tydzień z głowy (255)

Posted on 18 sierpnia 2013

Infernum est absentia Dei

Uważam, że Luter miał rację przynajmniej w jednym. Religijność jest sprawą wrodzoną, częścią naszego duchowego genomu. Niektórzy mają dar łaski, inni nie. Ja szczęśliwie zostałem tego pozbawiony.

Mógłbym zapisać całe strony, dlaczego nie lubię chrześcijaństwa (Luter, w mojej opinii, nie był chrześcijaninem), tylko właściwie po co. Moje myślenie jest proste. Lubię sprowadzać skomplikowane problemy do jednego prostego zdania. Krzyż pokonał śmierć, a jednak wszyscy umrzemy. Jezus odkupił grzechy, lecz wciąż za nie płacimy. Kochani, to się nie trzyma kupy.

Nie chodzi nawet o pytanie „czy Bóg istnieje?”. Nic we mnie ani w świecie nie prowokuje do tego, aby nawet zadać to pytanie. Jesteśmy przypadkowi. Jesteśmy pomyłką.

Prawdopodobnie nigdy nie uwierzę. Czasem wyobrażam sobie trening wiary oparty o zakład Pascala i jego metodę. Chorowity Blaise sądził, że wiarę można w sobie wytrenować, jak mięśnie, w drodze praktyk religijnych.

Więc stwierdzam: no dobra, stawką jest życie wieczne, niebo, piekło, cały ten szajs. Pilnie uczęszczam na nabożeństwa. Zaprzeczam sobie, przestrzegam przykazań i przestróg płynących z Watykanu. Uczę się modlitw. Noszę ze sobą różaniec. Teraz, gdy piszę te słowa i wyobrażam sobie siebie samego, z tym różańcem, z kieszeniami pełnymi dobrych uczynków, widzę, jak wielką niedorzecznością jest nawrócony Orbitowski. Ale jest coś jeszcze.

Mógłbym uwierzyć w Boga i go czcić, ale nigdy nie zdołałbym go pokochać. Równie dobrze moglibyście poprosić, abym zmienił się w krowę. W wielbłąda, lwa i dzieciątko. Nie będę waszą kwadraturą koła.

Myśl, aby pokochać Boga, choćby w kontekście tego, jak świat wygląda wobec naszej metafizycznej tragedii czy nawet wedle wizji, ku której skłaniają się chrześcijanie, jest tak absurdalna, że sama z siebie nie przyszłaby mi do głowy. Mogę się modlić, mogę pójść na pustynię, mogę nawet składać ofiary z ludzi, ale kochanie Boga jest w moim wypadku niemożliwe. Mógłbym być żołnierzem Boga, lecz nie jego miłośnikiem.

Tymczasem Bóg domaga się miłości bardziej niż czegokolwiek, wymierza najsurowsze kary za niekochanie. Mówi o tym pierwsze przykazanie w Starym i Nowym Testamencie. Wszystkie grzechy zostaną ci, Łukaszku, odpuszczone, poza grzechem przeciw Duchowi Świętemu. A zatem jest po ptokach.

W tej potrzebie miłości kryje się coś, co nie pasuje do boskiego majestatu. Co Boga może obchodzić miłość człowieka? Do czego jest ona potrzebna? Łaknąć miłości mogłoby jakieś potworne, pasterskie bóstwo z Bliskiego Wschodu, to zazdrosne stworzenie, zmuszone do rywalizacji z Baalem i Mardukiem. Nie Stwórca. Swoją drogą, weź pokochaj Marduka. Nie potrafię przeniknąć tej tajemnicy. Przypomina mi się karzeł odziany w purpurowy płaszcz, z koroną na głowie, czekający pokłonów gdzieś w jaskini Zaratustry.

Człowiek jest istotą naznaczoną blizną po nożu, który nigdy nie istniał.