porusza i prowokuje...

Bez kategorii

Tydzień z głowy (572)

Czlowieczeństwo starych

children-of-the-corn-590bffab73f11

Zastanawiam się kiedy zauważyłem, że moi rodzice są ludźmi.

Obracam w głowie ten kompletnie nieistotny problem od paru dni, co najmniej od piątku. Był ze mną, gdy wsiadałem do pociągu, na spotkaniach w Warszawie i Łodzi, na urodzinach mojego przyjaciela i parę godzin później, kiedy piłem tanią whisky i z wysokości ósmego piętra obserwowałem stolicę.

Problem jest ciekawy. Moment, w którym uznajemy innych ludzi za ludzi z pewnością świadczy o naszym człowieczeństwie. Z rodzicami sprawa jest jeszcze bardziej złożona. Bardzo długo uważałem, że mama i tata istnieją wyłącznie dla mnie. Może dlatego, że nie mam rodzeństwa, a nasza rodzina jest bardzo mała.

Jak sądzę, widziałem rodziców oczami Boga biskupa Berkeleya. Istnieli ponieważ mogłem na nich spoglądać. Dawali jeść, opowiadali bajki, zabierali na spacery i kupowali zabawki. Oj, zabawki to ja uwielbiałem. Rodzice istnieli dla mnie. Istnieli  – bo ja istniałem. Moja dziecinna głowa nie dopuszczała myśli o jakiekolwiek, osobnej względem mnie, rodzicielskiej aktywności. Rodzice nie mieli zainteresowań, pasji ani trosk. Pracowali i jedli – bo byłem.

Kiedy to zaczęło się zmieniać? Kiedy zobaczyłem, że mama i tata to też ludzie? Mam w tym względzie wiele wątpliwości. Być może naprawdę zrozumiałem to, kiedy się rozstali. Sam rozwód przyjąłem względnie spokojnie, ale chyba właśnie wtedy zmieniłem swoje nastawienie. Rodzic rozwodzący się, rodzic który odchodzi kieruje się przecież własną, niezależną ode mnie potrzebą. Porzucony przezywa swój smutek bez względu na mnie.

W jakiś sposób, uczłowieczyłem moich rodziców gdy przestaliśmy być rodziną.

 

 

Tydzień z głowy (571)

Druga bajka o szczęściu

 dragon

Pewnego razu szczęśliwe królestwo nawiedził straszliwy smok. Jego skrzydła zakrywały niebo na podobieństwo burzowych chmur, a oczy miały barwę płonącego miasta. Smok przybył z daleka, był młody i pijany siłą. Cieszyła go własna nieśmiertelność i pławił się w czystej radości niszczenia.

Król wystawił swoje nieprzebrane hufce: miecze przeciw szponom, ogień kontra stal. Armia królewska poniosła klęskę i to taką, że stulecia później nikt nie odważył się wspominać Bitwy Pod Ognistym Niebem. Ponoć, od podzamcza aż po horyzont nikt nie mógł znaleźć nawet źdźbła trawy – wszelkie życie zostało spopielone.

Szczęśliwe dla smoka starcie przyniosło nieszczęśliwy pokój. Potwór zamieszkał w grocie nieopodal zamku, gdzie, raz w miesiącu dostarczano mu tuzin grubych kobiet. Taki właśnie był jego przysmak. Zwyczaj ten w dziwny sposób zbiegł się ze wzrostem popularności diety i ćwiczeń fizycznych wśród białogłów zamieszkujących królestwo.

Przez pierwsze lata smok urządzał wypady na ziemie królestwa – palił domy i porywał owce. Z czasem, te wyprawy robiły się coraz krótsze, aż w końcu smok przestał opuszczać grotę. Zestarzał się, osłabł i utył. Zęby, połamane na zbrojach rycerskich zaczęły go boleć, a pod kamienną czaszką zamieszkał frasunek. „Jestem smokiem”, myślał, „podbiłem królestwo, budzę powszechną grozę i jeszcze dostarczają mi grube kobiety. A jednak nie jestem szczęśliwy”.

Przytłoczony tymi myślami zebrał się w sobie i pofrunął ku szczytom gór, gdzie mieszkał pewien powszechnie szanowany mędrzec. Mędrzec odziewał się w brud. Jego nozdrza zamieszkiwały węże.

„Popatrz na siebie”, rzekł mędrzec, „jesteś tylko starym smokiem. Twoje mięśnie osłabły. Oczy masz jak duszki świec. Ludzie pamiętają cię jako młodego i silnego. Dlatego i tylko dlatego budzisz przerażenie. Prędzej czy później ktoś pozna prawdę i cię zabije. Twój czas jest krótki. Ciesz się dniami, które ci pozostały.”

Smok przejął się tą mową, wrócił do groty i był szczęśliwy. Był pierwszym stworzeniem, które osiągnęło szczęście poprzez strach.

tydzień z głowy (570)

Wieczór w Gdyni

gdynia

Pojechałem wczoraj do Gdyni.

Do pociągu wsiadłem z kumplem i przegadaliśmy całą drogę o rzeczach tak ważnych, jak metal albo życie. Wypiłem piwo w Warsie i zjadłem tam obiad. Wszystko za oknem było znajome. Nie wiem dlaczego, ale nieustannie rzuca mnie do Trójmiasta.

Spotkałem się z czytelnikami a potem z przyjaciółmi. Zresztą, o czytelnikach myślę jako o przyjaciołach. Coś musi nas łączyć, skoro spotykamy się w książkach. Nie siedzieliśmy jednak długo, bo jesteśmy dorośli a nawet zmęczeni.

Wieczorem nie miałem co ze sobą zrobić, więc poszedłem na spacer po tym mieście. Zawędrowałem nad chłodne morze, przysiadłem w knajpce, pokręciłem się gdyńskimi uliczkami. Przypomniało mi się, jak w dzieciństwie śniłem o morzu. Oddałbym wszystko, żeby tutaj przebywać. Ale mieszkaliśmy w Krakowie, wyjazd do Trójmiasta oznaczał wyprawę zabierającą dzień i kawałek nocy. Teraz wystarcza pięć godzin w pociągu.

A potem zorientowałem się, że to miasto jest moje. Mam tutaj własne trasy spacerowe i ulubione zakątki. Wiem, w której knajpce warto się napić, a gdzie zjeść. Nawet sypiam zawsze w tym samym miejscu. Rozpoznaję sklepy. Na dworzec dojdę z zawiązanymi oczami. Są tu dobrzy ludzie, za którymi tęsknię.

Gdynia jest trochę jak ja. Młoda na zewnątrz i stara w środku. Wywodzi się z jakiejś historii, a jednak niemal żadnej nie posiada.

Mam więc swoje czwarte miasto, po Krakowie, Warszawie i Oławie. Miejsce, w którym czuję się jakbym się tutaj urodził. Kto wie, może kiedyś napiszę o Gdyni książkę?

A teraz pora wstać. Wracam do domu.

 

 

Tydzień z głowy (568-569)

Pierwsza bajka o szczęściu

 the-old-castle-emanuel-murant

Dawno temu, w odległym królestwie żył sobie wyjątkowo nieszczęśliwy młodzieniec imieniem Janek. Mieszkał na bagnach. Jadał żaby, pijał łzy. Rodzice na niego pluli. Jego nieszczęśliwe samopoczucie miało więc głębokie uzasadnienie.

Tymczasem królestwo pustoszył smok. Janek wyprawił się do stolicy i pokonał potwora bez większych trudności. Odkrył bowiem, że smok jest stary i leniwy. Rycerze obawiali się go, gdyż wierzyli w minioną grozę jego natury – był przecież smokiem.

Młodzieniec ożenił się z królewną. Ta dała mu zdrowych i mądrych synów. Wkrótce po narodzinach młodszego z nich, doszło do innego, pomyślnego dla Janka wydarzenia. Stary król umarł, dławiąc się kapustą.  W ten sposób Janek sięgnął po koronę i przestał być w ogóle Jankiem. Stał się królem Janem I.

Początkowo, jego władza nie była stabilna. Zmarły król miał bowiem brata, któremu marzyła się korona. Jan zaprosił go do siebie na ucztę i kazał poderżnąć gardło w kąpieli. Niebezpieczeństwo minęło, ale natychmiast pojawiło się kolejne – pod murami miasta stanęła armia sąsiedniego królestwa. Jan, nieoczekiwanie okazał się doskonałym dowódcą i obronił swoją władzę. Baszty miasta zwieńczyły obcięte głowy wrogich generałów.

Jedynym, który nie cieszył się ze zwycięstwa był sam król Jan. Zasępiony, krążył po pustych komnatach. „Urodziłem się na bagnach i zostałem królem. Mam piękną żonę i zdrowych synów. Pokonałem moich wrogów, a dalej jestem nieszczęśliwy. Dlaczego?”.

Jan udał się do mędrca, aby ten wybawił go z kłopotu. Mędrzec zajmował jaskinię na szczycie góry. Pachniał śmiercią. W jego brodzie mieszkały nietoperze.

„Codziennie zachowuj się jakbyś był szczęśliwy”, powiedział mu mędrzec, „wstawaj jak człowiek szczęśliwy. Jedz, rządź, kochaj i zabijaj tak jak on, niezależnie od tego, co tak naprawdę czuje twoje królewskie serce. W każdej sekundzie swojego życia postępuj tak, jakby przepełniało cię szczęście”.

Król zastosował się do tej rady. Po paru latach obudził się i stwierdził, że jest szczęśliwy. Takim właśnie zapamiętali go poddani. Był też człowiekiem, który osiągnął szczęście bo się do niego przyzwyczaił.

 

 

 

Tydzień z głowy (567)

Odzip

278161

Minął tydzień nic nie robienia. Oczywiście byłem bardzo zajęty.

Zaniosłem obrazy do oprawy. W ogóle, dziwna sprawa z tymi obrazami. Przysięgałem sobie, że nie będę miał w domu żadnych dzieł sztuki. Takie przekonanie wyniosłem z młodości. Miałem w domu tylko dwa obrazy mojego taty, które podarował mi, kiedy byłem jeszcze dzieckiem. Po jego śmierci zatrzymałem trzeci i ten właśnie był nieoprawiony. Do tego doszła praca naszej przyjaciółki, grafika dla Julka i trochę drobiazgów. Zaniosłem do oprawy, licząc, że będzie ładnie. Otóż nie jest. Ramki mają swoją grubość. Obrazy porozłaziły się na ścianach, wiszą bez ładu i składu, nie mogę na to patrzeć, zaś działania się boję.

Posprzątałem nosorożcom. Mam już prawie dziewięćdziesiąt nosorożców, ustawionych na czterech półkach (do stadka zaliczają się wizerunki nosorożców rozwieszone po całym domu, dziara na łapie, trzy duże pluszaki i nosorożec ogrodowy bez dupy, pod oknem). Kurzą się na tych półkach. Podczas sprzątania przecieram każdego nosorożca mokrą szmatką, a potem ustawiam je w odmiennej konfiguracji. Moje nosorożce żyją i rozmawiają ze sobą, gdy śpię. Problem w tym, że te z dolnej półki nie mogą konwersować z tymi z górnej. Mają za daleko. Może jeszcze te ustawione na dwóch sąsiadujących ze sobą półkach jeszcze jakoś się usłyszą, ale tego też nie mogę być pewien. Tak to jest z tymi nosorożcami. Przed chwilą zastanawiałem się, czy po mojej śmierci będą żyły dalej, czy umrą wraz ze mną.

Wymyślałem sobie film z kolegą. Szło całkiem przyjemnie. Siedzieliśmy sobie w kawiarni, albo na barce czy jeszcze tam gdzieś, świeciło słońce, a kolega czuł się wyraźnie gorzej ode mnie, co stanowiło całkiem miły akcent dnia. W pracy twórczej najbardziej lubię właśnie ten moment nieskrępowanego fantazjowania, lepienia fabuły, sytuacji, bohaterów. W gruncie rzeczy najszczęśliwszy byłbym, gdybym mógł na tym poprzestać. Wyobrażam sobie siebie nawet w roli zawodowego dostarczyciela idei dla innych artystów. Siedzę w knajpie i wymyślam sobie: temu kryminał, temu tomik wierszy, jeszcze komuś powieść zaangażowaną na cito, zainteresowany wrzuca grosz do kapelusza i rozstajemy się uszczęśliwieni – on bo dostał coś, czego nie mógł wydobyć z siebie, a ja bo coś wymyśliłem i nie muszę w tym dłubać.

Przez ten tydzień spędziłem więcej czasu z dziećmi. Odpaliłem „Dark souls 2” i nawet dobrze mi idzie. Zrobiłem kilka bardzo ciężkich treningów. Przeczytałem dwie niezłe książki. Wypiłem pół butelki whisky i trochę piwa. Uczyłem się robienia zdjęć. Oglądałem głupie filmy. Czuję, że coś we mnie rośnie, że otwieram się, że jeszcze będę pisał.

Tydzień z głowy (566)

Posted on 5 sierpnia 2019

Koniec niewinności

_DSC0231 

Kupiłem sobie rumbę. Właściwie nie sobie tylko dziewczynie. Mieszkamy razem, ale to ona odkurza. Ja, na przykład, obsługuję zmywarkę. Taki podział pracy. Jestem nieprzejednanym przeciwnikiem odkurzaczy i najchętniej nie miałbym żadnego, ale przecież nie wybieramy sobie rzeczy tylko rzeczy, tylko rzeczy nas wybierają. Wie o tym każdy, kto zetknął się z reklamą spersonalizowaną.

No i jeździ mi po mieszkaniu takie płaskie kurestwo. Warczy. Kręci się, ale i kręgi zatacza, jak spłaszczony księżyc. Ruchy mojej rumby są chaotyczne, to znów zapętlone. Nie zdołaliśmy jej bowiem zaprogramować, mimo złączenia wysiłków. Rumba nie zmapowała mojego mieszkania. Co to konkretnie oznacza? Moja rumba jest niewidoma. Mam na chacie ślepą rumbę.

Ślepa rumba krąży w ciemności i pałaszuje kurz. Futro, popiół, paprochy znikają w jej wiecznie głodnych, nieruchomych ustach. Nocą, gdy wyrwany ze snu przemieszczam się przez cichy dom uświadamiam sobie, że gdzieś tam, w ciemnościach czyha rumba, której los odebrał oczy.

Być może kiedyś odwiedzi nas jakiś elektryczny cudotwórca i przywróci rumbie wzrok. Póki co, rumba radzi sobie całkiem nieźle, jak wielu nieszczęśników, którzy zdołali się zaprzyjaźnić ze swoim kalectwem.

Patrzę na tę francę, na ten zbyteczny złom (doprawdy, mogłem tańczyć z miotłą) i coraz lepiej rozumiem, jak niewiele zostało z tego chłopaka, który chciał podpalić świat i rzucał się na ludzi w knajpach. Kiedyś byłem wściekły. Dziś jestem co najwyżej rozczarowany życiem, ale i w tym rozczarowaniu mieszka promień słońca. Domagałem się swoich racji za wszelką cenę. Dziś naprawdę wolałbym, aby rację mieli inni. Nienawidziłem życia. Teraz je kocham, ponieważ muszę. Ponieważ wypada.

Jestem człowiekiem, który kupił sobie ślepą rumbę.

Tydzień z głowy (565)

Posted on 29 lipca 2019

W domu

oldhouse

fot.   Mike Yakaites

Spędziłem tydzień ciurkiem w domu. Po raz pierwszy od nie pamiętam kiedy. Ostatnie pół roku spędziłem na walizkach. Promowałem „Kult”, załatwiałem sprawy w Warszawie, realizowałem zamówienia telewizyjne, w konsekwencji czego częściej widywałem dworzec niż najbliższych.

Wstaję o ósmej. Robię śniadanie dziecku i zabieram się za pracę. Tej akurat nie brakuje, choć to spokojna, sympatyczna praca – kolejne zadania są realizowane krok po kroku, bez żadnych większych perturbacji. Wróciłem do książek, może dlatego, że mówię o nich w radiu. Dużo czytam. Radość sprawia mi powrót do starych pisarzy science-fiction. Do Artura C. Clarke’a, do Kurta Vonneguta. O własnym pisaniu nie myślę wcale, choć jesień się zbliża, a wraz z nią prace nad zaplanowanym na rok przyszły zbiorkiem opowiadań. Ostatnie moje opowiadania ukazały się dziesięć lat temu. Przez tę dekadę zmieniło się wszystko.

Popołudniem Gąska wraca z roboty i nudzimy się wspólnie. Oglądamy filmy. Próbujemy zagrać w coś z dzieckiem. Jemy kolację, rozmawiamy. Życie jest zwyczajne. Wieczorem dom zasypia. Siedzę sobie w ciszy. Czytam coś, albo gram na konsoli. Częściej czytam niż gram, bo szkoda mi tej ciszy.

Czasem wyjdę do ludzi. We wtorek posiedziałem z przyjaciółmi i posłuchaliśmy muzyki, którą znamy aż za dobrze. Chyba niczego innego od niej nie oczekujemy, od nas samych również. Znamy się aż za dobrze, wypełniamy sobą przestrzeń jak dźwięki. To oswojony świat, tak bardzo mi drogi.

W sobotę byłem na urodzinach kumpla, skądinąd wspaniałego artysty, który mam nadzieję dostąpi jeszcze zasłużonych benefitów. Pięćdziesiąt pięć lat! Gdzie ja będę w tym wieku? W gruncie rzeczy chciałbym być trochę taki jak ten mój przyjaciel, mocny, wesoły, spoglądający z ufnością w przyszłość. Myślałem trochę o nim, o sobie, ale przede wszystkim cieszyłem się chwilą: ogródkiem piwnym na Salwatorze, dobrym towarzystwem, rozmową, ciepłą nocą.

Przez większość swojego życia byłem przekonany, że niedługo umrę, więc żyłem tak jakby zostało mi pół roku na tym, jedynym przecież świecie. Zawsze też byłem gotów do drogi. To takie romantyczne: porzucić wszystko i ruszyć dalej,  ku nieznanemu. Teraz już nie chcę nigdzie iść i pożyłbym jeszcze trochę.

 

 

 

 

Tydzień z głowy (564)

Posted on 22 lipca 2019

Migawki z tygodnia

 train

We wtorek jestem na pogrzebie koleżanki. Zmarła nagle w tragicznych okolicznościach. Pogrzeb poprzedza msza w kościele na warszawskich Bielanach, potem pomagam nosić kwiaty, jadę na cmentarz bródnowski, a stamtąd na stypę. Stypa jest wystawna. Pieniądze nie odpędzą śmierci. Przyglądam się zgromadzonym, piję trochę wina, rozmawiam z ludźmi, a wszystko jest kompletnie nierzeczywiste, nawet nie jak sen, lecz jak inscenizacja, jak bal maskowy. Kostiumy, nie ubrania. Tekturowa urna. Przysiągłbym, że za chwilę, pomiędzy żałobników wyłoni się zmarła tylko całkiem żywotna, parsknie śmiechem i zacznie mówić o tym, jak ładnie zrobiła nas wszystkich w konia.

W środę i czwartek biegam po Warszawie. Załatwiam masę spraw i te sprawy, ku mojemu zdumieniu, rzeczywiście są załatwione. Po drodze orientuję się, że tęsknota za tym miastem zdechła we mnie do reszty. Lubię Warszawę tak jak się lubi wesołego sąsiada. Pogadam chwilę, pocieszę się obecnością, lecz raczej nie wpuszczam do siebie. Na powrót wrosłem w Kraków. Nie spodziewałem się tego po sobie, lecz nie będę się z tym kłócił. Jest jak jest. Za to w środowy wieczór z przyjaciółmi idziemy na wódkę do jakiejś knajpy w okolicach Ząbkowskiej. Walimy z kieliszków, zagryzamy mięsem, mówię dużo i bez sensu, chwiejnym krokiem, z przyjaciółmi, wracam do hotelu.

W sobotę wstajemy rano, sprzątamy mieszkanie, a wczesnym popołudniem pędzę na dworzec gdyż mam spotkanie autorskie w Łodzi. Pociąg jedzie trzy godziny. Oglądam stary film z Vincentem Price, czytam książkę i wpycham w siebie obiad. Łódź przyjmuje mnie ciepło. Jakiś zacny człowiek zrobił dla mnie mural (po prawdzie zwykły napis) na śmietniku. Czuję się wzruszony jakbym dostał tuzin nagród literackich jednocześnie. Na samym spotkaniu tłumy jakich chyba jeszcze nie było. Pytają, cieszą się z mojej obecności. Żegnam ich pośpiesznie, gdyż chcę zdążyć na pociąg. Zdążam ponieważ pociąg się spóźnia. Cały pobyt w Łodzi trwał dwie i pół godziny. Podróż powrotną przesiaduję w Warsie. Jem pierogi. Współpasażer opowiada o zegarkach inwestycyjnych.

Jestem dla nazbyt wielu ludzi. Przez to – nie wystarczający.

Tydzień z głowy (563)

Posted on 15 lipca 2019


Zdjęcia w Hiszpanii

 IMG-2654

Madryt to majestatyczne miasto, podobne trochę do Londynu, czy nawet nowojorskiej Piątej Alei. Wesoły tłum przetacza się między olbrzymimi kamienicami. Zauważam kilka legowisk rozłożonych na chodnikach. Bezdomni mają materace, walizki i książki. Towarzyszą im potulne psy. Czasem taki oddala się, zostawiając cały swój, bezwartościowy świat. Nikt go nie pilnuje.

Nieopodal mieści się ulotne targowisko. Handlarze sprzedają ciemne okulary, słomkowe kapelusze, torebki, takie rzeczy. Towar leży rozłożony na kwadratowych płachtach. Do każdego rogu takiej płachty przyczepiono łańcuch. Cztery łańcuchy zbiegają się w dłoni właściciela tego interesu. Gdy pojawi się policja, albo przedstawiciele innych służb porządkowych wystarczy jeden ruch. I stoisko znika.

Jedziemy do dawnej rezydencji generała Franco, dyktatora Hiszpanii. To kilkupiętrowy pałac osadzony na szczycie kamienistego wzniesienia (przy okazji odkrywam nowe słowo, oznaczające spory głaz, brzmi ono „kamerdolec”). Wspinam się po nim, gdyż normalną drogę zamknięto. Spod willi rozciąga się widok na daleki Madryt, miasta, miasteczka i delikatną linię chmur przy samym horyzoncie. Myślę sobie, że w tym miejscu zapisana została wielka próżność. Franco wychodził na taras i z wysokości spoglądał na kraj, który należał do niego.

A nie zostało prawie nic. Aby dostać się do środka, wspinam się po ścianie, potem po gzymsie trzymając się krat, ku upatrzonej wcześnie dziurze w deskach, którymi zabito okno. Wewnątrz butelki, brud, mnóstwo graffiti. Mogę tylko domyślać się, czemu służyły kolejne pomieszczenia. Znajduję resztki kaplicy, biblioteki z kominkiem. Część ścian i podłóg zniknęła. Stopy podparto, żeby nie runęły. Wracając, zastanawiamy się w jaki sposób dostarczano tam wodę. Franco musiał mieć pompownię, czy coś w tym stylu. Ciekawi mnie tez czy góra jest wydrążona, czy mieści się tam winda i tunel jak w filmach o Bondzie, by dyktator mógł błyskawicznie uciec w razie jakiegoś niebezpieczeństwa.

Tyle zostało po tym facecie. Przyjmował tutaj możnych przyjaciół, jadł najlepsze jedzenie i pił wykwintne alkohole. Zresztą sam nie wiem co tutaj dokładnie robił. Mogę się tylko domyślać. Spaliłem skręta w jego salonie. Wysikałem się w bibliotece i poszedłem kamienną ścieżką, gdzie czekała prosta kolacja i wino stołowe.

 

 

 

 

tydzień z głowy (562)

Posted on 8 lipca 2019

Krótki wpis o umieraniu

rats

Trochę za dużo śmierci w moim życiu. Pamiętam, jak rok temu Maciek Parowski niespodziewanie przyszedł na spotkanie autorskie. Ciągnął na piwo, nie poszedłem bo miałem zajętości. Byłem pewien, że jeszcze się napijemy. Wyszło inaczej. Śpieszmy się pić piwo z ludźmi, tak szybko odchodzą.

Żałuję swojego młodzieńczego malkontenctwa i czarnowidztwa. Wstyd mi trochę za wczesne książki, takie czarne i smutne, tak pełne trupów.

Śmierć jest prosta i straszna. Nie płynie z niej żadna lekcja, nie kryje się w niej żaden sekret, nie będzie pouczenia. Gdy ktoś bliski walczy o życie mam ochotę prosić o cud. Ale Boga nie ma. Cuda się nie dzieją.

Powinniśmy kochać życie i cieszyć się nim jak tylko to możliwe. Lata zajęło mi dojście do tak prostego wniosku. Zwiedzajmy świat. Nie marnujmy czasu na bzdury. Spędzajmy czas z rodzicami i dziećmi. Chodźmy na to cholerne piwo z przyjaciółmi, póki jeszcze można, póki są przyjaciele. Wydaje mi się, że ta radość życia jest czymś głęboko mądrym i rozsądnym. Aż dziwne, że widujemy tylu zafrasowanych filozofów.

Być może nawet w tej radości, w miłości do życia kryje się jakiś obowiązek wobec naszych umarłych. Nie wiem tego na pewno – umarli niczego przecież nie potrzebują, bo są umarłymi, czy też mówiąc precyzyjniej, nie są już wcale. Ale czasem, gdy zdarzy mi się coś dobrego, mówię o tym mojemu ojcu, którego przecież też już nie ma. Próbuję żyć życiem, które by mu się podobało.

Ta radość życia, apetyt na nie, bierze się przecież z grozy i śmierci. Inaczej nie byłaby prawdziwa.

Older Posts