści? Chodzi mi o stosunek bohaterów do wiary, tematów religii oraz o pojawiający się w obu książkach motyw zagłady.

Twoje pytanie dotyczy po części tego, w jaki sposób człowiek kształtuje swoje wyobrażenia o tym co chce napisać, a to zawsze jest pewną tajemnicą. Każdy z nas jest gnębiony przez pewne wątki, one do nas powracają w zdaniach, zdarzeniach, także w książkach. Można ich używać na różne sposoby. Stąd to pytanie odbieram trochę jako pewne rozczarowanie. Miałem nadzieję, że te powieści będą krańcowo różne od siebie. A że w obu poruszany jest temat wiary? O tym chyba zawsze będę pisał. W Polakach są tak ogromne pokłady religijności, że pisząc o Polsce, strasznie ciężko jest uciec od pytania z jakich zasad wynika stosunek Polaka do wierzeń. Przewijający się z kolei motyw apokalipsy, to wynik moich fascynacji mrokiem, ciemną stroną, w której jest coś pociągającego. W końcu wielu twórców, nie tylko pisarzy, ciągnie ku mrocznym tematom. Ciemność jest fajna.

dalej

Newer Posts
Older Posts