porusza i prowokuje...

Pies i Klecha

O „Tancerzu” w Kafeterii

Znawcy historii literatury będą tą książką zachwyceni, a i wielbiciele kryminałów nie raz do niej wrócą. Niebanalna fabuła i wyraziste postacie oraz ciekawe rozwiązania stylistyczne – Tancerz Łukasza Orbitowskiego (otrzymał ostatnio Złote Wyróżnienie w nagrodzie J. Żuławskiego) i Jarosława Urbaniuka to książka przemyślana w stu procentach. Chociaż nosi ślady wpływów, autorzy bez wątpienia czerpali z najlepszych wzorców literackich, tworząc coś, co można z pełną odpowiedzialnością przenieść na ekrany kin. Dwóch młodych pisarzy, z których jeden nazywany jest „Luke’em Skywalkerem polskiej fantastyki”, a drugi to „udomowiony Jack Nicholson i bardzo wesoły felietonista”, udowodniło, że w polskiej historii znaleźć można sprawy równie interesujące, co spisek w Opus Dei, znany nam za sprawą Kodu Leonarda da Vinci. Sprawy te dotyczą mistycznych perypetii Adama Mickiewicza i Andrzeja Towiańskiego, opisanych głównie w hermetycznych podręcznikach akademickich dla studentów polonistyki. To właśnie mistyczne szaleństwo autora Konrada Wallenroda stało przyczyną brutalnych zabójstw, które miały miejsce w Krakowie w latach 90-tych. Na trop zabójcy wyrusza komisarz Zbigniew Enka i ksiądz doktor habilitowany Andrzej Gil.

ciąg dalszy

Tańczymy w Warszawie

Za naszym wydawcą, Fabryką Słów

Pies i klecha – „Tancerz” – premiera w Warszawie!
Res Publica Nowa  i Fabryka Słów serdecznie zapraszają na spotkanie z Łukaszem Orbitowskim i Jarosławem Urbaniukiem. Autorzy będą czytali fragmenty swojej najnowszej książki. Dyskusję poprowadzi Magdalena M. Baran.
Czas i miejsce środa, 29 października,  godz. 18.00, redakcja kwartalnika „Res Publica Nowa”, ul. Gałczyńskiego 5.
Podczas spotkania będzie można kupić egzemplarz książki z autografami autorów. Po spotkaniu zapraszamy na lampkę wina!

Zapraszam również na wideoczata na Wirtualnej Polsce. Pytania można zadawać tutaj.

Spotkanie na targach książki

Zapraszam serdecznie na spotkanie ze mną i Jarkiem Urbaniukiem, które odbędzie się w ramach Krakowskich Targów Książki. Okazją jest oczywiście premiera drugiego tomu Psa i Klechy „Tancerz”.

W strojach służbowych, z właściwą nam pokorą, będziemy oczekiwali na stoisku firmy Olesiejuk nr A40, w najbliższą sobotę (25 X) o 14.00. Impreza odbywa się przy ul. Centralnej 41a w Krakowie.

Jeszcze raz zapraszam

Ilustracje i fragment „Tancerza”

– Co tam się stało? – zapytał, a Enka wytrzeszczył oczy ze zdumienia. Z reguły Gil w takich sytuacjach zachowywał całkowite milczenie, a jeśli już się odzywał, próbował raczej wiedzieć mniej, niż więcej.
– To już zobaczycie – odparł niewyraźnie Płaśko. – Jak ten cały Kłoda zobaczył, to o mało nie dostał zawału. Facet rozsmarował się o ściany i nie ma w tym przesady. Jak Kłodę zobaczyłem, to chłop cały się trząsł, a jak wszedłem, o tam – wskazał na magazyn – to zrozumiałem nawet czemu.
Techniczni oraz Wroński z Krzyśkiem zniknęli w drzwiach magazynu. Gil patrzył na ciemny prostokąt wejścia, ten nagle pojaśniał, jęk Krzyśka słyszeli aż tutaj.
– Złodziej może? – chciał wiedzieć komisarz Enka.
– Jak to: rozsmarował się? – zapytał ksiądz Gil.
Płaśko wzruszył ramionami. Wygrzebał notes o pogniecionych rogach, przerzucił kartki.
– Sami zobaczycie. A ten facet to żaden złodziej, ale student, co sobie dorabiał w tym magazynie po nocach. Podobno porządny chłopak, a co? Nazywał się Mateusz Czujka, studiuje polonistykę zaocznie. Znaczy, studiował, Czujka – powtórzył nazwisko. – No to go sobie teraz pooglądajcie.
Gil z Enką ruszyli w stronę magazynu. Ktoś jęknął w środku, coś upadło. Płaśko chwycił księdza za rękaw.
– Czekajcie jeszcze – w jego głosie zabrzmiała troska. – Wszyscy lubili tego faceta, tak mówił Kłoda. Milczący, ale pracował dobrze. Miał własne klucze, sam w nocy wszedł. Znaczy nie wiem, czy sam. Rozsmarowany… Nie mam pojęcia, co mu się stało. Może ksiądz zostanie?
Gil obrócił twarz ku niemu. Był jeszcze bledszy niż przed chwilą, w oczach popękały żyłki, zmarszczki biegły od kącików ust ku policzkom.
– Ksiądz pójdzie – powiedział.
W tej właśnie chwili z magazynu wypadł Krzysiek, już bez toreb, bez statywu, za to zielony jak majowa łąka, z mokrymi dłońmi przyciśniętymi do brzucha. Za progiem runął na kolana, obrócił ku niebu wytrzeszczone oczy i zaraz popatrzył w kierunku zgoła przeciwnym. Targnął nim skurcz, zafalowała szyja i poszło: wielka pięść wymiotów roztrysnęła się na betonie, Krzysiek poprawił jeszcze i zastygł, wpatrzony w rozrastającą się tuż przed nim brązowawą plamę.
– Piękny dzień – oznajmił komisarz Enka. Pomyślał, że istnieje osobny typ spraw. Takich, w wypadku których oględziny miejsca przestępstwa kończą się wymiotami jednego z członków ekipy dochodzeniowej. Enka widział już parę takich przypadków i coś mówiło mu, że ten nie będzie ostatni.
Gil pokiwał głową, na znak, że się zgadza.
Wewnątrz stał Wroński, zupełnie nieruchomy, jeśli nie liczyć równo pracującej szczęki. Kolana miał ugięte, blisko siebie, gdyby go lekko trącić, poleciałby na pysk. Techniczni również tkwili sztywno, jakby wrośnięci w wylewkę, wyższy nawet zapomniał o papierosie i trzymał w gębie zgaszonego peta. W powietrzu unosił się zapach juchy.
Krew była wszędzie, zbrązowiałe smugi, szerokie i na metr, ciągnęły się od podłogi przez sufit; kapało. Z półek zwisały fragmenty skóry w czerwonych girlandach, sterczały pokruszone kości, ich odłamki mieszały się ze skrzepami na paczkach. W ogryzkach pod ścianą Gil rozpoznał resztki palców. Nie sposób było tu normalnie chodzić: wszędzie krew, wnętrzności, skóra. Ale najgorsze było rozmazane oko, niby wielkie rybie jajo, ciśnięte na wywrócony stolik. Na jedną z nóg nabita była naga tu i ówdzie czaszka, strzaskana kość czołowa ukazywała różową gąbkę mózgu. Zęby wybito, dolna warga, już czarna, zwisała na pasku skóry.
I wszędzie drobiazgi z ludzkiego ciała: przełamana ręka, obdarta stopa, lecz bez palców, żuchwa na dwie przedzielona. Wreszcie, kawałki ubrania, bardzo małe, niemal nieodróżnialne od ciała i but ze sterczącą zeń kością.
– O kurwa – powiedział Zbigniew Enka.
A Gil nie powiedział nic, choć może by i chciał, chwilowo jednak zajmował się walką z torsjami.
Ledwo mogli iść, stawiali nieporadne kroki, za małe, zbyt wielkie, byleby tylko trafić w suchy kawałek podłogi.
– Skąd wiadomo, że to człowiek? – wydukał ksiądz doktor.
Enka w milczeniu wskazał na stopę.
– Poza tym Kłoda rozpoznał zaraz fragment fartucha – to Płaśko odezwał się zza drzwi. – Pisało na nim: „ZENEX”.
– Polska – wykrztusił Zbigniew Enka i nim się połapał, wczorajsza kolacja podeszła mu do gardła. Zacisnął więc usta, wywalił oczy, przełknął, chrząknął, otarł wargi. Księdzu poszło nieco gorzej, podparł się panem komisarzem.
– Boże, ale tu cuchnie – szepnął.
Ruszył. A za nim inni. Wroński, choć klął na czym świat stoi, zlitował się nad Krzyśkiem i sam wziął się za ustawianie znaczników i aparatu. Uwadze Enki nie uszło, że ręka na migawce – ta stalowa dłoń, zdolna godzinami tkwić bez ruchu – drżała jakby prąd szedł przez nerwy, pyk, pyk, dygot, chustka pod nos. Techniczni już rozklejali taśmy, wygrzebali folie, elektrostat, sypali biały proch, bez słowa, bez jednego spojrzenia na siebie nawzajem. Enka za to zwrócił uwagę na szeroki szlak, stygnący strumień krwi i wnętrzności ciągnący się przez środek magazynu. Spróbował powiedzieć cos zabawnego na ten temat, ale nie bardzo umiał. Poszedł po śladzie.
Zdumiewało go nieodmiennie, ile krwi jest w człowieku – niby parę litrów, a magazyn wyglądał, jakby rozpruto, rozwleczono, o ściany wytarto całą grupę roczną studentów, a nie jednego biedaka, zapewne jeszcze chudego, bo polonisty. Sznury flaków ciągnęły się bez końca, im dalej więc Enka szedł, tym mocniej był zdziwiony.
Wyższy techniczny wyszedł, by powrócić z pękatą walizką. Położył ją na progu. Wewnątrz leżały równo ułożone pędzle, druty, szpikulce, nożyczki oraz różnych rozmiarów butle wypełnione kolorowymi płynami. Wybrał jedną, potrząsnął, pokropił pierwszą z brzegu półkę.
Gil zainteresował się miejscem, w którym leżało ciało, a raczej to, co z niego zostało: korpus ze strzępami kończyn, bez głowy, za to z rozprutym brzuchem, odarty ze skóry. Leżał w rogu pomieszczenia, trzy kroki od wywróconego stolika. Gil przeszedł tylko dwa i go zemdliło. Przystanął, odwrócił głowę ku walającym się po podłodze kubkom, wypatrzył rozsypane ziarno; krew mieszała się z wyschniętym już winem z leżącego na ziemi plastikowego naczynka. Przyklęknął.
– Możemy się zbierać – głos komisarza Enki był stłumiony – ci będą z tym tańczyć do świąt
Gil rozejrzał się bezradnie.
– No – ciągnął Enka – coś ci pokażę na komendzie. – Dostrzegł, że twarz Gila tężeje, więc dorzucił: – Spokojnie, nic aż tak strasznego.
– Aż tak – rzekł Gil. – Przynajmniej stąd pójdziemy. – Zastanawiał się, czemu tu jest. Co prawda ich komórka zajmowała się dziwnymi przypadkami, ale to nie znaczyło chyba, że będą wzywani do każdej makabrycznej sprawy w Polsce. A może znaczy?
– Więc właśnie – radował się Enka. – Może trochę zrozumienia nim się w tym wszystkim połapiemy?
Chciał jeszcze powiedzieć Wrońskiemu, że idą i jak strasznie mu szkoda zostawiać ich z tym bałaganem. W zamian tylko podskoczył, za to wysoko – paczka z półki runęła na podłogę dokładnie za jego plecami. Odwrócił się gwałtownie, w pierwszym odruchu chciał się schylić, ale tylko trącił ją nogą. Gil ruszył jak w transie. Kucnął, brzeg marynarki uwalał się krwią.
– Co jest? – zagadnął Enka.
Gil nie odpowiedział. Dotknął paczki. Cokolwiek w niej było, zostało stłuczone, już chciał ją odłożyć na miejsce. I nagle zobaczył coś innego, na ułamek sekundy, to samo miejsce, tylko w innym czasie: cień człowieka ciskany po ścianach, nogi bijące w powietrzu, jak w tańcu, wyłamaną rękę, czarną smugę tryskającą z rozwartych ust. Kartki papieru opadały na wywrócony właśnie stolik. Poza jedną – tą, która poleciała w bok, pod regał. Gil się otrząsnął – jak można tyle zobaczyć w tak krótkim czasie? Czy widział to naprawdę, czy tylko mu się zdało? Poczuł, że Enka chwyta go pod ramiona myśląc, że Gil zasłabł. Dał mu znak ręką, że wszystko w porządku.
– Tylko chwila.
Uważając, by nie pobrudzić spodni czymś, czego nie spierze, a nawet jeśli, to wspomnienie plamy uniemożliwi sen, przyklęknął i włożył dłoń pod szafę. Cofnął zaraz, było mokro. Pomacał już ostrożniej. Odwrócił się do Enki z kartką ujętą w dwa palce. Policjant tylko wzruszył ramionami, a Wroński ledwo spojrzał, wyszczerzył się kwaśno. Za to w oczach Enki był sam smutek.
– Czasem się tym martwię – bąknął.
Gil pomyślał, że czasem, zdecydowanie za często, czuje się jak pies gończy, taki maleńki, co wlezie w każdą dziurę i przytarga to, czego nikt inny nie dostrzeże, nie mówiąc o wzięciu w zęby. Wstał, zakręciło mu się w głowie, dopiero na słońcu uzyskał pewny krok. Kartkę ściskał tak mocno, że omal jej nie pomiął.
– Grula dostałby zawału, gdyby widział, jak się z tym obchodzisz. – Enka wyjął mu papier z dłoni, spojrzał w oczy i dodał z troską: – Lepiej już?
Gil przytaknął.
– Złości mnie, że Wroński patrzy na mnie jak na świra.
– Wroński to pierwszorzędna kanalia, a świr znaczy u niego tyle, co porządny facet – wyjaśnił Enka. Mrużąc oczy przyjrzał się kartce: był to jakiś rękopis, zdaniem komisarza, stary. Litery kładły się na sobie, kreślone zapewne grubym piórem, w pośpiechu. Enka wypatrzył jeszcze coś niby nuty i schematycznie nakreślone ludzkie sylwetki w dziwnych pozach, które nie podobały mu się ani trochę.
– Mógłbyś na przyszłość obchodzić się z dowodami trochę łagodniej, wiesz, kurwa, odciski palców, te rzeczy – westchnął Enka. – Masz pojęcie, co to za bazgroły? Po jakiemu to?
Gil spojrzał. Nałożył okulary. Zmarszczył nos i nieznacznie poruszał szczęką, pewno składał powoli, po literze.
– Po polsku – rzucił. – Czekajże chwilę.
Zmarszczył czoło, oczy rozjaśniło zrozumienie, gruba żyła pojawiła się na czole. Gil zwiotczał. Utrzymał równowagę, ale głowę spuścił, kartka wysunęła się z palców, rozłożył dłonie, zamachał nimi, jakby próbował złapać niewidzialny sznur. Zamiast niego, uchwycił ramię komisarza Enki. Ten go przytrzymał. Mocno. Gilem zatrzęsło, odgiął głowę i nagle już było dobrze. Stał na mocnych nogach i gapił się, bezbrzeżnie zdziwiony, tym, co właściwie mu się stało.
– Wciąż mi słabo po tym, co stało się wewnątrz – ledwo zbierał słowa. Enka zmrużył powieki i podniósł kartkę. Przyjrzał się lepiej, Rysunki dalej mu się nie podobały, był w nich jakiś niepokój, jakby ktoś specjalnie próbował narysować kroki i gesty, które łamią kości. Rzeczywiście, był to język polski i pismo, jakiego już się nie widuje. W literach, choć naniesionych w pośpiechu, była jakaś elegancja, ale Enka nie wiedział, na czym dokładnie polegała. Przeczytał na głos, sylaba po sylabie:
Dźwięk mnie o-gar-nął, na-gle mo-je cia-ło
Zakręciło mu się w głowie.

reszta w książce

więcej ilustracji na stronie

„Tancerz” u Baniaka

Chwalenia tego faceta nigdy dosyć: od kilku lat Marcin Baniak zajmuje się intensywnym promowaniem fantastyki w Radiu Kraków. Roby wywiady, programy o książkach i do tego, jakimś cudem jest zawsze przygotowany, co wśród dziennikarzy jest co najmniej rzadkością. Wierzę głęboko w sukces, który niedługo stanie się udziałem polskiej fantastyki, wówczas powinno nastąpić wyniesienie Baniaka na parnas. Po prostu mało kto robi w temacie tak jasno, czysto i profesjonalnie jak on. Bywam sobie w jego studiu raz na czas i czuję się niemal jak w domu. W każdym razie, pozdrawiam, życzę zawodowego wzrostu, a wszystkich zapraszam do odsłuchania audycji poświęconej naszemu „Tancerzowi”. O tutaj.

Na stronie znajdują się również inne wywiady z pisarzami.

Jubot

Zastanawiam się nad sensem istnienia konwentów, poza tym oczywistym – jest na ich, ogólnie rzecz biorąc, miło, co nie czyni jednak tych imprez niczym wyjątkowym. Z punktu widzenia autora, wartość polega głównie na spotkaniu z czytelnikami najwierniejszymi z wiernych, którzy z miłości, ciekawości lub hejta ruszyli na spotkanie z pisarzyną, blokując go w sali na godzinę lub dwie. Na sprzedaż nie ma to żadnego przełożenia, najwyżej publicity można sobie popsuć. Z pewną nutką nostalgii przysłuchuję się opowieściom fandomowych sierżantów sierżantów tym, jak to było wspaniale w latach osiemdziesiątych, kiedy to o ksiażakch dyskutowano do świtu i to z determinacją godną obrońców Stalingradu. Ale nie chcemy, żeby te czasy wróciły, prawda? Dziś dyskusje literackie przeniosły się do netu, konwenty mają sens głównie w oczach graczy, zdychają też pomalutku. W Krakowie nie ma ani jednego i trzeba będzie coś z tym zrobić.

Póki co, o tym co jest i bardzo dobrze, że jest. Zapraszam wszystkich na UBOT w pięknym mieście Łodzi, już w nadchodzący weekend. Będzie tam też NURSocon, na którym przyznają Nagrodę Nautilus, do której nominowano Jarka i mnie za „Pies i Klecha. Przeciwko wszystkim”. Także zapraszam serdecznie na panele, spotkania, pogaduszki przy bronku i inne różnorodne atrakcje, do których dojdzie, jeśli nie zabije mnie clubbing.

Program tutaj

Recenzja Psa i Klechy w Horror Online

Jak sugeruje hasło na okładce książki, „Pies i klecha” jest pierwszą polityczną powieścią grozy. Chyba można przytaknąć temu stwierdzeniu, bo dzieło Orbitowskiego i Urbaniuka przesiąknięte jest klimatem polityki minionej epoki. Wszystko to jednak podane jest w bardzo lekkostrawnym sosie, tak więc czytelnicy cierpiący na awersję do polityki nie mają się czego obawiać. Już sam pomysł na stworzenie duetu milicjant-ksiądz może wydać się wielu osobom absurdalny. Jednak to tak naprawdę tylko wierzchołek góry lodowej. Bo nagle dzieje się rzecz zadziwiająca. Dwie całkiem różne powieściowe osobowości, które teoretycznie stoją po przeciwnych stronach barykady, odnajdują wspólny język. Okazuje się bowiem, że obaj panowie, mimo zewnętrznych różnic, uzupełniają się wzajemnie.

reszta na www.horror.com.pl 

Newer Posts
Older Posts