porusza i prowokuje...

Bez kategorii

Tydzień z głowy (528)

Przygoda w pociągu

old-train-locomotive-black-heat-transfer-on-a-blue-background

Przypomniała mi się mała przygoda sprzed lat, którą teraz  spiszę. Jechałem z kolegami na jakiś konwent do Torunia. Jestem prawie pewien, że w przedziale był Przemek Romański, dzisiejszy prezes wydawnictwa SQN i Andrzej Pilipiuk.

Prócz nich jechał z nami Ukrainiec w towarzystwie dziewczyny. Polka czy Ukrainka? Tego już nie pamiętam. Wiem za to, że tych dwoje siedziało przy oknie i mieli mnóstwo bagażu, ze cztery napakowane torby upchnięte na górze.

Okazał się całkiem miłym, rozmownym człowiekiem. Siedzieliśmy i gadaliśmy sobie o bzdurach. W którymś momencie zeszło na opowiadanie kawałów. Ja opowiedziałem swój, ktoś jeszcze znał jakiś kawał i go upublicznił. Przyszła kolej na Ukraińca. Zaczął mówić ten swój kawał i był już blisko puenty gdy do pociągu weszli pogranicznicy. Obmacali bagaże i zawinęli chłopa. Wysiedli z nim na następnej stacji. Dziewczyna została sama. Dziwne – w jednej chwili facet siedział z nami i wesoło rozmawiał, w drugiej już go nie było.

Moje serce zawsze będzie z drobnymi przemytnikami, więc zrobiło mi się cholernie smutno. Pamiętam, że usiłowałem jakoś pocieszać tę jego dziewczynę. Pytałem, czy mamy gdzieś zadzwonić w imieniu tego Ukraińca. Dopiero potem uświadomiłem sobie, że przecież pogranicznicy trafili do naszego przedziału bez pudła. Ktoś sprzedał faceta. Może to była właśnie ona?

A najgorsze jest to, że nigdy nie poznałem puenty kawału, który opowiadał i nie poznamy jej już nigdy, mając do czynienia z kawałem, niedokończonym, więcej nawet: kawał został aresztowany i skazany na brak puenty.

 

tydzień z głowy (527)

Jak odbierałem nagrodę we Wrocławiu.

 IMG-0375

Przyznano mi Srebrną Odznakę Zasłużony dla Województwa Dolnośląskiego. To miłe i cenne wyróżnienie. W gruncie rzeczy nawet zasłużone. Nie oceniam swojej pracy zbyt wysoko, ale akcja moich dwóch powieści dzieje się na Dolnym Śląsku, a właśnie piszę trzecią.

Ponieważ ze względu na rozliczne obowiązki zawodowe nie mogłem być na wręczeniu, uzyskałem zgodę na odbiór indywidualny. Z dziewczyną jechaliśmy na Festiwal Opowiadania we Wrocławiu, okazało się, że można połączyć jedno z drugim, w konsekwencji czego prosto z dworca pojechaliśmy do Urzędu Wojewódzkiego. Moja dziewczyna wystroiła się na tę okoliczność, a mnie została wielka walizka do targania. Te dwa szczegóły, odpicowane dziewczę i wielka walizka, odgrywają ważną rolę w finale tej opowieści.

Zostaliśmy bardzo miło przyjęci. Przewodniczący Sejmiku Wojewódzkiego przypiął mi medal. Poczułem się szczerze wzruszony, może dlatego, że jeszcze nigdy nie dostałem żadnego odznaczenia. Ale przecież fajnie jest wiedzieć, że moja praca nie idzie na próżno i jest doceniania. Każdy artysta tego potrzebuje.

Potem posiedzieliśmy trochę, zjedliśmy ciastka, napiliśmy się kawy, pogadaliśmy trochę o Wrocławiu, a także o Oławie, któremu to miastu poświęcam powstającą właśnie książkę. Trzeba było się zbierać, więc powlekliśmy się korytarzem urzędu i dalej w dół, szerokimi schodami. Mówiąc precyzyjniej, moja dziewczyna szła krokiem prawdziwej damy, wolnej od wszelkiego ciężaru. Wlokłem się tylko ja, w dresowych spodniach, skórzanej kurtce, czapce z daszkiem i z tą wielką walizką.

W następnym tygodniu dotarły do mnie plotki, jakie krążyły po rzeczonym urzędzie. Mówiono, że odwiedziła go jakaś wielka aktorka, czy też piosenkarka, celem przyjęcia Srebrnego Odznaczenia. Wpadła, raczyła przyjąć medal i udała się do taksówki. Towarzyszył jej tragarz objuczony tobołami, jakiś ponury, mrukliwy typ. Wielki, a ledwo tę walizkę ciągnął.

 

 

Tydzień z głowy (526)

41

 wyrko

Skończyłem czterdzieści jeden lat. Jestem dość stary by wiedzieć czego chcę i potrzebuję, a zarazem wciąż młody – chce mi się, wierzę w sens pracy, walki, przyjaźni, miłości i całej reszty. Mam pewność, że najlepszy, najbardziej twórczy okres jest dopiero przede mną.

Stary przyjaciel zapytał: „czego można życzyć człowiekowi, który ma wszystko?”. Przemyślałem sprawę, rzeczywiście mam wszystko. Niczego mi nie brakuje.

Są dni, kiedy chodzę wkurwiony od rana do nocy, a skoro już przy nocach, nieraz zasypiam ciężko i budzę się koło czwartej nad ranem owładnięty paranoicznym lękiem o przyszłość. Wśród ludzi niekiedy czuję się samotny.  W takie wieczory jak ten, kiedy spotkało mnie dużo dobrego czuję się winny, jakbym otworzył prezent należący do kogoś innego.

Wkurwiam się i lękam bo mam wszystko. Miłość, rodzinę, pracę marzeń i najlepszych przyjaciół pod słońcem. To piękne rzeczy stanowiące o treści mojego wyjątkowego życia. Są delikatne, kruche. Należy się o nie troszczyć, dbać i pielęgnować. Zdaję sobie sprawę, że przygniatająca większość ludzi nie ma nawet połowy tego co ja.

Dlatego dalej będę budził się o piątej rano owładnięty przerażeniem, którego nikomu nie życzę, będę łaził wkurwiony od rana do nocy, zapierdalał przy pięciu projektach na raz a potem jeszcze nerwowo rzucał się po osiedlu między Żabką a torami kolejowymi.

Życie to troska. Miłość to troska.

A ja mam czterdzieści jeden lat, nazywam się Łukasz i żyję naprawdę.

 

 

Tydzień z głowy (525)

Przyjemna lekkość śmierci

vanity-philippe-de-champaigne

Znowu nie wiem o czym powinienem napisać. Nie czuję nawet powinności pisania. Rzeczy się dzieją, ja się sobie dzieję i po prostu jestem.

Piszę książkę, która, mam nadzieję, będzie dobrą książką, być może nawet najlepszą ze wszystkich, jakie dotąd napisałem. Tak sądzę w tej chwili, ale jutro, być może nawet o czwartej rano zmienię zdanie i uznam, że „Kult” jest czymś żałosnym, nieudanym, jakąś nietrafioną próbą znalezienia sobie nowego miejsca w literaturze polskiej.

Robię swój program i co ciekawe przy każdym odcinku odczuwam dokładnie te same emocje co prawie trzy lata temu: strach i ekscytację. Cieszę się perspektywą spotkania i rozmowy z nieznanym sobie (osobiście) człowiekiem, boję się, że tę rozmowę koncertowo spierdolę. Ciekawe, bo literatura nie dostarcza tego rodzaju ekscytacji. Albo inaczej – oferuje ekscytacje o odmiennym natężeniu, czyli momenty euforii kołyszące się na bezbrzeżnych wodach znużenia.

Robię grę komputerową. Tak w ogóle się jeszcze mówi? Gra komputerowa. Zawsze chciałem i nigdy nie przypuszczałem, że będzie mi dane. Dla odmiany, tutaj towarzyszy mi przede wszystkim lęk skontrastowany z perspektywą przygody na nieznanym lądzie. Nigdy czegoś podobnego nie robiłem. Nie umiem przecież, choć grałem przez większość swojego życia i wydaje mi się, że wiem o co chodzi w te klocki.

Prócz tego robię coś tam jeszcze, projekty, projekciki. Prowadzę życie rodzinne i towarzyskie. Piję whisky. Oglądam filmy, gram i czytam. Martwię się swoimi projekcikami. Dławi mnie strach o przyszłość najbliższych i w kompletnie nierozsądny sposób widzę siebie jako czynnik sprawczy, od którego tak wiele zależy.

A niedawno przeciąłem się z kumplem i pogadaliśmy sobie o naszych umarłych. „Patrz, ten już ziemię gryzie, wydawał się taki niezastąpiony, a tak naprawdę nic się nie zmieniło”, rzekł ten mój kumpel, „po staremu robimy swoje, mamy co robić, mamy radości i kłopoty, pomyśl o tym czasem, jak wielką wolność i ogromny spokój znajdujemy w myśli o śmierci. Ty też umrzesz i tak naprawdę nic się nie zmieni.”.

Tak, stary. Już wiem, że właśnie tak jest.

Tydzień z głowy (524)

Talia kart

 IMG-0194

Mój jedenastoletni  syn poprosił mnie, żebym kupił mu karty do gry. Pokerek z kolegami mu się marzy. Kupiłem z ochotą, bo uważam, że każdy chłopak powinien umieć grać w karty. Sam dużo grywałem, w tysiąca, w trzy pięć osiem, w remika, w pokera na drobne kwoty, no i w kibel, w dupę biskupa także.

Talię kupiłem na poczcie, kosztowała pięć złotych i nagle przypomniałem sobie, że grania w karty nauczył mnie mój własny ojciec. Zaczęliśmy oczywiście od gry w wojnę, potem przyszedł tysiąc, poker i parę innych gier, których już nie pamiętam. To znaczy pamiętam na czym polegały, tylko nie potrafię znaleźć właściwej nazwy. Chętnie dopowiem, że mój dobry, kochający ojciec pokazał mi również grę w kości, którą ukochałem ponad karty. Może pewnego dnia Julek też ją polubi?

Z tymi kartami były zresztą kefiry. Część rodziny dostrzegła w nich próbę zdemoralizowania słodkiego, kruchego dzieciątka, za jakie przyszło mi uchodzić. Obawiano się, ze zostanę zawodowym hazardzistą, albo przegram kredki z tornistra. Diabeł jeden wie. Ale tato pozostał nieugięty i rżnął ze mną w te karty ile wlezie. Pokazał kilka sposobów tasowania i wbijał asa znad głowy.

Podobno był całkiem niezłym graczem. W młodości żył z różnych dziwnych rzeczy (tak jak i ja żyłem), w tym z renowacji obrazów w wiejskich kościołach. Wieczorami zwykł siadać z proboszczem do kart i flaszki. Jeśli wierzyć jego opowieścią wygrywał przynajmniej drugą dniówkę. Stąd wiem też, że księżą zawsze są przy forsie, mają pełne piwniczki i nie idzie im w kartach.

Z tatą przestałem grywać kiedy poszedłem do liceum. Taki głupi czas. Za to zawsze gdy jechałem na wakacje albo zimowisko, zabierałem ze sobą talię kart. Tato jeszcze przez długie lata grywał w remika ze swoją żoną. Pamiętam go dobrze, jak siedzi w kuchni, ściska szeroki wachlarz kart w swoich wielkich łapach, kombinuje jak by tu z nich zejść i nie przegrać swojej partii, oczywiście przegrywa bo żona jest lepsza w te klocki, więc tato składa wachlarz i w tabelce, cyfrowo wyrażony zapisuje rozmiar swojej klęski.

Nie umiem uwierzyć, że nie ma go już rok.

 

Tydzień z głowy (523)

Weekend na Dolnym Śląsku

 oława

Przyjeżdżamy do Wrocławia na Festiwal Opowiadania. Wrocław natychmiast wyciąga ze mnie wszystko, co najgorsze. Okazuje się miastem bez uberów i taksówek, tymczasem mam publiczne czytanie fragmentów „Kultu”, boję się, że nie zdążę, raptem, w mojej idiotycznej głowie ta krótka prezentacja przed publicznością staje się ważna jak zmiany klimatyczne, jak pokój na świecie, a przynajmniej jak Konstytucja, miotam się przed hotelem, wrzeszczę na baby z dyspozytorni jakiejś korporacji taksówkarskiej i wyobrażam sobie masowe egzekucje kierowców Ubera. W końcu na spotkanie docieram tramwajem i to bez biletu. Czytam. Publiczność się śmieje. Moja dziewczyna mówi, że ostatni raz pojechała ze mną gdziekolwiek.

Wieczorem idziemy to filharmonii posłuchać symfonii Arvo Parta. Budynek jest nowoczesny, a akustyka po prostu olśniewająca. Słychać czwarte skrzypce w piątym rzędzie, każdy dźwięk, detal wydobyty z instrumentu. Niemal roztapiam się w dźwiękach, pozwalam myślom, by płynęły swobodnie. Przypomina mi się mój ojciec, który zmarł niemal dokładnie rok temu – biała skoda, którą jeździł, ulubiony nóż, sposób w jaki chodził, zawsze bardzo szybko, przechylony do przodu, jakby trwał w ciągłej gotowości do ucieczki. Jego piwo, pił zawsze bardzo szybko, nie mogłem za nim nadążyć z tym piciem, choć przecież niezły ze mnie zawodnik. No ale taty już nie ma i nigdy nie będzie. Jestem najstarszy. Jestem jedynym mężczyzną w rodzinie.

Następnego dnia wyruszamy do Oławy, na wódkę. Wcześniej zabieram dziewczynę do Nowego Otoku, na działki, gdzie pan Kazimierz Domański zobaczył Matkę Boską i do kościoła, który obok wybudował. W altance zastaliśmy nowych właścicieli.  Używają tego miejsca zgodnie z przeznaczeniem. Działka jest działką, a altanka altanką. Po dziesiątkach tysięcy pielgrzymów, którzy gromadzili się tutaj pozostały kibelki przy drodze i krzyż przed wejściem na tereny działek. Chwilę później spacerujemy wokół kościoła, który samowolnie postawił pan Domański. To ogromny kompleks z parkiem, domem pielgrzyma, budynkami gospodarczymi. Pełno tu figur świętych, skądinąd okropnych. Byłem tu kilka razy, ale dopiero teraz uderza mnie ogrom miłości, jaką włożono w to miejsce.

Wieczorami lądujemy na kinderbalu, potem idziemy do knajpy, z knajpy do domu, a ponieważ miły gospodarz jest rekonstrukcjonistą, przywdziewam replikę zbroi rycerskiej z XV wieku. Piję mnóstwo dziwnych alkoholi. Palę papierosy na balkonie. Półprzytomny wracam do wrocławskiego hotelu. Budzę się późno, przepełniony szczęściem.

Tydzień z głowy (522)

Pocztówka z Prowansji

42852887_2233441946889863_3705765922644951040_n

To przepiękny kawałek ziemi, ugnieciony w starych skałach, z których sterczą niepotrzebne maszty. Są tu niskie domki w piaskowym kolorze, a wieczorami plac miasteczka grzęźnie w ciemnopomarańczowym świetle. Można odnieść wrażenie zatopienia w bezczasie, nie tak mocnego jak w Grecji. Ale nic tutaj nie ma wyraźnego stygmatu współczesności, wydaje się bylejakie i silne tą bylejakością, jakby nikogo tutaj żadne ważne sprawy nie obchodziły. Ciekawe – lubię europejską prowincję, lubię Grecję, Słowenię, południe Francji, a polskiej jakoś nie bardzo. Już nasza architektura, te ciężkie domy pomalowane na wszystkie możliwe kolory są wrogie i zapowiadają jakąś awanturę.

Najbardziej zapamiętałem motyle. Są wielkie jak wróble, naprawdę. Jak zobaczyłem pierwszego, myślałem, że to liść. Przy trzecim zacząłem się zastanawiać co to takiego lata. No i motyl. Wielki i lekki. Jest ich mnóstwo i mają różne kolory. Te jasne, białe albo żółte wyglądają jakby wyleciały wprost ze słońca. Ciemniejsze odrywają się od drzew po to by zaraz wtopić się długie, miedziane ciągi winnic. Za to, gdy wracaliśmy znad morza zjawiło się mnóstwo nietoperzy. Nad całą laguną latało mnóstwo tych skurczybyków. Ciekawe zwierzęta, trochę paradoksalne, jak nosorożce. Ssak, a lata. Cały czas się drze, a my go nie słyszymy.

Wieczorem kręciliśmy na moście wzniesionym jeszcze przez Rzymian. Liczy sobie jakieś dwa tysiące lat. Kiedyś przechodzili po nim legioniści Trajana, potem wojownicy Merowingów i Karola Wielkiego, żołnierze Napoleona i Hitlera, a teraz przejechałem sobie po nim ja. Poniżej z mostem zrasta się niewielka tama i kąpielisko miejskie. Mieszkańcy miasteczka przychodzą latem tutaj popływać. Woda jest czysta i głęboka, światło latareczki którą dostałem wbiło się mocno w jasnozieloną, zażółconą toń. Niby nic wielkiego, ale ponad dwa tysiące lat temu Galowie potrafili stawić czoła Juliuszowi Cezarowi. Przegrali, lecz bili się dzielnie i równo. Prawdziwy holocaust im urządził, mordował w dziesiątkach tysięcy. Czemu pamięć historyczna jest tak wybiórcza? Dlaczego nie pamiętamy o tym, że zbrodniarzami byli nie tylko Hitler i Stalin, lecz Cezar albo i Napoleon, którego przecież mamy w hymnie Polski. Dał nam przykład Bonaparte, jak zwyciężać mamy! Przepierdolił z Rosją, przepierdolił pod Waterloo i wykorkował na Świętej Helenie jak szczur w akwarium. Rzeczywiście, zwyciężamy jak Bonaparte. Ale gdzie byliśmy dwa tysiące lat temu, kiedy Galowie mocowali się z Cezarem? Mieli swoich generałów, kapłanów, religię, armię, kulturę? My nie mieliśmy nic. Nas jeszcze nie było, po prostu. Lasy i nic.

Jedna rzecz szczególnie mocno utkwiła mi w głowie. Jechaliśmy w stronę St. Tropez, górską drogą. Była bardzo stroma i kręta. Pięliśmy się po serpentynach, a pod nami otwierała się dolina zarośnięta przez niskie drzewa o skołtunionych koronach. Z naprzeciwka zjeżdżały drogie auta, często stare ale w świetnym stanie, ferrari, lamborghini, citroeny. Chłopaki mówiły te nazwy, bo ja się na tym nie znam. I nagle, tą drogą przemknął facet na wózku inwalidzkim. Zjeżdżał sobie. Siedział sztywno, był łysy, miał mocny, wyćwiczony korpus i bezwładne, pokurczone nóżki, no i jechał, jako normalny uczestnik ruchu. Zastanawiałem się nad nim, tylko bez powodzenia. Zjechał, bo widocznie miał powód, zakorzeniony w swoim kalectwie. Nie jesteśmy kalekami, więc go nie zrozumiemy.

 

 

tydzień z głowy (521)

Małe samobójstwo

1280px-Arnold_Böcklin_-_Die_Toteninsel_III_(Alte_Nationalgalerie,_Berlin) 

Kiedyś myślałem, że należy ocalić w sobie dziecko. Byłem gorącym orędownikiem tego niedorzecznego pomysłu i nawet dzieliłem się nim z innymi. Dziś wiem, że takie cechy jak śmiałość, odwaga, wola przygody, lekkość życia, a także nieustanna gotowość do doświadczania radości nie są cechami dziecka lecz mężczyzny.

Czym jest dziecko w dorosłym człowieku? To skrzywdzona istotka pełna żalu i pretensji. Jego złość i smutek spływa do dojrzałych serc. Mówię o chłopczyku, kwilącym za matką w pustym pokoju. O grubej, wyśmiewanej przez koleżanki dziewczynce, która tłucze się w ciele pięknej, świadomej siebie kobiety. Błądzi zrozpaczona jak ślepiec w rozległej celi. Nie ma dla niej ratunku.

Jak można pielęgnować takie stworzenie? Czemu karmimy je tym co w nas najlepsze? Naszą miłością, naszym lękiem, naszą nadzieją? Mówiąc wprost jak długo można rozpatrywać krzywdy z dzieciństwa? Te słabości, smutki, wątpliwości i osamotnienie, które powinny dawno zostać pogrzebane?

Zabicie dziecka w sobie – to już rozumiem – oznacza wyzwolenie. To założycielski mord na sobie samym, w imię siły i dorosłości, a także prawa do szczęścia. Zabijamy z litości dla niego i dla siebie. Ciało należy rozszarpać i rozgryźć. Czy żyją w nas świnie? Z pewnością. Taka wszystko strawi. Egzorcyzmujmy własne trzewia. Po całej tej zabawie wypada jeszcze dobrze przewietrzyć.

Nie ja tego potrzebuję. Inni potrzebują. Przecież mogę iść przez życie z własnym cierpieniem. Lubię nawet siebie cierpiącego. Tylko moje cierpienie, ten skowyt i lęk nie jest nikomu potrzebny. Plącze nogi samym kwileniem. Kładzie się na ziemi i wyje.

Dosyć, już dosyć.

 

Tydzień z głowy (520)

Wizyta w małej miejscowości

 sparatus

Pojechałem do małej miejscowości na spotkanie autorskie. Spotkałem się z młodzieżą, było bardzo miło. Dostałem filiżankę i zbiorek opowiadań jakiegoś młodego autora, który stamtąd się wywodzi. Sam sfinansował sobie to wydanie. Przypomniałem sobie swój pierwszy, śmieszny tomik i nadzieje towarzyszące tej publikacji. Dziś resztki „Złych wybrzeży” zalegają u kumpla na strychu. Dwa egzemplarze swojego czasu podpierały mi szafę. Mniej więcej taki jest pożytek z mojej młodzieńczej pisaniny.

Na miejsce dojechałem ponieważ mam kierowcę. Pewien fajny facet dowozi mnie do miejsc, gdzie nie dochodzi komunikacja publiczna. Nie mam prawa jazdy, więc radzę sobie w ten sposób. Jestem wysokofunkcjonalnym niedołęgą, zresztą cenię sobie ten aspekt życia ze względu na publicity. Lepiej mieć własnego kierowcę niż własny samochód.

Przed spotkaniem porozmawiałem z ludźmi, którzy mnie zaprosili i chyba bardzo cieszyli się z tego spotkania. Powiedzieli mi, że zlikwidowano im wszystkie połączenia. Nie dojeżdżają tam autobusy ani pociągi, żaden prywaciarz nie wskoczył do busika. Jeśli ktoś nie ma autka, jest skazany uwięziony. Nie pojedzie do kina, do lekarza, do sklepu, na pogrzeb albo randkę.

Do tej pory naiwnie sądziłem, że takie miejsca zdarzają się na rubieżach naszego wspaniałego, nowoczesnego i przyjaznego obywatelowi kraju. Reportaże, teksty interwencyjne, które czytałem dotyczyły wiosek gdzieś w Bieszczadach. Mieścina o której mówię znajduje się w centralnej Polsce, kilkanaście (jakoś tak) kilometrów od autostrady, którą, na Warszawę i Kraków, śmigają sobie Flixbusy i inne takie.

Pomyślałem sobie, jak trudno wyrwać się z takiej miejscowości: na studia, do dobrej pracy. Jest to oczywiście możliwe, pod warunkiem, że człowiekowi nie podwinie się noga na wejściu, że rodzice nie chleją na umór, że w domu jest jakikolwiek hajs, zaś nie ma choroby. Wystarczy jedna poważna trudność, możliwa do przezwyciężenia choćby w mieście powiatowym i jest po człowieku, po życiu, po nadziei.,

Nie będę uderzał w tony społeczne ani apelował do tłustych kutasów zawiadujących Polską, bo nie zamierzam się upokarzać. Wiem, że macie mnie w dupie, podobnie jak tę nieszczęsną gminę. Mówię tylko, żebyście się nie dziwili. Nie dziwcie się, skurwysyny, że ludzie, co chwytają po dwa koła na czarno kupują sobie gruchoty na diesla i zatruwają powietrze, którym oddychamy wszyscy, że piją od rana, że biją swoje żony, swoich mężów i swoje dzieci, że wkurwieni napierdalają się pod remizą a potem głosują na każdego, kto mami ich groszem i przywróceniem godności. Tak postępuje człowiek, któremu odebrano wolność. Może też postąpić inaczej.

Pamiętajcie o Spartakusie, skurwysyny.

Tydzień z głowy (519)

Tamy na strumieniu

ship-of-fools 

Przypomniało mi się dziś rano jak byłem mały i budowałem tamy na strumieniu. Strumień płynął przez wioskę Niedźwiedź, niedaleko Mszany Dolnej, na skraju Groczańskiego Parku Narodowego gdzie z mamą spędzaliśmy wakacje. W ogóle, fajnie było w tym Niedźwiedziu. Po raz pierwszy próbowałem poderwać dziewczynę, oczywiście nieskutecznie. Paliliśmy ogniska. Zyskałem podstawową wiedzę o wypasaniu krów. Starszy kolega potrafił trafiać krowy kamieniem w rogi. Pozwalał mi nawet wybrać róg, prawy albo lewy. Niesłychanie mi to imponowało.

Strumień był wąski, płytki i bardzo kamienisty, słowem do tam nadawał się idealnie. Najpierw znosiłem jak największe kamienie. Niektóre były tak ciężkie, że toczyłem je po dnie. Jakieś drobne stworzona pryskały z odsłoniętej jamy, a ja już wznosiłem konstrukcję od brzegu do brzegu. Między wielkie kamienie wpychałem mniejsze. Uszczelniałem żwirem, przemokniętymi roślinami, niesłychanie użyteczne były też śmieci: kawałki folii, butelki, tym podobny szajs. Tama musiała spiętrzać jak najwięcej wody, w której potem mogłem się taplać. Ale to nie był jedyny cel.

W strumieniu żyły pstrągi, a ich młode, ten jasny drobiazg wędrował pod prąd, w kierunku źródła. Moja tama utrudniała im zadanie. Siadałem na brzegu, albo nawet w wodzie, z kolanami pod brodą i patrzyłem na te błyskotki, na łuski strącone ze słońca, jak wybijają się z wody, próbując pokonać przeszkodę. Pojawiały się w powietrzu na mrugnięcie oka na podobieństwo zimnej iskierki.

Byłem dość niecierpliwym dzieckiem, ale na pstrągi mogłem patrzyć godzinami. Niestety, strumień miał i inną atrakcję. Gdzieś wyżej (tam dokąd wędrowały pstrągi) mieściła się rzeźnia i pracownicy tej rzeźni wrzucali resztki zabitych zwierząt do strumienia. Na mojej tamie zatrzymywały się krowie kopyta, flaki, kości i mnóstwo rozdętej, białawej substancji organicznej, której nawet nie potrafiłem nazwać. Nasuwała skojarzenia z martwą ośmiornicą. Nie umiałem wymyśleć jeszcze nic lepszego.

Pamiętam jeszcze, że bardzo chciałem łowić dorosłe pstrągi, tak jak traperzy w książkach Jacka Londona. Wsuwałem dziecinne dłonie pod kamienie, chcąc chwycić za skrzela taką piękną rybę. Ani razu mi się to nie udało, czego żałowałem, bo bardzo chciałem być mężczyzną, a nie chłopcem. Udało się, w końcu jestem.

 

Older Posts