porusza i prowokuje...

Szczęśliwa ziemia

dialog z prawicą

czyli dwie rozmowy. z rebelya.pl:

Wierzysz w Boga? Trójcę Świętą? Chrystusa?

Łukasz Orbitowski: Oczywiście, że nie.

Dlaczego?

– Bo nic nie wskazuje na to, abym nawet mógł zadać sobie tego rodzaju pytanie. Ludzie pytają o Boga, a ja nie wiem dlaczego. Jesteśmy sami, panie Saulski.

A jednak w Twoich powieściach, panie Orbitowski, ten świat ponadnaturalny jest obecny. Przenika wszystko. Powiesz „to fantastyka, element fantastyczny”, ale nie do końca chcę wierzyć w to, że facet chłodny i racjonalny jest w stanie w taki sposób opisywać rzeczy niezrozumiałe. I emocje towarzyszące spotkaniu naturalnego z ponadnaturalnym. Czy uważasz, że są jakiekolwiek niepojęte siły w naszym życiu? Niekoniecznie o religijnej konotacji?

– Czym innym jest przekonanie, że świat jest tajemnicą, czym innym wiara w Chrystusa, która w swojej próbie nadania życiu sensu nieco tę tajemnicę umniejsza. Świat jest groźny. Nadnaturalność jest jego naturalnością. To dzicz, której nie rozumiem. Być może o to wam, chrześcijanom chodzi – o obłaskawienie tej tajemnicy, która, w mojej opinii, nie może zostać okiełznana. Nie jestem też chłodny i racjonalny. Przeciwnie. Dość dzikie ze mnie stworzenie, taki pogański bożek idący sobie przez świat. Po prostu, nie jestem wierzący.

całość

i wnas.pl

Ukazała się właśnie „Szczęśliwa Ziemia”. W moim przekonaniu najbardziej chyba minimalistyczna pod względem obecności elementów nadprzyrodzonych. Mimo to jest bliska takim Twoim powieściom jak „Święty Wrocław”. Czy dokonujesz jakiegoś przejścia do literatury obyczajowej? Doszły mnie słuchy, że chcesz spróbować w tym sił.

Ja nigdzie nie przechodzę. Zawsze byłem pisarzem obyczajowym, który chętnie korzystał z rozwiązań fantastycznym. Gdy krytyka literacka próbowała wysupłać Marqueza z fantastyczności, ochrzczono go magicznym realistą, ja jestem magicznym brutalistą. Tak proszę o mnie mówić. Niesłychanie mi to odpowiada. Ale chyba wiem o co Ci chodzi. Fantastyka, silnie obecna we wszystkich moich książach zawsze służyła podkreślaniu – chocby poprzez kontrast – twardego realizmu. Po prostu nabyłem doświadczenia i lepiej wiem, jak ten cel osiągnąć. Już wiem, że mniej znaczy lepiej. Wcześniej byłem gówniarzem, lubiłem się prężyć, chciałem hałasować. Byłem jak facet obwieszony złotem, który nieustannie macha łapami, przyciąga uwagę towarzystwa, robi z siebie widowisko na całą knajpę. Jeszcze oberwie i co? Teraz mam tshirt i jeansy. Stoję spokojnie. I opowiadam.

całość

obie rozmowy przeprowadził Arkady Saulski.

Gazeta Wyborcza o „Szczęśliwej ziemi”

Początkowe partie „Szczęśliwej ziemi” do złudzenia przypominają „Tracę ciepło”, powieść Orbitowskiego sprzed sześciu lat.

Znów widzimy nastolatków, jak gdyby przeflancowanych z książek dla młodzieży. Może najbardziej z kart opowieści o Panu Samochodziku – wszak jest zamek i są tajemnice. Szybko się jednak orientujemy, że to zupełnie inny pomysł literacki, odbiegający od tego, do czego zdążył nas przyzwyczaić pisarz. A więc motywów fantastycznych w „Szczęśliwej ziemi” mamy niewiele, a tandety rodem z horroru, do której miał ongiś słabość, jeszcze mniej. Zaskakuje egzystencjalny smutek, jakim podszyta jest ta powieść.

Wszechobecność śmierci

Gdyby rzecz sprowadzić do jednego zdania, można by powiedzieć, że „Szczęśliwa ziemia” to literackie rozwinięcie znanego porzekadła: uważaj, czego pragniesz, bo możesz to dostać.

Zrazu jesteśmy w fikcyjnym miasteczku Rykusmyku ulokowanym gdzieś na Dolnym Śląsku. Nad mieściną góruje zrujnowany zamek piastowski, mamy mniej więcej drugą połowę lat 90. XX w. Piątka kumpli oddaje się typowym grom i zabawom wieku licealnego, ale też każdy z nich zmaga się z jakimś bólem. Na przykład Szymek, główny opowiadacz „Szczęśliwej ziemi”, nie radzi sobie z alkoholizmem matki i z tym, że nie wie, kim jest jego ojciec. Ponadto od najwcześniejszych lat słyszy w głowie nieprzyjemne dźwięki zwane w powieści skrzekiem.

W wersji elektronicznej książkę można kupić TUTAJ

Chłopaki obiecują sobie, że zaraz po maturze wyruszą w wielki świat, bo Rykusmyku to dziura, miejsce nieznośne pod każdym względem. Zdarzeniem cementującym ich przyjaźń ma być zapuszczenie się w labirynt podziemnych korytarzy zamku. Tam spotykają bestię – byka, który zabija jednego z nich. Ten baśniowy motyw – jak wszystkie pozostałe w „Szczęśliwej ziemi” – ma wykładnię symboliczną. Odsyła do tego, co nie mieści się w wyobrażeniu o beztroskiej młodości, przypomina o istnieniu mrocznych sił i o wszechobecności śmierci.

I tu warto odnotować postęp. Otóż w najnowszej powieści Orbitowski nie używa fantastycznych gadżetów dla efektu i z chęci utrzymania się w ulubionej konwencji horroru. „Szczęśliwej ziemi” najbliżej do konwencji powieści obyczajowej. Baśniowa groza i inne – by tak rzec – zjawiska paranormalne zostały tu pomyślane jako rewers banalnej rzeczywistości. Reprezentują to, co w nas i w naszym życiu mroczne i niepojęte.

Czy warto raz jeszcze spotkać się z bestią?

W kolejnych rozdziałach przedstawia dalsze losy bohaterów, mniej więcej do chwili, gdy w połowie trzeciej dekady życia dopada ich życiowy kryzys. Przypomnijmy – pozostało czterech chłopaków, z których tylko trzech wyrusza w wielki świat. Szymek znalazł bowiem szczęście na miejscu, wiążąc się z miłą, acz ekscentryczną Teklą. Szczęśliwym małżonkiem i dobrym mieszczaninem nie był jednak długo – opętana przez demony Tekla zadaje sobie śmierć. Bartek w Kopenhadze też nie zaznał szczęścia, mimo że jako menedżer w międzynarodowej korporacji odniósł sukces. Greczynka Maya, miłość jego życia, również postradała zmysły. Z kolei Staszkowi, deweloperowi działającemu wWarszawie, przydarzyła się bolesna plajta. Wreszcie Karol, krakowski dziennikarz, oddala się od żony i chorego na autyzm synka, a na dodatek wikła się w aferę z doktoratempisanym na zamówienie gangstera.

Bliżej finału powieści czterej mężczyźni przeczołgani przez życie spotykają się po latach w rodzinnym Rykusmyku. Nie powiem, czym to spotkanie zaowocowało, zasygnalizuję tylko, że zaczyna się od wątpliwości, czy warto raz jeszcze zejść do podziemi zamku i spotkać się z bestią. Bliżej finału poznajemy też treść średniowiecznej legendy o tytułowej szczęśliwej ziemi, a właściwie o przekleństwie ciążącym nad Rykusmyku.

Wiemy na pewno, że cztery pomysły na życie doprowadziły bohaterów do klęski. „Przecież jesteśmy młodzi” – mówi jeden z nich. Warto więc zacząć raz jeszcze, no i zajrzeć do książki Orbitowskiego, żeby się przekonać, na czym to nowe otwarcie może polegać. I czy w ogóle jest możliwe.

„Szczęśliwa ziemia” nie jest powieścią idealną, zwłaszcza od strony stylistycznej – drażni prosta składnia i chropowatość języka. Ale jako opowieść o dojrzewaniu i życiowych bilansach dzisiejszych trzydziestoparolatków zaciekawia i przekonuje. Nie tylko dlatego, że jest bodaj pierwszym rozrachunkowym przedsięwzięciem w tym segmencie wiekowym. Urodzeni pod koniec lat 70. po raz pierwszy pytają, co poszło nie tak.

Dariusz Nowacki

Paweł Goźliński o „Szczęśliwej ziemi”

„Ostatnio pisał o alternatywnej historii Warszawy, w której nie było Powstania, za to Kamil Krzysztof Baczyński żył i wiódł – aż do zaskakującego zwrotu akcji – żywot poety w Polsce Ludowej (powieść „Widma”). Tym razem Łukasz Orbitowski, specjalista od wysysania grozy z codzienności, wraca do współczesności, choć akcja jego nowej powieści rozkręca się w miejscu mniej konkretnym niż w „Widmach” czy „Świętym Wrocławiu”. To miasteczko Rykusmyku, gdzieś pod Legnicą, dziura właściwie z zamkiem i legendą o spełnionych marzeniach, za które ktoś musi zapłacić śmiercią. Baśń, horror? Po trosze. Orbitowski spenetrował obydwa gatunki w poprzednich swoich powieściach i opowiadaniach, ale teraz służą mu one co najwyżej jako podpory w całkiem misternie stworzonej konstrukcji. Jej sens i cel są jednak gdzie indziej. Oto grupie przyjaciół – poznajemy tylko ich ksywki – sportretowanych jak w klasycznej obyczajowej powieści o dojrzewaniu coś się przydarza. Co? Byłby to ewidentny spojler, więc nie zdradzę. To coś ma, albo i nie ma wpływu na ich dalsze losy i o losach tych będzie to powieść, brutalna, mroczna, choć trzymająca bebechy tam, gdzie miejsce bebechów – w precyzyjnie wyznaczonych granicach formy. Bo „Szczęśliwa ziemia” to również powieściowa układanka: dorośli bohaterowie to już imiona, nazwiska, pozycje w życiowych układach, miejsca zamieszkania (również Kopenhaga, gdzie Orbitowski – co widać po jego powieści – trochę się męczy). Teraz czytelnik musi je dopasować do dziecięcych przezwisk. I do dziecięcych przeżyć, które przecież mają nas kształtować na całe życie. Piszą tu i tam, że to najlepsza i najdojrzalsza dotychczasowa powieść Orbitowskiego. Na pewno. Najwięcej znaczy tu jednak słowo dojrzałość. Bo „Szczęśliwa ziemia” to jedna z najważniejszych polskich powieści o dojrzewaniu i dojrzałości dzisiejszych trzydziestoparolatków.”

Cały tekst znajduje się pod tym adresem.

wywiad dla violence online

Wróćmy na chwilę do przeszłości – odważna próba wywrócenia historii w „Widmach” spotkała się z szerokim odzewem; jak Ty dzisiaj, z perspektywy czasu oceniasz powieść? Nadal możesz użyć słów, które padły podczas naszej poprzedniej rozmowy, czyli „Powieść broni się sama”? Obroniła się?

Powieść to nie biedaczyna zaskoczony przez zbirów w zaułku. Literacki wpierdol zdarza się rzadko, niemniej należy współczuć tym, którzy go doświadczyli. Miło mi, że nie zaliczam się do tego nieszczęsnego grona. Z perspektywy czasu, mogę jednak powiedzieć, że oczekiwałem więcej i więcej powinienem dać z siebie. Teraz napisałbym inaczej tę książkę, co nie znaczy, że to zła książka, wręcz przeciwnie. To ze mną jest coś nie tak. Nie znoszę swoich książek, szybko tracę do nich serce. Otwieram, czytam i wszystko wydaje mi się głupie, choć czytelnik wie swoje i chwali. Popatrz na życzliwe przyjęcie „Szczęśliwej ziemi”. Mi ta powieść odebrała zmysły. Normalnie, waliło mi na dekiel.

I to walenie na dekiel daje się odczuć, bo udało Ci się osiągnąć coś, o czy marzy chyba każdy pisarz – wywołać u czytelnika silne wrażenia. Obojętnie jakie. Ale pytanie jest inne – rozumiem, że kiedy tworzysz stajesz się dla otoczenia nieznośny, coś jak kobieta w ciąży?

Przykład jest trafny, pod warunkiem, że do ciąży dołączmy jeszcze okres karmienia. Gdy przygotowywałem pierwszą wersję tej powieści, wiedziony nadzieją, że to prosty projekt, do trzaśnięcia w pół roku, miałem nieznośne wrażenie, że coś nie gra, coś się nie zgadza. W pewna sobotę obudziłem się na kacu i mnie pierdolnęło. Jakby Bozia sypnęła mi w oczy światłem. Język był nie ten, więc siadłem i przepisałem całość, mniej więcej w tej skrótowej, oszczędnej formie, którą znasz. Powieść była jednak do dupy. Chaotyczna, niezrozumiała. Ja to wiedziałem, potwierdzili beta czytelnicy. Ktoś inny cisnąłby ją w kosz, przepełniony już wyrzuconymi tekstami, ale ja zrobiłem coś innego. Przepisałem ją raz jeszcze. I jeszcze raz, kiedy to „Szczęśliwa ziemia” osiągnęła formę zbliżoną do tej, którą znasz. Przeczytałem ten tekst i wpadłem w przerażenie. Gówno, panie kochany, kompletne gówno. Pomyślałem o tych wszystkich wersjach, długich dniach spędzonych na pisaniu (no dobra, wcale nie były takie długie) i wydało mi się, że przez cały czas usiłowałem zrobić rzeźbę z gówna. Najpierw jedną, potem inną, rzeźba miała być piękna, ale jednak z gówna. Cuchnęła. Wyglądała jak gówno. Upaprałem sobie łapki. Dwa lata w chuj przejebane. I ja mam prawo iść z tym gównem do ludzi? Nie spałem przez „Szczęśliwą ziemię”. Zadręczyłem moją dziewczynę i najbliższych. Wydawało mi się, że jak wydam tę książkę, pani w sklepie nie sprzeda mi jedzenia, a ludzie będą pokazywali mnie palcami. uwierzysz w tego zajoba? To powiem ci coś lepszego. Dostałem na tę powieść mnóstwo pieniędzy i miałem moment, kiedy chciałem je wszystkie odesłać wraz z przepraszającym listem do wydawcy. A potem jak zdrajca, jak Edyp pragnąłem uciec, zwiać gdzieś do portowego miasta, gdzie żyłbym pod osranym kocem. Oczy bym sobie wydłubał. Więc tak, chyba trochę straciłem ogląd rzeczywistości. Wypada przeprosić wszystkie kobiety w ciąży, czyż nie?

ciąg dalszy tutaj

miłe metale raczyły również zrecenzować.

hatak.pl i wnas.pl o „Szczęśliwej ziemi”

Szczęśliwa ziemia” to powieść o marzeniach. Tych niespełnionych, bezgłośnie wypowiedzianych i niebezpiecznych. To powieść o inicjacji czterech przyjaciół, pragnących wejść bezboleśnie w wiek dorosłości. To wreszcie powieść o utracie: siebie, miłości i nadziei. To powieść kompletna.

całość

Na poły legendarna, na poły historyczna opowieść o księciu Henryku i księciu Ottonie, o pochodzeniu ”szczęśliwej ziemi” i przyczynie spełnianych życzeń, którą autor nam umiejętnie dozuje, uzupełnia i dopowiada historię Rykusmyku i bohaterów powieści, a opisy miast (Krakowa czy Warszawy) przyprawić mogą o zazdrość adeptów pióra. Orbitowski znakomicie kreśli powieściowe postacie – zarówno gangsterów i szefów firm, jak niespełnionych kobiet czy biedujących literatów. Nieobce mu są także niuanse uczuć (Bartek i Maya, Szymek i Doris, Karol i Nika). Głównonurtowcy będą tą prozą równie zachwyceni jak fantaści. A zdaje się, że ten facet czerpie inspirację z heavy metalu i pokręconych filmów grozy

całość

dzień po premierze „Szczęśliwej ziemi”

Pojawiły się pierwsze recenzje, sztuk kilka, dlatego ogniskuję je w jednym poście.

„Cza­sami mówi się, że Orbi­tow­ski two­rzy hor­ror egzy­sten­cjalny i chyba dopiero postać Karola pozwo­liła mi to w pełni zro­zu­mieć. Od takiej grozy nie ma ucieczki. Byk nie ist­nieje, ale czy mało po świe­cie cho­dzi takich Karo­lów czy Stasz­ków? I ile trzeba, żeby moje życie stało się takie, jak ich? Proza Orbi­tow­skiego nie przy­nosi oczysz­cze­nia ze złych emo­cji. One zostają w czło­wieku na długo. A wraca się do nich jak do narkotyku”

Agnieszka Brodzik, Carpenoctem

całość

„W opisie losów każdego ze swoich protagonistów Orbitowski – choć w przekonująco oddanych realiach różnych miast – porusza zbliżone problemy. Psychiczna słabość, nieumiejętność budowania trwałych więzi z innymi ludźmi, brak woli walki o podtrzymanie cennych relacji, obojętność na sygnały nadchodzącej katastrofy. Strach przed odpowiedzialnością. Nieprawidłowo poukładane priorytety. A przede wszystkim – wyobcowanie i dojmująca samotność. Wspólne dla stróża, freelancera, pracownika korporacji i prywatnego przedsiębiorcy. Dla ludzi sukcesu i nieudaczników.”

Agnieszka Chojnowska, Fahrenheit

całość

„W powieści Orbitowskiego dorosłe życie jest bezlitosnym przedłużeniem młodości, nie nowym etapem – wraz ze wszystkimi wcześniejszymi wyborami i ich konsekwencjami. Nawet jeśli chciałoby się o nich zapomnieć. „Szczęśliwa ziemia” to jedna z lepszych, jeśli nie najlepsza powieść tego autora.”

Zaginiony Almanach, pan Fenris

całość

„Tak, z całą pewnością „Szczęśliwa ziemia” zmusza czytelnika do refleksji na tematy przyszłości i przeszłości. Do rozmyślań nad gorzką prawdą i ponurą rzeczywistością. Nad przyjaźnią i poświęceniem. Nad potrzebą miłości i samotności w tłumie ludzi. „Szczęśliwa ziemia” nie należy do powieści stricte fantastycznych i wydaje mi się, że dzięki temu zyska czytelników spoza kręgu miłośników literatury fantasy. Bowiem jest to książka, którą naprawdę warto poznać.”

efantasyka.pl, Anna Chramęga AKA Wiedźma

całość

„Łukasz Orbitowski już niejeden raz serwował nam świetną literaturę, jednak po lekturze „Szczęśliwej ziemi” nikt chyba nie będzie miał wątpliwości, że to najlepsza powieść w jego dotychczasowym dorobku. Orbitowski oddał czytelnikom dzieło dopracowane w każdym calu, imponujące zarówno treścią, jak i formą, wzbudzające w odbiorcy całe spektrum potężnych emocji i dające mu możliwość obcowania z prozą na najwyższym poziomie. Utwór ponury i depresyjny, a jednak bez reszty wciągający, zwieńczony w sposób równie zaskakujący, co przytłaczający. Lekturę, która z pewnością nie pozwoli o sobie zapomnieć.”

Damian Bartosik AKA Naimad

całość

„To pełnoprawna powieść z elementem nadnaturalnym, której groza nie polega na wymyślnych cudach wiankach, a na wejrzeniu w człowieka i uświadomieniem, że to, czego chcemy i pragniemy praktycznie nigdy nie okazuje się tym, co dostajemy.”

Ewa Lalik, Splay

całość

„„Szczęśliwa ziemia” okazuje się w pewnym stopniu klasyczną, choć uwspółcześnioną historią o kupowaniu spełnienia marzeń, wzbogaconą rozważaniami nad tym, co oznacza pragnienie wyrwania się gdzieś dalej, osiągnięcia czegoś więcej, a może po prostu zdobycia chwili świętego spokoju. Umiejętnie wplecione w narrację zagadki kryminalno-obyczajowe, kwestie szemranych interesów, powtarzających się przez wiele lat gwałtów, znikających noworodków czy trudnej do znalezienia oryginalnej wersji legendy o ziemi szczęśliwej sprawiają, że lektura nie staje się nawet na chwilę nużąca. Motywy fantastyczne, choć początkowo sprawiające wrażenie nieco sztucznych, z czasem okazują się doskonale obrazować to, co robimy sami sobie i co czynimy innym. Wszyscy jesteśmy skądś, i może dopiero oddalenie pozwala bardzo jasno zobaczyć, jak głęboko siedzi w nas miejsce naszego pochodzenia. Ziemia szczęśliwa, ziemia przeklęta. Ziemia ojczysta.”

Katedra, Adam Skalski

całość

Zresztą wszystkie elementy powieści, strona za stroną tak cierpliwie przez Orbitowskiego składane, idealnie do siebie pasują, są niczym kolejne kondygnacje jakiejś wspaniałej, gigantycznej budowli… która w onirycznym finale wali się na nas z hukiem i przygniata nas całym swoim niewyobrażalnym ciężarem. A jeśli spróbujecie się wygrzebać spod gruzów, to i tak dobije Was ostatnie zdanie – ostre, niespodziewane, wycelowane w samo serce.

Dzika Banda, Bartek Paszylk

całość

„Odbieram tę knigę jako Twoje najbardziej osobiste dokonanie, i być może rzeczywiście najlepsze od czasu „Tracę Ciepło” (albo „Świętego Wrocławia”…whatever…). Najlepsze nie w sensie literackim czy warsztatowym (chociaż być może też), ale to nie o to chodzi. Jeżeli gdzieś w poprzednich książkach pobrzmiewał ten Orbit, opowiadał historie albo się z historią mierzył, ale nigdy chyba tak dobitnie nie szarpał się z własnymi demonami i lękami. Może to nieuprawnione i przesadzone, ale tak to czuję. Ten osobisty czynnik – choć przecież nie tylko on – czyni tę książkę wyjątkową (przepraszam za patos).”

Pan Ropień, fragment e-maila..

 

Newer Posts