porusza i prowokuje...

publikacje

czy zombie trombi. o prozie Briana Keene na Onet.pl

W cieniu wielkiej przemiany wampira (od ludowej legendy, przez Drakulę, aż do przyjemniaczka o twarzy Pattisona) dokonuje się ciche przeobrażenie innej figury z horroru. Zombie. Żywego trupa.

Pozornie, zombie w swojej wersji wyjściowej, znanej z lat sześćdziesiątych jest mniej atrakcyjny od swego kuzyna z długimi zębami. Brak mu pomyślunku i „żyje” stosunkowo krótko, poddając się procesom gnilnym. Nie umie fruwać ani w nic się zmienić, trudno też, by takiego cuchnącego drania z muchami w nosie – dosłownie – pokochała amerykańska nastolatka. Właściwie sam z siebie nie jest nawet groźny. Zombie jednak mają tę cechę, co szarańcza w opowieści o Muminkach. Roją się, występując tuzinami, a w powieściach Briana Keene ich liczba sięga miliardów. Prawie tylko, co ludzkość.

Keene jest nową gwiazdą horroru. Sławę zyskał powieściami o żywych trupach, choć, na pierwszy rzut oka wszystko wskazuje, że jego książki są gorsze niż zło, jak przytomnie mówi pewien pisarz z Poznania. Pierwszy tytuł („Noc zombie”) jest po prostu fatalny, ale i tak przy drugim („Miasto żywych trupów”) wyraźnie zyskuje. Okładka jest paskudna w najgorszym sensie tego słowa, format też dziwny, słowem, Keene odpycha od siebie jakby sam był żywym trupem. Tymczasem, te krótkie książeczki nie tylko przebijają dzisiejszych tuzów horroru w rodzaju Grahama Mastertona, ale też stanowią zwieńczenie transformacji żywego trupa, jakby nie było, figury ważnej dla wyobraźni, zwłaszcza Polskiej. No bo kim był Konrad-Gustaw?

Zombie, w odróżnieniu od wampira jest bestią wyraźnie filmową. To jednak literatura dała nam Drakulę, Miasteczko Salem oraz Eddiego Cullena, z kolei nieumarli zaznaczyli się poprzez kino – czy ktoś pamięta jeszcze powieść „Noc żywych trupów”, na podstawie której Romero nakręcił swój słynny film? Historia zombie, której zwieńczeniem jest proza pana Keene napawa optymizmem. Wampir przeszedł wędrówkę od władcy nocy do potulnego supermana. Żywy trup w tym samym czasie wędrował od statusu łajzy ku potędze.

dalej

O „Long weekend” w Nowej Fantasyce

Sam długo unikałem obrazu Colina Egglestona, zwiedziony informacją, że mamy do czynienia z horrorem ekologicznym. Taki rodzaj straszenia kojarzy mi się, w najlepszym razie, z radosnymi bzdurami o potworach zrodzonych z nuklearnych odpadów, w najgorszym z tanim moralizowaniem o przyrodzie, co się wścieknie, jeśli nie zacznę selekcjonować śmieci. Większość starszych filmów, które tu przywołuję, obejrzałem jako chłopak; „Długi weekend” dopadł mnie po trzydziestce i natychmiast przemienił w nastolatka. Siedziałem, nie mogąc oczu oderwać; oczy te z pewnością wybałuszałem, momentami gapiłem się przez palce, tuptałem nogami i tylko taniego wina brakło, bym w pełni zanurzył się we własnej młodości. Nie oznacza to, że mamy do czynienia z filmem dziecinnym – przeciwnie, Eggleston sprokurował dzieło kompletnie serio, zdolne do przywołania tych uczuć, które towarzyszyły mi, gdy odkrywałem prawdziwe kino grozy, debiuty Hoopera, Cronenberga.

W Australii nie wiedzie się pewnemu małżeństwu. Marcia nieustannie drze się na Petera, a ten celuje do niej po kryjomu ze strzelby, ona jest zimna i wredna, on wyraźnie zdziecinniały, skupiony na gadżetach i wszystko wskazuje na to, że powinni się rozstać. Na ich nieszczęście, a ku radości widza, tak jednak się nie dzieje, para daje sobie szansę, następnie zasuwa na mało uczęszczaną plażę, by tam między morzem a krzakiem odnaleźć siebie na nowo. Już po drodze przejeżdżają kangura,
a potem dzieje się tylko gorzej: depczą, śmiecą, kradną orle jajko i zabijają krowę morską – słowem, na harcerzy raczej się nie nadają. Powoli ujawnia się prawdziwe źródło konfliktu. Kilka miesięcy wcześniej Marcia poddała się aborcji i zmaga się ze stosownym syndromem, Peter najchętniej by o wszystkim zapomniał, złości go odstawienie od łóżka, nie umie ani nie chce pomóc żonie. Wyjazd nie przynosi ulgi, para na zmianę trwa w stanie chwiejnej równowagi, by zaraz skoczyć sobie do oczu. Decydują się wracać, ale jest już trochę za późno.

(…)

[ytorbit]VZw0AskTOww[/ytorbit]

He, he (Kajko, czy mogę się już nie śmiać?)

Esensja wypuściła doskonałą parodię naszych SOD-owych dyskusji, pióra niejakiego Borucha,  o tutaj (wiem kto, jestem jak Lenin z kawału: mógłbym zabić, czego nie uczynię) , nie tylko uśmiałem się jak norka, ale i wyciągnąłem wnioski. Bo chyba rzeczywiście, tego ten, trochę za dużo miziu miziu się narobło. I w sumie szkoda, że pan Boruch nie podreptał gdzieś do konkurencji, nie skręcił tego tekstu w bardziej agresywny pamflet. Nie opuszcza mnie przykre wrażenie przyjacielskiego klepania po plecach. Ale jeszcze raz – po prostu świetne. Nie wiem tylko, czemu na rysunku, jako jedyny nie mam źrenic.

kolejny SOD. Tym razem Nabokov

Zachwyca nie zachwyca

Wit Szostak: No, panowie, tym razem zapraszam na wycieczkę w nieznane: Vladimir Nabokov, „Ada albo żar”. W nieznane, bo w naszych dyskusjach nigdy nie sięgaliśmy po literaturę z tej półki.

Czym jest „Ada”? Na pewno nie gatunkową fantastyką, na pewno nie literaturą popularną. Wedle współczesnej terminologii to powieść wysokoartystyczna, czyli po prostu: POWIEŚĆ. Jednocześnie cały koncept już od pierwszej strony pachnie fantastycznością, i to nie w szczegółach, nie w „elementach fantastycznych”, ale w radykalnej przebudowie całego świata przedstawionego. Sam jestem ciekaw, czy sobie nie połamiemy na tej prozie zębów, czy nasze narzędzia, którymi przymierzaliśmy się do tekstów zupełnie innego rodzaju, okażą się poręczne.

„Ada” ma już swoją legendę w literaturze współczesnej, wśród krytyków i historyków literatury są specjaliści tylko od tego dzieła, tropiący znaczenia, wertujący ją do upadłego, wyłuskujący sensy, szyfry, którymi hojnie szafował stary Nabokov. Ciekawe, że dopiero teraz, po czterdziestu latach, doczekaliśmy się pierwszego polskiego przekładu.

Mamy przed sobą historię dwojga bardzo blisko spokrewnionych dzieci, Vana i Ady, które podczas wspólnych wakacji w rodowej posiadłości Veenów zapadają na nieuleczalną miłość. Ich kazirodcze uczucie, utrzymywane w tajemnicy przez kilkadziesiąt lat, jest zdolne przetrwać rozmaite zawieruchy i doprowadza naszych bohaterów do sędziwej starości.

Nabokov opowiada o tym językiem brawurowym, który części czytelników może się wydać nieco manieryczny, lecz który jednocześnie zasysa i wciąga, budując świat dziwny i niejednoznaczny. Współcześnie niewielu autorów tworzących w języku angielskim pisze podobnie – zapewne pochodzenie Nabokova i literacka tradycja, w której wyrastał, odcisnęły się na jego wysublimowanej angielszczyźnie. Może jeszcze Pynchon, może Rushdie.

Powiem krótko: mam „Adę” za powieść arcydzielną, co chętnie podejmę w dalszej dyskusji. Przyznaję też, że polecałem Wam tę książkę z pewnym niepokojem. Dlatego ciekaw jestem pierwszych wrażeń.

Jacek Dukaj: Moje pierwsze wrażenia były mieszane.

Precyzyjniej: pierwsze kilkadziesiąt stron, do przybycia Vana do Ardisu, wyrobiło we mnie przekonanie, że Nabokov wpakował się tu w suchą literacką grę pt. „ewolucja gatunku powieści pokazana w jednej powieści” i jedyne delicje, na jakie możemy liczyć, to typowe Nabokovowe F/X, czyli eksplozje jego swawoli językowych.

Ale potem rozgościłem się w Ardisie i przez następne 200-300 stron byłem absolutnie zachwycony. Ta czechowowsko-wiktoriańska idylla prowincjonalnego romansu dziecięcego, w kolorowych ogrodach, w letnim bezczasie, z odczepionymi od postaci ciężarkami grzechu – pomijając już nawet wykonanie literackie, jako czysta wizja jest to przeurocze.

Potem, jakoś w połowie, znowu zwątpiłem, gdy w kilku rozdziałach Nabokov przegiął z grami językowymi. Bohaterowie mówią kalamburami i żyją w kalamburach. Jakkolwiek to uzasadniać, w lekturze bywa irytujące.

A potem już zacząłem podejrzewać, na czym polega ogólny zamysł autora, i włączył mi się instynkt detektywa – do końca czytałem „Adę” prawie jak kryminał, robiąc notatki i sprawdzając wstecz tropy.

Przy czym za absolutnie najlepszy kawałek uważam trzeci rozdział drugiej części. Wydaje się on wpierw cokolwiek absurdalnie rozdętą dygresją na temat infantylnych fantazji erotycznych, ale Nabokov na tych kilkunastu stronach, niczym rozpędzony czołg, przebija i demoluje kolejne bariery nierealizmu: począwszy właśnie od fantazji, marzeń sennych, skończywszy na konwencji literackiego naturalizmu. Majstersztyk!

Łukasz Orbitowski: A ja nie wiem. Wrażenia, które towarzyszyły Jackowi na początku lektury, zostały ze mną do teraz i nie wiem, czy „Ada” jest rzeczywiście arcygenialną powieścią, w pewnym sensie zwieńczeniem powieści jako takiej, dopełnieniem Prousta, czy też arcygenialną hucpą – to znaczy zapisem pewnego zmysłowego doświadczenia, wrzuconym w bezład kontekstów i wyrażonym przepięknym językiem. Podczas lektury skłaniałem się raz ku jednej, raz ku drugiej opcji.

 

kontynuacja oczywiście na Esensji

o zombie w Nowej Fantastyce

Posted on 30 lipca 2009

Norweski „Dead snow” nakręcono przy minimalnych kosztach i właściwie mamy do czynienia z dziełkiem półamatorskim, co tylko dodaje uroku. Grupa młodych ludzi wybiera się na weekend do chatki w mroźnych górach… znacie? To posłuchajcie! Pierwsze pół godziny daje dokładnie to, czego oczekujemy, czyli prezentacje postaci w sekwencji świńskich żartów, piwko przy kominku, miejscową legendę oraz seks ubikacyjny, dość heroiczny ze względu na spadek temperatury (spółkowanie dokonuje się w wygódce na zewnątrz). Każdy dialog i wydarzenie służy jedynie temu, by jak najszybciej, po kosztach, przejść do jatki.Tak się nieszczęśliwie poukładało, że za Hitlera, gdzieś w okolicy stacjonował sobie oddział krwawych esesmanów. Miejscowi dali im wycisk, przegnali, zarżnęli. Co z tego, skoro prawa horroru są nieubłagane i nasi Niemcy wracają zza grobu, gnijąc sobie i jedząc, kogo popadnie. A że nasi Norwedzy nie dają sobie w kaszę dmuchać, cieszymy oczy efektowną masakrą, pełną rozpędzonych zombie w mundurach, mamy dyndanie na flakach, fruwające członki, a nawet prawdziwy karabin maszynowy, pojawiający się zresztą – jak wszystko w tym filmie – kompletnie bez sensu. Reżyser uważa fabułę za zbędną, świadomie buduje sprzeczności, w zamian dając wszystko to, co w filmie o zombie pojawić się musi. Rozumie, że widz, tak jak bohaterowie, zna wszelkie możliwe zagrania i da się go zaskoczyć jedynie nowym rozłożeniem starych elementów.

Inaczej w „Świątecznej opowieści” Paco Plazy, filmie pozornie pozbawionym wątków fantastycznych. Piątka dzieciaków tuż przed Bożym Narodzeniem znajduje sobie dół, a w dole Rebekę, przestępczynię przebraną zresztą za Świętego Mikołaja. Dziewczyna miała pecha, ledwo co obrabowała bank a tu zdarzyła się dziura i nie można wyjść. Młodzi, zamiast zadzwonić po policję lub pomóc Rebece, decydują się ją przetrzymać, by zmiękła i wyznała, co zrobiła z forsą. Dziewczyna w końcu przekazuje pieniądze, by zaraz potem udać martwą, zniknąć, wrócić. Z siekierą i po zemstę.

dalszy ciąg tu

[ytorbit]3-KQh87_V2Q[/ytorbit]

a tu film w filmie, czyli „Zombie invasion” ze „świątecznej opowieści”
[ytorbit]7AX4AO2sTHE[/ytorbit]

Harry i czary na onet.pl

Posted on 24 lipca 2009

Kiedyś świat był prostszy.

Zapytajcie prababci, albo wybierzcie się na głęboką wiochę. U mnie, pod Krakowem, wciąż wierzy się, że Lucyfer spadł na Ziemię w postaci deszczu, a z każdej kropli wyrósł zły człowiek, co nam, Polakom, nie wróży szczególne dobrze – w końcu leje u nas jak z cebra przynajmniej przez połowę roku. W tych samych wsiach spotkacie baby (proszę się nie złościć, baba jest ludową nazwą czarownicy) czyniące uroki, lub spędzającą płody. Dzisiaj, na siłowni, pewien muskularny mężczyzna z ogniem w oczach opowiadał mi o klątwie, popularnej w jego stronach. Rzuca się ją na kobietę, lecz nieszczęście spotyka jej kochanka. Bezpośrednio po stosunku, członek pozostaje w erekcji, która nie chce ustąpić pod żadnym pozorem, co powoduje, na początku radość, choć nie powinno – każdy, kto obejrzał serial „True Blood” wie co mam na myśli. Męskość w wzwodzie dłuższym niż kilka godzin kończy się śmiercią delikwenta, lub amputacją narządu. Tylko nie wiadomo, co gorsze, powiedział mi ten facet i wrócił do machania sztangą.

Magia kiedyś otaczała nas zewsząd. Teraz wygoniono ją z miast, na prowincji zdycha sobie pomału (kolega z siłowni może wierzyć sobie w klątwy, ale sam raczej nie będzie ich rzucał), tęsknota za nią pozostaje. Stąd najpierw sukces konwencji fantasy, gdzie czarodziejskie przedmioty i sami magowie odgrywają kluczową rolę, potem, międzynarodowe powodzenie Harry’ego Pottera, obecnie ambasadora magii na ten świat. Harry uzdrowił, uprawomocnił czarostwo, wcześniej kojarzone z czymś paskudnym, w końcu całe chrześcijaństwo potępiło nawet tak niewinne formy praktyk magicznych jak wróżenie z fusów, co odżyło zaskakująco mocno w literaturze i filmie grozy. Drugą zasługą małego czarodzieja jest bez wątpienia wprowadzenie szacunku dla okularników – zetknąłem się nawet z zaskakującą opinią, że cała afera z sukcesem książki powstała za podszeptem firm produkujących oprawki.

dalej

hardkor 44 i duży format

Posted on 16 lipca 2009

wczoraj w Warszawie, na tle zasieków, czerwonych świateł i czegoś tam jeszcze czerwonego, Tomek Bagiński zapowiedział swój nowy film. „Hardkor 44” będzie fantastycznym, pełnometrażowym filmem o Powstaniu Warszawskim. Z przyjemnością informuję,  że wraz z Tobiaszem Piątkowskim (komiksy: Pierwsza Brygada, 48 stron i inne) odpowiadamy za scenariusz.

Poza tym dziś, w „Dużym Formacie” pierwszy z moich kawałków o polskim pulpie (konkretnie, Vesper), będzie więcej.

poczytanki

Posted on 7 lipca 2009

co było jak mnie nie było. Ukazał się drugi numer kwartalnika „Blackastrial”, w którym gawędzę sobie z miłym redaktorem o muzyce metalowej i nie tylko (polecam też tę gazetę jako najbardziej profesjonalne, polskojęzyczne medium o ciężkich dźwiękach). Jest też czterdziesty numer machiny, a w nim mój kawałek o porno-remakeach, czyli wersjach kinowych hitów, tylko dla dorosłych.

Zahcon. „Phantasm” w Nowej Fantastyce.

Posted on 26 czerwca 2009

 zapraszam jutro, czyli w sobotę do Torunia, na prelekcję i spotkanie ze mną. szczegóły pod tym adresem

a w NF tym razem o „Phantasm”:

Nie należę do ludzi przesadnie hołdujących tradycji: próbuję nie obchodzić żadnych świąt, uczę się nie pić w piątek (wychodzi niedobrze), nie uczestniczę w żadnych marszach i z premedytacją unikam wszelkich rodzinnych zwyczajów. Może dlatego, że te ciekawe, jak czuwanie przy trupie, do mojego domu nie zawędrowały. Znajdzie się też kilka wstydliwych, o których nie godzi się wspomnieć. Ale jeśli mam pomyśleć o moim prywatnym zwyczaju, takiej tradycji na miarę moich możliwości, tylko jedno przychodzi mi do głowy: każdy kto odwiedza mnie na dłużej niż chwilę musi obejrzeć film „Phantasm”. A że życie – miast zdrowia, pieniędzy czy rozsądku – obdarowało mnie przyjaciółmi, widziałem to dziełko niezliczoną ilość razy.

Nie sposób też ogarnąć ogromu mojej miłości do tego skromnego filmu, nie pojmuję tego drżenia serca – jest poza mną, niczym uczucie nastolatka. Tak miłujemy koleżanki w szkole średniej i wcale nam nie przeszkadza, że są brzydkie, głupie i mają nas w czterech literach. Tak niektórzy mogą kochać wyprawy na drugi koniec świata, gotowanie, dobre wino, nawet własne dzieci. Słowem, odnajduję w sobie głęboki stan zakochania, wymykający się wszelkiemu rozsądkowi. I zawsze, kiedy kończył się miesiąc, przychodził czas pisania do „Nowej Fantastyki” o kolejnym filmie, myślałem sobie: chciałbym teraz napisać o „Phantasm”. Ale jak napisać? Jakie słowa z siebie wydobędę, skoro w tym miłosnym stanie ledwo się rozpoznaję. Spróbujcie na przykład powiedzieć ukochanemu, ukochanej jak wiele dla was znaczy. Nie ma przebacz. Leżysz i kwiczysz.

(…)

całość w numerze

[ytorbit]EKTs3I68cEA[/ytorbit]

kawał mojej mlodości umarł wraz z Jacko, ale jakos nie tęsknię

chuck na onecie

Posted on 23 czerwca 2009

(…)

Widziany znad Wisły, Chuck Palahniuk ma postać literackiego giganta, kogoś, kto rozdaje karty przy stoliku nowoczesnej prozy, obrazoburcy na miarę Hullbecque’a i faceta równie istotnego, co Phlip Roth. Dwudziestoletni czytelnicy poszukują jego klonów, dziwując się, czemu autor „Opętanych” nie dostał nagrody Nobla, a najlepiej dwóch, literackiej i pokojowej. Tymczasem, Palahniuk wypełnia definicję pisarza kultowego, związanego silnie ze środowiskiem fanowskim i średnio popularnym poza tym kręgiem. Tułał się bardzo długo, pierwszej powieści nie wydał wcale, a film Finchera poniósł komercyjną klęskę, by odżyć dopiero wydany na płytce. Niemniej, właśnie dzięki niemu Palahniuk zyskał sławę większą niż klatka schodowa i dzisiaj jest gdzie jest.

To nowy typ pisarza, zrodzony ze zrozumienia, że książki już nie starczają i trzeba robić wokół siebie szum. Palahniuk śle swym wielbicielom dziwaczne prezenty, a ci odwdzięczają mu się, mdlejąc gromadnie na spotkaniach autorskich kiedy ich ulubieniec przeczyta coś szczególnie obrzydliwego. Ostatnio, promując nową książkę „Snuff” kazał nakręcić kilka fałszywych trailerów do filmów porno, a także machnął „wywiad” z bohaterką tejże powieści, starą gwiazdą filmów dla dorosłych, która zamierza pobić i tak wyśrubowany seksualny rekord świata (600 partnerów pod rząd). Rzecz można obejrzeć na sieci – fikcyjną pornogwiazdę gra oczywiście facet.

Póki co, zamiast tłumaczenia „Snuff” otrzymujemy polskie wydanie „Opętanych”, wypuszczone, jak zwykle, przez Niebieską Studnię.

Do Palahniuka chyba dotarło, że przez dekadę pisał w kółko jedną książkę i postanowił coś zmienić. Zamiast jednego, zagubionego i zafiksowanego bohatera mamy ich prawie dwudziestu, do tego zamkniętych na małej przestrzeni. Jest tam kucharz – seryjny morderca i inny przyjemniaczek, który nie zawahał się zabić człowieka by mieć temat na artykuł, są szantażyści, erotomani, zwyczajni wariaci, brak za to kogokolwiek, kogo chcielibyśmy widzieć u siebie na kolacji. Cała ta zwariowana banda ląduje pod kluczem w szczególnym domu pracy twórczej – mają tam siedzieć i płodzić arcydzieła. Palahniuk nie kryje, że pomysł nawiązuje wprost do wydarzeń nad jeziorem Genewskim, kiedy Shelley i Byron nurzali się w rozpuście, a Mary Shelly tworzyła „Frankenstaina”. Przebrzmiewają echa „Dekameronu” i opowieści Szeherezady, z czego autor czyni jeszcze jeden element zabawy

całość

Newer Posts
Older Posts