﻿<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>łukasz orbitowski.pl</title>
	<atom:link href="http://orbitowski.pl/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://orbitowski.pl</link>
	<description>Pisarz, publicysta. Luke Skywalker polskiej fantastyki. Rozdarty między siłownią i knajpą miłośnik kina i gier konsolowych.</description>
	<lastBuildDate>Sun, 19 Feb 2012 08:47:41 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.2.1</generator>
		<item>
		<title>tydzień z głowy (178)</title>
		<link>http://orbitowski.pl/2012/02/tydzien-z-glowy-178/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=tydzien-z-glowy-178</link>
		<comments>http://orbitowski.pl/2012/02/tydzien-z-glowy-178/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 19 Feb 2012 08:47:41 +0000</pubDate>
		<dc:creator>orbitowski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://orbitowski.pl/?p=1539</guid>
		<description><![CDATA[Czyż pisarz nie jest dwunożnym aparatem fotograficznym? Czyż nie winien uchwycić chwili? A jeśli tego nie jest winien, to czego jest? Oto siedzę sobie w knajpie, w międzynarodowym porcie lotniczym imienia Fryderyka Chopina. Obok mnie na stole leży karton papierosów marlboro light, czarna kawa bez mleka i cukru, telefon komórkowy, kufel, w którym znajduje się [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Czyż pisarz nie jest dwunożnym aparatem fotograficznym? Czyż nie winien uchwycić chwili? A jeśli tego nie jest winien, to czego jest? Oto siedzę sobie w knajpie, w międzynarodowym porcie lotniczym imienia Fryderyka Chopina. Obok mnie na stole leży karton papierosów marlboro light, czarna kawa bez mleka i cukru, telefon komórkowy, kufel, w którym znajduje się piwo, oraz talerz, na którym nie znajdują się już parówki z boczkiem i topionym serem. Jest dziewiąta rano. Mężczyzna obok gada przez telefon, a swoje piwo już dopił. Naprzeciw mnie wznosi się szara ściana przerżnięta przez szkło. Wędruje smutna kobieta w mundurze, ludziom nawet coca cola leci z rąk. Dziewczyna z obsługi jest człowiekiem bez funkcji, ani to kasjerka, ani kelnerka, ani herod z ochrony, po prostu spaceruje między stolikami, ręce ma skrzyżowane na plecach, nad, bądźmy szczerzy, dość płaskim i nieładnym zadem. Fartuszek jest jak sutanna. Dziewczyna krąży i unosi głowę, okręca się wokół blatu, ląduje przed barem i przybija żółwika z kolegą, coś się udało, fajnie jest.  Pierdolą teraz sobie, czworo pracowników za ladą, w miejscu dla mnie niedostępnym, śmieją się i są umundurowani. Chłop z lalą mają bordowe koszule, jest dziewczyna w białym i menda w swetrze. Menda jest najważniejsza, gdyż  śmieje się najgłośniej i wychodzi pierwsza. Menda jest płci ledwomęskiej. Moja dziewczyna – ta, która spaceruje między stołami, krzyżując ręce nad płaskim, nieładnym zadem – pozostaje odcięta, przerzuca jakieś słowa przez bar. Tak właśnie tu jest. Co z tego, że tak właśnie tu jest? Facet przy stoliku obok wypił już piwo i dalej pierdoli farmazony w martwe ucho smartfona. Chuj ci w dupę, kolego, nie pierdoli się przez telefon w restauracji, nawet jeśli jest to restauracja na międzynarodowym porcie lotniczym imienia Fryderyka Chopina, gdzie kawa, piwo i dwie parówki kosztują równo pięćdziesiąt dwa złote, co mam w chuju, ale nie każdy ma. Za to brakuje Internetu. Dlatego piszę? Może i dlatego, bo kawa, piwo i parówki na międzynarodowym porcie lotniczym imienia Fryderyka Chopina powinny kosztować nieco mniej, a jak tyle kosztują, mogliby dorzucić do tego chociaż sieć. Pani przy kasie powiedziała, że muszę iść do jakiejś bramki, to złapię Internet, ale nie mam ochoty nigdzie iść, ani mi w głowie wędrówka przez międzynarodowy port lotniczy imienia Fryderyka Chopina. Tak czy inaczej, skurwiel, sukinsyn napierdala do martwego smartfona, że kwestia jest taka i taka, rozmowa za barem się rozsypała, dziewczyna z dłońmi skrzyżowanymi nad płaskim, nieładnym zadem wędruje za moimi plecami i nigdy nie doczeka świtu. Jest dziewiąta rano. Dlaczego to piszę? Przede mną stoi matka z dzieckiem. Matka nie kocha ojca swojego dziecka, ale dziecko kocha ojca – to widać. Pojawił się nowy człowiek, pije colę i wsuwa sute śniadanie, czyli mięcho z jakąś taką sałatką. Oskrobane marchewki wyglądają jak fiuty pigmejów. Jamnicze pręty. Jest chwila zawieszenia. Pytam siebie: jak się czujesz, Łukasz? Otóż Łukasz nie wie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://orbitowski.pl/2012/02/tydzien-z-glowy-178/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>tydzień z głowy (177)</title>
		<link>http://orbitowski.pl/2012/02/tydzien-z-glowy-177/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=tydzien-z-glowy-177</link>
		<comments>http://orbitowski.pl/2012/02/tydzien-z-glowy-177/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 12 Feb 2012 07:56:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>orbitowski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://orbitowski.pl/?p=1536</guid>
		<description><![CDATA[Mój syn się zmienia. Widujemy się z przerwami, które trwają miesiąc lub dłużej, co ma tę zaletę, że zmiany widać wyraźniej. Zawsze dawały się dostrzec, ale kontrast pomiędzy grudniem a styczniem jest porażający, jeśli oczywiście uznamy, że jakakolwiek zmiana może być porażająca. Julek porzucił wylinkę berbecia i jest chłopakiem pełną, uśmiechniętą gębą. Jego świat został [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Mój syn się zmienia. Widujemy się z przerwami, które trwają miesiąc lub dłużej, co ma tę zaletę, że zmiany widać wyraźniej. Zawsze dawały się dostrzec, ale kontrast pomiędzy grudniem a styczniem jest porażający, jeśli oczywiście uznamy, że jakakolwiek zmiana może być porażająca. Julek porzucił wylinkę berbecia i jest chłopakiem pełną, uśmiechniętą gębą. Jego świat został nasycony przez rzeczy złożone, czemu daje wyraz na różne sposoby. Przykład? Dostał istnego szału na punkcie walki o przetrwanie. Proszę, proszę, myślę sobie. Niecałe pięć lat, a najważniejsza prawda życiowa jest już przyswojona, i to z pasją.</p>
<p>Oto siedzimy w pokoju, przy czym, zaznaczmy to, siedzenie jest stanem uśrednionym. Ja leżę na kanapie, mały gania wokoło i wpycha mi dinozaura w rękę. Jest to dość duży osobnik tego gatunku, wyróżniający się sporym kołnierzem oraz rogami sterczącymi daleko od podłużnego pyska. Julek utrzymuje, że to stegozaur, i zapewne ma rację, sam wywija zielonym stworzeniem, które łatwo można pomylić z tyranozaurem. Różnica zasadza się na niewielkim czerwonym rogu, podobnym nieco do nabrzmiałego pryszcza.<br />
– Walczmy o przetrwanie – woła Julek i robi wszystko, aby nasze dinozaury zwarły się w śmiertelnym starciu.<br />
– Nie chcę walczyć o przetrwanie – odpowiadam tubalnym głosem. – Jestem spokojnym stegozaurem, pragnę jeść trawę i spoglądać w niebo. Nie marzy mi się nic poza takim właśnie życiem, wolnym od wszelkiej przemocy. Niech świat walczy o przetrwanie, ja uprzejmie odmawiam i ani mi w głowie jakiekolwiek starcie. W życiu. Po prostu nie.<br />
Julek wysłuchał i dalej swoje:<br />
– Walczmy o przetrwanie, walczmy o przetrwanie. – Zmienia ton, patrzy z ukosa i mówi w zastępstwie niemej zabawki: – Muszę cię zjeść.<br />
– Mam inny pomysł – powiadam stegozaurem. – Weź chodź i razem zjemy Julka. Julek jest duży i starczy nam na długo.<br />
Mały nadyma się cały, szuka właściwej odpowiedzi, wreszcie wypala:<br />
– Julka nie można zjeść, bo Julek jest miły.<br />
Klamka zapada, mój stegozaur godzi się z wyrokiem śmierci, przemija bijatyka i oto zwierzę pada na bok, plastikowe oczy spoglądają w kąt pokoju. Pseudotyranozaur wykonuje taniec zwycięstwa i przystępuje do w pełni zasłużonego posiłku. Zastanawiam się, czy nie powinienem wskrzesić mojej gadziny, ale dochodzę do wniosku, że zniszczyłbym w ten sposób niepowtarzalny klimat pierwotnej uczty. Milczymy.</p>
<p>Prócz dinozaurów liczą się tylko klocki lego (jak sądzę, dinozaur z nich wykonany byłby zabawką ultymatywną). W pocie czoła, w trudzie porównywalnym tylko z wysiłkiem sowieckich inżynierów, konstruujemy samolot uprzednio przeze mnie przywleczony. Od lat siedmiu wzwyż. Sprawa jest naprawdę trudna i jeśli ktoś sądzi, że klocki lego dzisiaj to fraszka, gotowa zabawka, powinien się puknąć w durny łeb. Niech nie siada z nami. My go tu nie chcemy. W każdym razie napinam się strasznie, markotniejemy nad szczególnie skomplikowanym segmentem, małemu zaraz para uszami pójdzie, naradzamy się nerwowo, lecz nie znajdujemy wyjścia. Olśnienie przychodzi nagle, chwytam klocek, wpinam we właściwe miejsce, oto podwozie jak ta lala, i owładnięty euforią wykrzykuję:<br />
– I kto jest mistrzem świata?<br />
Julek obraca podwozie w dłoni, zerka w stronę reszty powstającego samolotu.<br />
– Raz ty, raz ja – odpowiada.</p>
<p>Nie zawsze tak jest. Niekiedy złościmy się, a często, kiedy wyobraźnia nie podpowiada kolejnych pomysłów, spędzamy czas osobno, choć w jednym pokoju. Julek nad zabawką, ja zerkam na telefon, w ekran albo przed siebie. Potem wściekam się o to na siebie, na jakąś własną niemoc, która skłania do pogrążenia się we własnym świecie. Ale tak już będzie, bo musi być. Ważne, że jesteśmy razem i pamiętamy o sobie, dwaj faceci, mały i duży, niechętni w okazywaniu uczuć. </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://orbitowski.pl/2012/02/tydzien-z-glowy-177/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>metal na dziś (49): brian posehn</title>
		<link>http://orbitowski.pl/2012/02/metal-na-dzis-49-brian-posehn/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=metal-na-dzis-49-brian-posehn</link>
		<comments>http://orbitowski.pl/2012/02/metal-na-dzis-49-brian-posehn/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 11 Feb 2012 14:47:29 +0000</pubDate>
		<dc:creator>orbitowski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://orbitowski.pl/?p=1534</guid>
		<description><![CDATA[wróciłem do Danii, nie mam siły pisać. nie ma czego pisać. Po prostu zobaczcie. wideo, jak zawsze, podesłał Bartosz Cieślak.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><p><a href="http://www.youtube.com/watch?v=Y24MmylTeY4"><img src="http://img.youtube.com/vi/Y24MmylTeY4/2.jpg"></a></p>
<p><a href="http://www.youtube.com/watch?v=Y24MmylTeY4">Click here</a> to view the video on YouTube.</p>
<br />
wróciłem do Danii, nie mam siły pisać. nie ma czego pisać. Po prostu zobaczcie. wideo, jak zawsze, podesłał Bartosz Cieślak. </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://orbitowski.pl/2012/02/metal-na-dzis-49-brian-posehn/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>widma. Okładka</title>
		<link>http://orbitowski.pl/2012/02/widma-okladka/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=widma-okladka</link>
		<comments>http://orbitowski.pl/2012/02/widma-okladka/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 08 Feb 2012 20:07:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>orbitowski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://orbitowski.pl/?p=1530</guid>
		<description><![CDATA[ostateczny efekt może różnić się w szczególe.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://orbitowski.pl/wp-content/uploads/2012/02/okladka_e_02.jpg"><img src="http://orbitowski.pl/wp-content/uploads/2012/02/okladka_e_02-747x1024.jpg" alt="" title="okladka_e_02" width="500" height="750" class="aligncenter size-large wp-image-1531" /></a></p>
<p>ostateczny efekt może różnić się w szczególe. </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://orbitowski.pl/2012/02/widma-okladka/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>4</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>tydzień z głowy (176)</title>
		<link>http://orbitowski.pl/2012/02/tydzien-z-glowy-176/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=tydzien-z-glowy-176</link>
		<comments>http://orbitowski.pl/2012/02/tydzien-z-glowy-176/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 05 Feb 2012 15:53:46 +0000</pubDate>
		<dc:creator>orbitowski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://orbitowski.pl/?p=1528</guid>
		<description><![CDATA[To zabawne, w jaki sposób nasiąkamy schematami. W moim wypadku jest to schemat myślenia emigranckiego, co daje dodatkowy powód do śmiechu – przecież żadnym emigrantem nie jestem, po prostu mieszkam w Kopenhadze. Na lotnisku w Malmo byliśmy parędziesiąt minut po szóstej, wypiłem kawę, a o dziewiątej miałem za sobą bramkę na Okęciu i poleciałem na [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>To zabawne, w jaki sposób nasiąkamy schematami. W moim wypadku jest to schemat myślenia emigranckiego, co daje dodatkowy powód do śmiechu – przecież żadnym emigrantem nie jestem, po prostu mieszkam w Kopenhadze. Na lotnisku w Malmo byliśmy parędziesiąt minut po szóstej, wypiłem kawę, a o dziewiątej miałem za sobą bramkę na Okęciu i poleciałem na autobus jadący w stronę dworca. Peron jakby nowszy, tłok i chłód znajomy, szczekaczka oznajmia, że dwadzieścia minut spóźnienia. „No tak, pieprzona Polska” – pomyślałem i ugryzłem się w język, a potem, po cichu, zaśmiałem się z siebie.</p>
<p>Uroczy wieczór w pisarskim towarzystwie, kolejny pociąg, zacne piwo w przydworcowej knajpce z MC oraz Hrabią, a teraz siedzę w znajomym hoteliku, pod zamkiem, za rzeczką, w małym miasteczku, w którym mieszka mój syn. Jutro się zobaczymy. Jeszcze o tym nie myślę, gdyż jest kilka innych rzeczy, nad którymi muszę się zastanowić. Od jakiegoś czasu wyobrażam sobie siebie jako wędrowca. Chcę się widzieć człowiekiem, który przemierza świat, zamieszkuje w kolejnych miastach i wyrusza dalej. Miesiąc w Kopenhadze utwierdził mnie w tym błędnym przekonaniu. Hotel był okropny, ale gdy tylko rozłożyliśmy rzeczy na swoich miejscach, poczułem, że jestem w domu. Nie ujawniła się żadna tęsknota. Mam nadzieję, że spędzę miło czas w tym pięknym północnym mieście, a potem, kto wie, może wrócę do Polski. Ale czy na pewno do Warszawy? Jedynym miastem, w którym nie chcę mieszkać, jest Kraków. A dlaczego nie miałbym osiedlić się gdzieś indziej w Europie? Świat naprawdę się skurczył i ulegam romantycznemu wyobrażeniu, jak to zagnieżdżam się w Paryżach i Madrytach, wrastam tylko po to, aby się oderwać ku nowym domom, ulicom, brzmieniom odmiennej mowy tam gdzieś, gdzie jeszcze mnie nie ma, a powinienem przecież być. Radość podróżowania, fantastyczne szczęście zmiany sprawia, że doświadczam pełni życia. Tam dom mój, gdzie koty moje, pisze JD i ma sporo racji. Niemniej, ulegam romantycznemu wyobrażeniu siebie – wędrowca, nie do końca słusznie.</p>
<p>Przecież przyjechałem do Polski. Zdążyłem spotkać się z przyjaciółmi na Śląsku i jeśli Szatan pozwoli, jeszcze przez Śląsk przejadę. Potem Kraków, trup miejski, gdzie czeka rodzina i przyjaciele. Wszyscy stęskniliśmy się za sobą. Na koniec Warszawa. Tam nie mam rodziny, przyjaciół owszem, no i samolot, którym wrócę do domu. Wędrowiec nie posiada żadnej z tych rzeczy, gdyż nie zwykł wracać na stare śmieci, ewentualnie czyni to w celu rozbudzenia w sobie wspomnień: wartość tych miejsc jest wartością artefaktu, przynależy wyłącznie do pamięci. Innymi słowy, wędrowiec nie zostawia za sobą niczego, posiada tylko siebie, wszystko wokół jest dlań aktualne aż po horyzont – jednak nic więcej. Moja przestrzeń jest inna, kręcą się w niej kochane głowy, są jary głębokie, które muszę odwiedzić, i domy wyniesione wysoko ponad mgłę, będę wracał, gotowy na kolejne spotkania, których nigdy dosyć. Jedno jest już jutro.</p>
<p>Tylko jak to się skończy? Najpierw mieszkałem w Krakowie i jeździłem do Warszawy. Potem mój syn wyjechał do małego miasta, a ja wyprowadziłem się do Warszawy. Zacząłem jeździć do Julka i do Krakowa. Teraz sytuacja uległa zmianie i mieszkając w Kopenhadze, mam już trzy ważne miejsca do odwiedzenia. Co będzie potem? Załóżmy, że po Kopenhadze wynoszę się do Madrytu, ale zdołałem już zawrzeć ważne znajomości duńskie, poznałem ludzi wartych tęsknienia. Na mapie pojawia się czwarty punkt. I tak może to rosnąć, aż zaczernią mi się kontynenty. Margines tych wszystkich myśli zajmuje dziwne skojarzenie. Naprawdę, moja sytuacja zmieniła się w sposób, którego nie przewidziałem. Zawsze miałem w Polsce swój dom. Miejsce, gdzie żyję. Teraz jestem tylko gościem. </p>
<p>Znalazłem również sposób na ocalenie „Krótkiego życia kpiarzy i szyderców”. Muszę tę książkę uratować przed sobą samym. Ten rodzaj ratunku dzieła przed jego twórcą jest tematem, który stanowczo zbyt rzadko pojawia się w pisarskich dziennikach. Muszę się temu przyjrzeć. </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://orbitowski.pl/2012/02/tydzien-z-glowy-176/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kroki</title>
		<link>http://orbitowski.pl/2012/02/kroki/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=kroki</link>
		<comments>http://orbitowski.pl/2012/02/kroki/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 01 Feb 2012 08:26:24 +0000</pubDate>
		<dc:creator>orbitowski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://orbitowski.pl/?p=1526</guid>
		<description><![CDATA[W prostocie siła, że tak powiem. Oto i banał na mroźny dzień. Gra „SCP – 087” wykraja wszelką akcydentalność, czyści niepotrzebny nalot, tworząc prostą sytuację, destylując czysty strach. Schody wiodące w dół. Nic więcej, bo i niczego więcej nie trzeba. Zstępuję ze stopnia na stopień, rozlewam przed sobą plamę światła i jestem jasną, strachliwą kulką [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>W prostocie siła, że tak powiem. Oto i banał na mroźny dzień. Gra „SCP – 087” wykraja wszelką akcydentalność, czyści niepotrzebny nalot, tworząc prostą sytuację, destylując czysty strach. Schody wiodące w dół. Nic więcej, bo i niczego więcej nie trzeba. Zstępuję ze stopnia na stopień, rozlewam przed sobą plamę światła i jestem jasną, strachliwą kulką zdążającą w nieznane. Schody są stare, jakby żłobione  przez wodę lub krew, w innych okolicznościach mogłyby wieść na szczyt podziemnej, azteckiej piramidy i wyobrażam sobie głowę skazańca podskakującą na tych stopniach. Zakręt, ściana jak w jaskini, zatarty numer, cień przemyka po żłobieniach. Mój, czy nie mój? Idę dalej. Doświadczam nieznośnej powtarzalności moich ruchów, nie wiem ile razy przystawałem i patrzyłem za siebie, owładnięty dziwnym wrażeniem, że droga, którą przebyłem przepadła, zabierając w nicość mój pokój hotelowy  i oszronione szyby. Co czeka na tam na dole? Barierka jest jak ogryziona kość. Zapominam, że siedzę w fotelu, mam komputer na kolanach i słuchawki w uszach, schodzę jeszcze niżej, światło drży, a do mojego oddechu dołącza się drugi. Aż głupio napisać: do ściągnięcia <a href="http://www.mediafire.com/?5cadimaeo004aee" title="steos"><strong>tutaj</strong>.</a></p>
<p>To zagłębianie się w ciemność przypomniało mi short filmowy „The Ten Steps”, oparty na nieco podobnym, nieskomplikowanym pomyśle. Wykonanie nosi pewne znamiona amatorszczyzny, co w odniesieniu do niezależnych produkcji może zostać wybaczone. Zwłaszcza, jeśli otrzymujemy zakończenie takie jak tutaj, proste, pomysłowe, logiczne i niespodziewane w szokujący sposób. Zacząłem od banału i banałem kończę: prawdziwe emocje lokują się coraz częściej na obrzeżach kultury popularnej, w zjawiskach kontestujących mainstream. Dotyczy to filmów, gier, książek, właściwie wszystkiego.<br />
<p><a href="http://www.youtube.com/watch?v=XpURRW80LnM"><img src="http://img.youtube.com/vi/XpURRW80LnM/2.jpg"></a></p>
<p><a href="http://www.youtube.com/watch?v=XpURRW80LnM">Click here</a> to view the video on YouTube.</p>
</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://orbitowski.pl/2012/02/kroki/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>tydzień z głowy (175)</title>
		<link>http://orbitowski.pl/2012/01/tydzien-z-glowy-175/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=tydzien-z-glowy-175</link>
		<comments>http://orbitowski.pl/2012/01/tydzien-z-glowy-175/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 29 Jan 2012 19:26:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>orbitowski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://orbitowski.pl/?p=1523</guid>
		<description><![CDATA[Duńczycy są momentami zdrowo postrzeleni. Czwarta po południu, oglądam brytyjskiego „Sherlocka”, robię notatki na potrzeby tekstu do GW, a tu dzwonek do drzwi. Nigdy wcześniej nie słyszałem dzwonka tutaj, więc drepczę zdziwiony, a tam rosłe babsko ostrzyżone na krótko, w workowatych ciuchach. I mówi mi, że jest sąsiadką z piętra niżej, uśmiech nie chodzi jej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Duńczycy są momentami zdrowo postrzeleni. Czwarta po południu, oglądam brytyjskiego „Sherlocka”, robię notatki na potrzeby tekstu do GW, a tu dzwonek do drzwi. Nigdy wcześniej nie słyszałem dzwonka tutaj, więc drepczę zdziwiony, a tam rosłe babsko ostrzyżone na krótko, w workowatych ciuchach. I mówi mi, że jest sąsiadką z piętra niżej, uśmiech nie chodzi jej z gęby (ta mogłaby należeć do pomocnika hycla czy kogoś takiego). „Pan strasznie głośno chodzi, proszę pana”, mówi mi, „słyszę takie łup, łup, łup”, naśladuje krok Godzilli spacerującej po Tokio. Zdębiały odpowiadam, że ruszam się raczej niewiele, bo to i prawda. Albo siedzę przy biurku, albo na kanapie. To cały mój ruch. „Koło siódmej przychodzi druga osoba i wtedy jest jeszcze głośniej”. Czyli rzeczywiście słyszy. „No dobrze”, mówię, „pani ma na pewno rację, ale co ja mogę z tym zrobić? Fruwać nie umiem”. A ona na to ze stalowym uśmiechem:  „Mówię panu, żeby pan wiedział”.</p>
<p>No to, kurwa, wiem. Gadamy jeszcze chwilę o kotach, kapciach, dywanach, zamykam za ropą drzwi. Nie wiem, śmiać się czy płakać. Gdybym jeszcze wykonywał jakiś inny zawód, gdybym na przykład był perkusistą albo reżyserem przygotowującym teatralną wersję „Mostu na rzece Kwai” na potrzeby kopenhaskiego teatru, ale nie, jestem pisarzem, a to jeden z najcichszych zawodów świata i każdy winien się cieszyć, że takiego nad sobą posiada, zwłaszcza że o północy zawsze jestem w łóżku, nie imprezuję i nie mam tutaj dzieci. Dzieci, które mieszkały tu przede mną, również ropie z dołu przeszkadzały. Otworem paszczowym i przy pomocy dynamiki swego okropnego ciała odtworzyła dla mnie odgłosy wszystkich zabaw, jakim w swej bezczelności oddawały się duńskie niewyskrobki. Próbowałem ją zrozumieć, ale nie potrafię. Gdyby jeszcze opiekowała się stareńką matulą, cierpiała na egzotyczną chorobę albo sama pisała książki, ale gdzie tam, otóż pani ropa, ropcia wrażliwoucha, wykonuje zawód stomatologa, ma gabinet pode mną i mimo tego przeszkadza jej moje chodzenie. Właściwie to przeszkadza jej pacjentom. Tak powiedziała. Sam chodzę do dentysty i z wiertłem w gębie nie zwróciłbym uwagi nawet na stado słoni grające w krykieta piętro wyżej. Nic z tym wszystkim nie zrobię, wieszczę jednak kłopoty. A żeby było jeszcze lepiej, baba ma wycieraczkę z wielkim napisem CARPE DIEM, czyli powinna być wyluzowana i bardziej pogodzona z życiem, z diabłem, Bogiem i ze mną. A nie jest. Swoją drogą, co za idiotyczny pomysł – taka wycieraczka u dentysty!</p>
<p>Jeden z moich ulubionych filmów – „The Wickerman” – opowiada o małej szkockiej wyspie, na której doszło do restytucji pogańskich kultów. Bogobojny sierżant, prowadzący śledztwo w sprawie zaginięcia młodej dziewczyny, natrafia na tamtejszy cmentarz i z oburzeniem stwierdza, że w miejscu nagrobków posadzono drzewa. Cmentarz Assistens, położony jakieś pół godziny spacerem od mojego domu, nasuwa skojarzenie właśnie z tamtym miejscem. Przekraczając bramę można odnieść wrażenie, że to park, a nie stara nekropolia.</p>
<p>Chowają tutaj duńskich debeściaków. Nagrobki stoją oddalone od siebie nawet i o kilkadziesiąt metrów, okolone przez równo przystrzyżone żywopłoty. Nazwiska, daty, pozieleniałe portrety często są ledwo widoczne, attyki ciążą ku ziemi albo nie ma ich wcale – ustąpiły miejsca krzakom i młodym, silnym pniom. Nieliczne krzyże rozkładają ramiona, jakby chciały się poddać. Jeden z nich wycięto na kamiennym nagrobku z połowy XIX wieku w taki sposób, aby przypominał dwa skrzyżowane ze sobą pieńki. Niektórych zmarłych, zapewne biedniejszych albo mniej wybitnych, kładzie się w okręgach. Płyta koło płyty, zieleń pośrodku. Gdzie indziej wysokie pnie wybijają się z łysych w trakcie zimy zagajników, ku nim biegną ziemiste ścieżki, rozdwajają się jak larwy, wiodąc ku polankom pod gałęziami. Tam płotek, za płotem z pękniętej płyty nagrobnej wyrastają długie, drewniane palce. Niedługo pozwolą jej zniknąć.</p>
<p>O, wiewióreczka! Ptak dziobie zimny grunt. Każdy grób, nawet bardzo stary, jest zadbany, ale na żadnym nie pali się lampka, nie znajdziecie tutaj kwiatów. Z wyjątkiem jednego. Zawędrowałem w rejony kaplicy, strzałka wskazała mi miejsce pochówku Kirkegaaarda (to nazwisko, paradoksalnie, oznacza po duńsku cmentarz), ale natrafiłem na coś innego. Twarz pięknej, młodej kobiety zamrożona na attyce. Poniżej leżały niecodzienne dowody ludzkiej pamięci: papierochy, woreczki ze struną, lufka, plastikowe żołnierzyki, notatnik, jakaś wyszywanka, zdjęcie małego chłopca w drewnianej ramie, drobne monety, do których dorzuciłem swoje. Miejsce przypominało groby gwiazd kultowych, Morrisona, Cobaina i tak dalej. Nie miałem nic do pisania, nawet telefonu, więc zapamiętałem imię i nazwisko. Natasja Saad. Obiecałem sobie, że dowiem się czegoś o zmarłej, co okazało się proste. Pani Saad była piosenkarką i zginęła w wypadku samochodowym. Momentalnie nabrałem dla niej szacunku. Żeby śpiewać reggae w deszczowej Danii, trzeba rzeczywiście mieć sporo samozaparcia. Natasja Saad zginęła w swojej duchowej ojczyźnie, na Jamajce. A ja poczułem się jak sierżant z „The Wickerman”. Znalazłem swoją dziewczynę. </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://orbitowski.pl/2012/01/tydzien-z-glowy-175/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>o &#8220;battlefield 3&#8243; na jawnych snach</title>
		<link>http://orbitowski.pl/2012/01/o-battlefield-3-na-jawnych-snach/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=o-battlefield-3-na-jawnych-snach</link>
		<comments>http://orbitowski.pl/2012/01/o-battlefield-3-na-jawnych-snach/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 25 Jan 2012 07:25:29 +0000</pubDate>
		<dc:creator>orbitowski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://orbitowski.pl/?p=1519</guid>
		<description><![CDATA[Leci w niebo ptaszek złoty Laur pokoju w dziobie niesie Czy doniesie? Nie doniesie Bo zastrzelił go pan w dresie. Autor nieznany (i poszukiwany) Wedle powszechnej opinii Dania nie jest potęgą militarną. Nie zawsze tak było. Mało tego, w przeszłości walczyliśmy ramię w ramię z naszymi północnymi sąsiadami. Wielki pamiętnikarz Jan Chryzostom Pasek wybrał się [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>Leci w niebo ptaszek złoty<br />
Laur pokoju w dziobie niesie<br />
Czy doniesie? Nie doniesie<br />
Bo zastrzelił go pan w dresie.</em></p>
<p>Autor nieznany (i poszukiwany)</p>
<p>Wedle powszechnej opinii Dania nie jest potęgą militarną. Nie zawsze tak było. Mało tego, w przeszłości walczyliśmy ramię w ramię z naszymi północnymi sąsiadami. Wielki pamiętnikarz Jan Chryzostom Pasek wybrał się nawet do Danii z wojskiem i uczestniczył w kampanii szwedzkiej. Z rozczuleniem wspomina nieszczęsnych żołnierzy Karola Gustawa próbujących ujść z wieży, którą sam podpalił. „A w morze jako żaby wpadali”, pisze uszczęśliwiony. Po odniesionym zwycięstwie wojsko polskie ustawiło ołtarz polowy, kapelan już zabierał się za odprawianie nabożeństwa dziękczynnego, gdy okazało się, że brakuje ministrantów. Wielki pamiętnikarz Jan Chryzostom Pasek okazał się chętny do tego zadania, lecz ujawnił się kłopot. Otóż wielki pamiętnikarz Jan Chryzostom Pasek był cały w jusze pomordowanych przeciwników. Czy godzi się służyć do mszy w takim stroju?; pytano. Rzecz rozstrzygnął ksiądz, tymi oto słowy: „Nie wadzi to nic, nie brzydzi się Bóg krwią rozlaną dla Imienia Swego”. </p>
<p>Tak to drzewiej na wojnie bywało. Rzucony na ziemię duńską, między kebab i ścieżkę rowerową postanowiłem dowiedzieć się, jak wojna wygląda współcześnie, a ponieważ tyle słyszałem o kształcącej funkcji gier wideo, zdarłem ochoczo folię z najnowszego „Battlefielda”. Podobno ta seria, wraz z konkurencyjnym „Call of Duty” napędza rekrutów do amerykańskiej armii. Jeśli ktoś pod wpływem gry postanawia pójść na trepa, znaczy to, że mamy do czynienia z prawdziwym fenomenem. I rzeczywiście. Anemiczność pierwszych misji skłoniła mnie do rozważenia dezercji, ale potem zassało niczym ruletka. Gdyby ktoś stanął mi za plecami podczas grania, miałby niezłą uciechę. Zobaczyłby, jak stuprocentowy dureń gnie swoje nieforemne ciało przed telewizorem, wywrzaskując głosem mordercy: „Masz, skurwysynu!”. Zaprawdę, odczuwałem dziką radość na widok obłoczków krwi wokół głów przeciwników, cieszyły mnie wybuchające czołgi i samoloty spadające dziobem ku pustyni, ze skwierczącymi ciałami lotników w środku. Och, nie. To skwierczenie sam musiałem sobie dopowiedzieć. Ot, potęga sugestii.</p>
<p>Nie bawię się w przemoc dla przemocy jeno; ta zawsze musi służyć celom wyższym, w tym wypadku edukacyjnym. Haniebnie krótka rozgrywka nauczyła mnie o wojnie więcej niż wszystkie filmy razem wzięte, z „Hurt Locker” na przedzie.</p>
<p>ciąg dalszy na <a href="http://jawnesny.pl/2012/01/jak-to-na-wojence-ladnie-kiedy-pad-z-dloni-wypadnie/#comments"><strong>jawnych snach</strong></a></p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://orbitowski.pl/2012/01/o-battlefield-3-na-jawnych-snach/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>tydzień z głowy (174)</title>
		<link>http://orbitowski.pl/2012/01/tydzien-z-glowy-174/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=tydzien-z-glowy-174</link>
		<comments>http://orbitowski.pl/2012/01/tydzien-z-glowy-174/#comments</comments>
		<pubDate>Sun, 22 Jan 2012 08:54:56 +0000</pubDate>
		<dc:creator>orbitowski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://orbitowski.pl/?p=1516</guid>
		<description><![CDATA[Ciekawe, jak wygląda moje życie z perspektywy kota. Czy też życie w ogóle. Myślę oczywiście o Prezesie i Kresce. Koty, to pewne, widzą inaczej niż ludzie, koncentrując się nie na kształtach i kolorach, lecz na wydarzeniach, na ruchu. Ruchu te moje zwierzaki miały co niemiara i poczułem nawet coś w rodzaju winy względem tej wykastrowanej [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Ciekawe, jak wygląda moje życie z perspektywy kota. Czy też życie w ogóle. Myślę oczywiście o Prezesie i Kresce. Koty, to pewne, widzą inaczej niż ludzie, koncentrując się nie na kształtach i kolorach, lecz na wydarzeniach, na ruchu. Ruchu te moje zwierzaki miały co niemiara i poczułem nawet coś w rodzaju winy względem tej wykastrowanej dwójki. Najpierw parę mieszkań w Krakowie, potem Warszawa, hotel w Kopenhadze, kopenhaski dom, wszystko okupione godzinami jazdy w samochodzie. Ostatnią podróż spędziły na progu klatki, uwiązane na nazbyt krótkiej smyczy, zamykały się im zaćpane oczka, unosiła się trzecia powieka. W hotelu zaległy na skraju podwójnego łóżka, jakby na coś czekały. Boję się, że kiedyś za to zapłacą, a ja razem z nimi. Powiedzmy sobie szczerze, Prezes i Kreska są, w najlepszym razie, tuż za połową swojego życia i byłoby dobrze, gdybym czasem o tym pomyślał. Tymczasem wychodzi na to, że niepotrzebnie się martwię, gdyż koci żywot pod duńskim niebem jest żywotem przyjemnym. Rano wraz z budzikiem – lub dzwonem, w który tłucze pastor obok – rozbrzmiewa chór miauczących głodomorów. Prezes kręci się przy mnie, gdy piję kawę, robię sobie tosty, następnie siadam, żeby spisać poprzedni dzień tutaj, a jego już nie ma. Zabieram się za „Kpiarzy…” zupełnie samotnie, choć wcześniej, przy poprzednich rozdziałach, Prezes czuwał nieustannie, wyleci dopiero, gdy, w zależności od dnia, wychodzę na spacer lub trening. Przylecą na wyścigi dopiero podczas obiadu, odstąpią na czas popołudniowego pracowania, ewentualnie któryś przywlecze się z okazji książkowej, filmowej, konsolowej fazy schyłku dnia. Czuję się opuszczony, na początku wietrzyłem wielką obrazę kocią. A jednak nie. Prezes i Kreska odkryły rzecz innym kotom przyjazną, a sobie jak dotąd nieznaną. Kaloryfery. Wcześniej nie miały do nich szczęścia. Albo zabudowane, albo zimne, albo skryte pod parapetem tak, że nie dało się wyłożyć. Więc leżą. Dwa futrzane półksiężyce o miękkich kształtach.</p>
<p>Dlaczego piszę horrory? Cóż, ludzie powiedzieli, ja jedynie przystałem na to. Ludziom wolno mówić i myśleć, co tam chcą. Horror rozumiem jako literaturę dającą wyraz ludzkim strachom, lękom i niepokojom. To słowo, horror, jest może nietrafione, nie tylko brzmieniowo, otóż każda prawdziwa literatura jest poświęcona tej tematyce. Żadnej innej. Można by napisać, ze strach to pierwsze ludzkie doświadczenie, co nie do końca jest prawdą. Płód, dziewięciomiesięczne dziecko w łonie matki, jeszcze istota, wciąż nie człowiek, kołysze się w bezpiecznym rytmie cudzego serca, aż tu schron się rozrywa, skurcze pchają tę żywą bezbronność, tę nagą, zakrwawioną kruszynę ku światłu. Widok – czy raczej przeczucie – tego światła i gwałtowny ruch ku niemu wiążą się ze strachem, trwogą trudną do oddania w słowach. Joseph Campbell wspomina pięknie o tym doświadczeniu, powtórzonym przez psychiatrów w ramach narkotycznych eksperymentów z podświadomością, niemniej wiele mu umyka. Twierdzi, że narodziny, poczucie „ja jestem” związane są ze strachem, z trwogą. Nie ma chyba racji. Przecież gdy zaczyn mnie, potencjalny Orbitowski wywlekał się wbrew sobie z łona, ja jeszcze nie istniałem. Nie było mnie, nawet w tym rozumieniu ciągłości, łączącym mnie z ja-pięcioletnim. Nie wiem, kiedy się pojawiłem, nie pytajcie o to. Jeszcze nie byłem, a już odczuwałem trwogę, nieporównywalną z jakimkolwiek innym rodzajem trwogi dostępnym w życiu. Poza jednym przypadkiem, który również Campbellowi, spokojnemu buddyście, musiał umknąć. Trwoga powróci w chwili, gdy światło, które przywitało mnie tutaj, w jedynym dostępnym mi świecie (a także jedynym dla moich okruchów, cieni, duszy i tak dalej) zacznie nieodwołalnie gasnąć. Gdy poczuję nieustępliwą konieczność zaniknięcia w tej ciemności, gdy nowa siła wepchnie mnie w łono tego mroku, gdy będę czuł jej uda zgniatające mi głowę. Gdy śmierć zapuka do drzwi i powie z uśmiechem: „Nie, nie, tym razem ja nie po chomika”. Oj, wtedy to nie będzie wesoło. Między tymi dwoma doświadczeniami, wstąpieniem w światło i zstąpieniem w ciemność, rozpina się życie każdego człowieka. Między trwogą a trwogą. To lina, po której idziemy. Więc trudno, abym pisał o czymkolwiek innym, nawet jeśli są koty śpiące na kaloryferze, miłość, przyjaźń, pieniądze, wolność niewyobrażalna dla innych, nawet jeśli dziewięćdziesiąt osiem procent ludzi na świecie zamieniłoby się ze mną miejscami. Nie jestem winny tego, co czuję. Nie jestem dumny, że piszę to, co piszę.  </p>
<p>Być może to błąd naszej kultury przyjemności, zwanej przez niektórych cywilizacją śmierci, a jednak najlepszej możliwej cywilizacji, która wbrew temu przezwisku wyrugowała śmierć z siebie. Ci muskularni starcy. Sześćdziesięcioletnie madonny. Chorzy konający poza zasięgiem wzroku, ustawieni potem w urnach na kominku. To dobrze dla wszystkich. Tak właśnie powinno być. Ludzie mogą być śmieszni. Powinni być szczęśliwi. Złość na takiego starca, śmianie się z takiej madonny jest rechotem pobożnego prawiczka nad rozpustnikiem.  Co ze mną? Zostałem ze swoją myślą o śmierci sam, nie mam się do kogo z tym zwrócić i jeszcze jestem śmieszny z moim myśleniem. </p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://orbitowski.pl/2012/01/tydzien-z-glowy-174/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>The sunset limited</title>
		<link>http://orbitowski.pl/2012/01/the-sunset-limited/?utm_source=rss&#038;utm_medium=rss&#038;utm_campaign=the-sunset-limited</link>
		<comments>http://orbitowski.pl/2012/01/the-sunset-limited/#comments</comments>
		<pubDate>Fri, 20 Jan 2012 08:09:44 +0000</pubDate>
		<dc:creator>orbitowski</dc:creator>
				<category><![CDATA[Uncategorized]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://orbitowski.pl/?p=1514</guid>
		<description><![CDATA[Spotkanie starych mistrzów: Tommy Lee Jones i Samuel L. Jackson grają do słów Cormacka McCarthy, a wychodzi z tego minimalistyczny koncert na Boga i ciemność. Samobójca, niedoszły skoczek pod tytułowy pociąg, samotny i zgorzkniały profesor rozmawia z byłym więźniem, który go uratował. Gadają, oczywiście, o życiu. Ale jak. Profesor reprezentuje najczarniejszy z nihilizmów, więzień przemawia [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img alt="" src="http://4.bp.blogspot.com/-RcmyzmYhWlM/TWJAEpMZ9XI/AAAAAAAAAN8/b1z9WXHSKN0/s1600/SUNSET-articleLarge.jpg" title="sl" class="aligncenter" width="500" height="290" /></p>
<p>Spotkanie starych mistrzów: Tommy Lee Jones i Samuel L. Jackson grają do słów Cormacka McCarthy, a wychodzi z tego minimalistyczny koncert na Boga i ciemność. Samobójca, niedoszły skoczek pod tytułowy pociąg, samotny i zgorzkniały profesor rozmawia z byłym więźniem, który go uratował. Gadają, oczywiście, o życiu. Ale jak. Profesor reprezentuje najczarniejszy z nihilizmów, więzień przemawia słowami żarliwego pastora. Po co żyć? Dlaczego nie umrzeć? Czemu pragniemy śmierci? Te i inne pytania prowadzą do dwóch monologów i tu widz musi rozstrzygnąć, po której stronie ma serce. Sam scenariusz podsuwa jednak rozwiązania, więźniowi brakuje słów, końcowa aktorska szarża Lee Jonesa jest majstersztykiem na miarę największych momentów w historii kina, pod koniec seansu pozostałem jako ten drugi interlokutor, mowę odebrało. A ostatniego pytania zadać nie mogłem. O czym to było, myślałem, o wielu rzeczach, o pustce także. Między człowiekiem wierzącym i prawdziwym ateistą (żeby odróżnić od ateisty fałszywego, czyli wesołego) nie będzie porozumienia, gdyż ich rozumienie pustki różni się od siebie. Pustka człowieka wierzącego jest wyrwą po Bogu, czymś w rodzaju rany, która może się zabliźnić, albo, zgodnie z logiką cudów, doczekać się uzdrowienia. Pustka ateisty jest wieczną ciemnością, jamą w której nigdy nic nie żyło. Niewiele filmów wstrząsnęło mną tak bardzo, jak to skromne arcydzieło. </p>
<p><a href="http://www.youtube.com/watch?v=l0MSitTAYyA"><img src="http://img.youtube.com/vi/l0MSitTAYyA/2.jpg"></a></p>
<p><a href="http://www.youtube.com/watch?v=l0MSitTAYyA">Click here</a> to view the video on YouTube.</p>

<p>The Sunset Limited, reż. Tommy Lee Jones, wyst. Tommy Lee Jones, Samuel L. Jackson, USA 2011, IMDB rating 7,4</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://orbitowski.pl/2012/01/the-sunset-limited/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>
