porusza i prowokuje...

wywiad

wywiad dla violence online

Wróćmy na chwilę do przeszłości – odważna próba wywrócenia historii w „Widmach” spotkała się z szerokim odzewem; jak Ty dzisiaj, z perspektywy czasu oceniasz powieść? Nadal możesz użyć słów, które padły podczas naszej poprzedniej rozmowy, czyli „Powieść broni się sama”? Obroniła się?

Powieść to nie biedaczyna zaskoczony przez zbirów w zaułku. Literacki wpierdol zdarza się rzadko, niemniej należy współczuć tym, którzy go doświadczyli. Miło mi, że nie zaliczam się do tego nieszczęsnego grona. Z perspektywy czasu, mogę jednak powiedzieć, że oczekiwałem więcej i więcej powinienem dać z siebie. Teraz napisałbym inaczej tę książkę, co nie znaczy, że to zła książka, wręcz przeciwnie. To ze mną jest coś nie tak. Nie znoszę swoich książek, szybko tracę do nich serce. Otwieram, czytam i wszystko wydaje mi się głupie, choć czytelnik wie swoje i chwali. Popatrz na życzliwe przyjęcie „Szczęśliwej ziemi”. Mi ta powieść odebrała zmysły. Normalnie, waliło mi na dekiel.

I to walenie na dekiel daje się odczuć, bo udało Ci się osiągnąć coś, o czy marzy chyba każdy pisarz – wywołać u czytelnika silne wrażenia. Obojętnie jakie. Ale pytanie jest inne – rozumiem, że kiedy tworzysz stajesz się dla otoczenia nieznośny, coś jak kobieta w ciąży?

Przykład jest trafny, pod warunkiem, że do ciąży dołączmy jeszcze okres karmienia. Gdy przygotowywałem pierwszą wersję tej powieści, wiedziony nadzieją, że to prosty projekt, do trzaśnięcia w pół roku, miałem nieznośne wrażenie, że coś nie gra, coś się nie zgadza. W pewna sobotę obudziłem się na kacu i mnie pierdolnęło. Jakby Bozia sypnęła mi w oczy światłem. Język był nie ten, więc siadłem i przepisałem całość, mniej więcej w tej skrótowej, oszczędnej formie, którą znasz. Powieść była jednak do dupy. Chaotyczna, niezrozumiała. Ja to wiedziałem, potwierdzili beta czytelnicy. Ktoś inny cisnąłby ją w kosz, przepełniony już wyrzuconymi tekstami, ale ja zrobiłem coś innego. Przepisałem ją raz jeszcze. I jeszcze raz, kiedy to „Szczęśliwa ziemia” osiągnęła formę zbliżoną do tej, którą znasz. Przeczytałem ten tekst i wpadłem w przerażenie. Gówno, panie kochany, kompletne gówno. Pomyślałem o tych wszystkich wersjach, długich dniach spędzonych na pisaniu (no dobra, wcale nie były takie długie) i wydało mi się, że przez cały czas usiłowałem zrobić rzeźbę z gówna. Najpierw jedną, potem inną, rzeźba miała być piękna, ale jednak z gówna. Cuchnęła. Wyglądała jak gówno. Upaprałem sobie łapki. Dwa lata w chuj przejebane. I ja mam prawo iść z tym gównem do ludzi? Nie spałem przez „Szczęśliwą ziemię”. Zadręczyłem moją dziewczynę i najbliższych. Wydawało mi się, że jak wydam tę książkę, pani w sklepie nie sprzeda mi jedzenia, a ludzie będą pokazywali mnie palcami. uwierzysz w tego zajoba? To powiem ci coś lepszego. Dostałem na tę powieść mnóstwo pieniędzy i miałem moment, kiedy chciałem je wszystkie odesłać wraz z przepraszającym listem do wydawcy. A potem jak zdrajca, jak Edyp pragnąłem uciec, zwiać gdzieś do portowego miasta, gdzie żyłbym pod osranym kocem. Oczy bym sobie wydłubał. Więc tak, chyba trochę straciłem ogląd rzeczywistości. Wypada przeprosić wszystkie kobiety w ciąży, czyż nie?

ciąg dalszy tutaj

miłe metale raczyły również zrecenzować.

Newer Posts