porusza i prowokuje...

Bez kategorii

tydzień z głowy (511)

Posted on 16 lipca 2018

Na Białorusi

 IMG_4528

Pojechałem na Białoruś kręcić film dokumentalny. Do diabła z filmem, sam kraj jest ciekawy.

Zawsze gdy jadę na wschód mam wrażenie, że granica przesuwa się nie o kilkadziesiąt, kilkaset, ale o parę tysięcy kilometrów. Jestem w innym świecie. Tak było na Ukrainie, na Łotwie i w Estonii, za każdym razem z innego powodu. Przypomina mi się pierdolenie polskich eurosceptyków i rewizjonistów. Złapaliśmy Boga za rogi z tą Unią Europejską, żeby zacytować językową pomyłkę zacnej koleżanki.

Białoruś z wszystkich wschodnich krajów jest najsympatyczniejsza i najciekawsza, w ogóle jest najbardziej w każdym możliwym kierunku. W wioskach, które mijaliśmy można by kręcić „Nad Niemnem”, albo film o UPA. Mowa o dziesiątkach drewnianych chatek krytych popękaną dachówką, otoczonych przez chwierutne płoty, skrytych w bezczelnym przepychu drzew.

Za to budownictwo miejskie jest sowieckie w najlepszym sensie tego słowa. Między blokami na gigantycznych osiedlach można by urządzać defilady, albo – co sensowniejsze – pograć w piłkę, wyprowadzić psa na spacer, albo obalić flaszkę na łączce między blokami. Pisze to jako chłopak z tłocznego Kazimierza, który niedawno wylądował w nowoczesnym blokowisku i zerka sąsiadom w cyce. Inna przestrzeń, odmienne myślenie o niej, do tego wszelkie budynki użyteczności publicznej, od urzędu miasta aż po szalet łączą w sobie cechy kościoła oraz twierdzy. Lubię monumentalizm minionej epoki i źle się czuję w architektonicznej, szklanej skromności późnego kapitalizmu.

I ludzie, wspaniali ludzie. Jestem za stary i na ludzi już się nie nabieram. Gdy słyszę, że ktoś gdzieś był i spotkał „takich miłych ludzi” uśmiecham się do jego własnej naiwności, a także swojej – minionej. Ludzie są wszędzie tacy sami. Ale chwile powierzchownej serdeczności, takiej radości ze spotkania zapadły mi w sercu. Pamiętam dobrze staruszki, które spotkaliśmy w Bohatyrowiczach. Miały jakoś tak pod dziewięćdziesiątkę. Robiły zakupy w sklepie obwoźnym, który przyjeżdżał dwa razy na tydzień. Sprawiały wrażenie zachwyconych tym, że ktoś mówi do nich po polsku i jeszcze się nimi interesuje. Przyjemne wrażenie pozostawił też podchmielony staruszek, który zaczepił nas rano pod hotelem. Powiedział, że bardzo interesuje się Polską, zna filmy Wajdy i Zanussiego. Uścisnął mi rękę z pięć razy i poszedł.

Wszędzie było czysto, czyściej niż u nas. Na ulicy nocą czułem się bezpiecznie. Celnicy białoruscy są dużo bardziej pomocni niż polscy. A, jedna z tych staruszka w Bohatyrowiczach kupiła sobie dwie flaszki wódki. I tak właśnie tam było.

tydzień z głowy (510)

Posted on 9 lipca 2018

W zamieszaniu

ancient-warriors-georges-marie-rochegrosse

Zawsze gdy dzieją się rzeczy nowe obawiam się, że nie dam rady, że w jakiś sposób zawiodę. Za mało czasu, za wiele obowiązków.

Właściwie dwa ostatnie lata poszły na sprawy, o których nie bardzo chcę tutaj pisać. Są albo bardzo nudne, albo zbyt osobiste. Zmarł mój ojciec, kupiłem mieszkanie, założyłem rodzinę, a na robotę nie było zbyt wiele czasu. Napisałem jednak powieść, nagrałem kolejny sezon „Dezerterów”. Te rzeczy się udały. Ale wiele innych spraw musiałem odpuścić i miałem poczucie, że kwestie biznesowe pozostały w tyle, że coś się psuje. Do tego jednak nie doszło.

Po raz pierwszy w życiu obiecałem sobie, że zabiorę się za tak zwaną karierę. Nie bardzo wiem jak takie rzeczy się robi, bo nigdy nie chciałem robić żadnej kariery. Nigdy w życiu nie wykonałem telefonu w swojej sprawie, nie słałem żadnych mail aby sobie pomóc. Nie zgłaszałem się do żadnej roboty. To ludzie do mnie dzwonili. Pomyślałem, że to jedyna rzecz, którą mogę zrobić – odbierać telefony, odpowiadać na maile.

Mam trochę projektów w tak zwanym developmencie, ale nie chcę o nich mówić dopóki nie doprowadzę ich do końca. Może jakaś gra. Może jakiś film. Jutro rano ruszam za granicę, na Wschód, w pewnej bardzo ważnej, literacko – filmowej sprawie. Niedługo mam nadzieję napisać coś więcej. Swoją drogą, tak zwana „kariera telewizyjna” nieustannie bawi mnie i cieszy. Nigdy nie przypuszczałem, że będę zajmował się czymś podobnym, lata temu nie przyjęli mnie na dziennikarstwo, a od wielu ludzi słyszałem, że po prostu nie nadaję się do mediów.

Zacząłem pisanie nowej książki. Bardzo tego się bałem, czemu zresztą dałem świadectwo tutaj, tydzień temu. Nie wiem, czy to co powstaje jest dobre. Tak mi się wydaje. Ale robota idzie szybko, sprawnie, a efekt wydaje się dokładnie taki, jakiego oczekiwałem.

Do tego przecież jest mój syn, synek mojej dziewczyny, dwóch chłopców którymi muszę i chcę się zajmować. Dzieci są przecież męczące, głośne i nie obchodzi ich coś takiego jak książka do napisania. I nagle okazało się, że godzę to wszystko. Jest czas na spacer i rower, książka się pisze, projekciki idą do przodu (to takie żałosne, „mieć projekciki”, dziwię się, że nikt nie myśli o tym w ten sposób), mam czas, żeby przygotować posiłki i na dużo więcej. Wciąż chodzę na treningi, na piwo, a i remaster „Dark souls” nie przejcie się przecież sam, do ciężkiej cholery.

Jestem wydajny tylko w ścisku i zgiełku. Tylko w biegu – szczęśliwy.

 

 

 

Tydzień z głowy (509)

Posted on 2 lipca 2018

Wigilia pisania

 bosz

Ostatnie miesiące przeznaczyłem na przygotowania do pisania nowej powieści. To był bardzo owocny czas, przynajmniej do niedawna tak sądziłem. Lubię ten czas gdy powstająca książka funkcjonuje całkowicie w czasie niedokonanym. Jest koncepcją, mgławicą, festiwalem duchów. Na ścianie jaskini kotłują się cienie bohaterów, których jeszcze nie ma, których dopiero coś zapowiada.

Od czasu „Innej duszy” przygotowuję wszystkie materiały przed pisaniem książki, tak by potem móc zająć się samym lepieniem słowa do słowa. Przyjąłem ten styl z jego wszystkimi wadami i dwojgiem wielkich zalet: pewnością dokąd jadę i brakiem znienawidzonej spontaniczności.

Spędziłem wiele dni w Oławie. Byłem na trzydziestopięcioleciu objawień na działkach, przemówił do mnie Jezus i zamieniłem słowo z Matką Boską. Spotkałem się ze świadkami wydarzeń kojarzonych z osobą Kazimierza Domańskiego, z dziennikarzami, z przyjaciółmi samej Oławy i jej historii najnowszej. Wielką pomoc okazała mi rodzina Domańskich, biblioteka oraz redaktor miejscowego czasopisma. W wolnych chwilach kupowałem wódeczkę miejscowym pijakom, przysiadałem się i zagadywałem o pana Kazka, o Matkę Boską którą zobaczył.

Przeryłem się przez wszystko co napisano na ten temat. Mam kserokopie przesłuchań z SB i głos Matki Boskiej nagrany na taśmę magnetofonową. Zgłębiłem też zagadnienia nie związanej bezpośrednio z Oławą i tamtejszymi objawieniami, od historii herezji i kacerstwa po tajemnice fachu fryzjerskiego. Wreszcie, wymyśliłem język, bohaterów, ułożyłem całą historię, spisałem wszystko w formie skrótowych, czytelnych tylko dla mnie punktów i tyle. Był wtorek. Praca koncepcyjna się skończyła.

A wczoraj, z powodów których ani myślę zdradzać spisałem streszczenie „Kultu” tak, aby ktoś to zrozumiał. Praca poszła szybko, streszczenie wyszło dość konkretne i szczegółowe. Przeczytałem je i zrozumiałem co właściwie próbuję napisać. Wszystko co miałem wcześniej przygotowane nagle wydało mi się ułomne, bezsensowne i dalekie od prawdy. Mam wrażenie, że przeszedłem długą i trudną drogą tylko po to by znaleźć się w miejscu, z którego wyszedłem. Nic nie wiem. Nie mam pojęcia co zrobić.

Jutro, w poniedziałek, zaczynam pisanie.

Tydzień z głowy (508)

Posted on 25 czerwca 2018

Nowy dom

IMG_4301

Dziesięć lat temu rozpadła mi się rodzina. Mój syn, Julek, miał wówczas rok. Temu rozpadowi towarzyszyły różne, bardzo gorące emocje. Dziś po prostu myślę, że z byłą żoną nie daliśmy rady. Mieliśmy różne oczekiwania względem siebie, co wyszło za późno, w nazbyt bolesny sposób i było po zawodach.

Wczoraj, jak zawsze na początku wakacji pojechałem po mojego syna, na Dolny Śląsk. Kumpel wskoczył za kółko i heja, na Zachód. Po drodze zahaczyliśmy o miejscowość, którą przezwałem Rykusmyku w jednej ze starych książek. Kto wie, może nastąpi literacka i nie tylko literacka reaktywacja tego miejsca? Powłóczyliśmy się, zrobiłem trochę zdjęć. Nikt mi nie wmówi, że Polska rozwija się równomiernie, że działa jak należy, że istnieje tutaj coś takiego jak sprawiedliwość. Kontrast pomiędzy Wrocławiem a takim Rykusmyku, z brudem bram, z niszczejącymi kamienicami rynku i melancholią mieszkańców jest uderzający.

Julka przyszła pożegnać cała tamtejsza rodzina. Wyściskał każdego po kolei, a my z kumplem ładowaliśmy do fury torby, siatki z klockami, rower, takie rzeczy. No i pojechaliśmy. Julek nudził się wściekle na tylnym siedzeniu. Posiłkując się programem z komórki zaprosił mnie do gry w „Milionerów”. Zadawał mnóstwo dziecinnych pytań. Skąd jest to. Czy widziałem tamto. I tak dalej i tak dalej.

Tę trasę znam aż za dobrze, w końcu jeżdżę tutaj tę pieprzoną dekadę. Rozpoznaję wzniesienia, doliny i drzewa, wiem gdzie będzie MacDoland, a gdzie KFC. Zjedliśmy pod złotymi łukami. Stoliki na zewnątrz były zmoczone deszczem, a przed poskręcaną, wysoką zjeżdżalnią leżał stos dziecięcych butów jak w obozie koncentracyjnym.

Wreszcie przyjechaliśmy. Kumpel skręcił mu rower, ja dymałem z torbami. Zdążyliśmy na mecz, zjedliśmy popcorn. Był zwykły, choć bardzo głośny wieczór. Julek tym razem nie przyjechał jedynie na wakacje. Przeprowadził się. Zostaje ze mną, będzie tu chodził do szkoły, wzrastał sobie i żył. Stało się coś dobrego, dokładnie po dziesięciu latach, jakbym złamał zły czar rzucony dawno temu.

tydzień z głowy (507)

Posted on 18 czerwca 2018

Gadająca głowa

szczecn 

Tydzień upływa mi pod znakiem spotkań z ludźmi. Codziennie kogoś widzę: przyjaciół, czytelników, współpracowników i kontrahentów. Siedzę. Jem. Wymachuję łapami i plotę dyrdymały. Do tego znów rzuca mnie po kraju. Teraz akurat wylądowałem w Szczecinie, mieście, które pozostaje dla mnie wielką niewiadomą. Nie mam pojęcia czemu leży tak daleko i co właściwie przesądza o jego wyjątkowości. Dziś rano wyrzucili mnie z hotelu. Nie mają tutaj ubera. Na taksówkę trzeba czekać dwadzieścia minut. Siedzę w knajpie, której nazwy nawet nie znam. Nie mam pojęcia na jakim osiedlu się znajduję i gdzie stąd powinienem się udać. Telefon przestał działać, bez nawigacji jestem bezradny jak szczenię. Zaraz podadzą kurczaczka zapiekanego w całości. Pożrę jego młode życie.

Są dobre chwile i bardzo potrzebne, takie, które sprawiają, że czuję się sobą w oswojonym kawałku świata. Czwartkowy wieczór spędzam z ekipą dezerterską. W przeważającej swej masie ci ludzie są doświadczonymi dziennikarzami. Jeden nawet opowiada jakie to jaja były gdy robił „Randkę w ciemno” w latach dziewięćdziesiątych. Jaka „Randka w ciemno”? Jakie kurwa lata dziewięćdziesiąte? Ale jest miło, bezpiecznie, zrobiliśmy kolejny sezon i niedługo dobijemy do setnego odcinka. Kto by pomyślał? Jeden z tych dziennikarzy wyznaje mi, że gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy dawał mi trzy miesiące na antenie. On sobie nie da rady, tak mówił. A jeśli dałem to przede wszystkim dzięki tym ludziom. Pokazali mi co i jak, mogłem powoli się uczyć.

Chwilę wcześniej przysiadłem na Zbawiksie razem z moim starym przyjacielem. Jednym z tych najbardziej wypróbowanych. Spotykamy się na chwilę, bo każdy ma swoje sprawy, a bliskość nie zawsze mierzy się w minutach przegadanych nad kielichem. Przyjaciel przychodzi, ściskamy się i zaczynami rozmawiać. Gadamy o polityce, o kobietach, o życiu, a ja orientuję się, że jestem w jednej z tych rzadkich, cennych sytuacji kiedy mogę powiedzieć wszystko bez żadnej krępacji. Każdy brud, każda haniebna myśl może zostać ujawniona przy tym naszym stoliku. Nie mówię niczego takiego (chyba), ale świadomość zaufania, tej szorstkiej bliskości jest bardzo potrzebna.

Przez większość życia towarzyszyło mi poczucie niewkomponowania. Byłem inny, osobny, skontrastowany ze światem. Zdarzało się mi tym szczycić. Wciąż mam świadomość radykalnej obcości pomiędzy jaźnią i jaźnią, jaźnią i bezmyślnym światem, ale łatwiej ją przeżyć i zrozumieć. Ulegam iluzji, że obcość jest mniej obca, a ja po prostu przyzwyczaiłem się do bycia innym, bycie innym mi spowszedniało i jest już czymś zwyczajnym. Oto i jestem – obcość szara i codzienna.

 

 

 

Tydzień z głowy (506)

Posted on 11 czerwca 2018

Dziecko we mnie

IMG-4112

Poznań. W piątkowe przedpołudnie jadę do znajomego barbera, który przystał na funkcję konsultanta dla potrzeb powstającej powieści. Narrator będzie bowiem fryzjerem.

Barber dobiega pięćdziesiątki i jest jednym z prekursorów ruchu straight edge w Polsce. Nigdy nie pił alkoholu. Walczy o trzeźwość. Wódka zabrała mu połowę rodziny. Tymczasem poprzedniego wieczoru ostro zabalowałem w gronie przemiłych poznaniaków. Mam kaca. Wali ode mnie przetrawioną wódką. Biorę długi prysznic, oblewam się perfumami, zapycham mordę gumą do żucia i dalej mi wstyd.

Barber nie daje nic po sobie poznać, opowiada, pomaga, jest nieoceniony. Ma piękny zakład, gdzie zgrabnie połączył estetykę steam punka ze starym dobrym polskim punkiem/hc i tradycją rzemiosła fryzjerskiego. Wraz seniorem fachu opowiada mi o swojej pracy. Jest w tym miłość, pasja i odrobina żalu. Nowoczesność zniszczyła rzemiosło i trzeba ogromnego wysiłku aby je przywrócić.

Oława. Wybieram się na trzydziestopięciolecie objawień na tamtejszych działkach. T-shirty z diabłami zostawiam w torbie podróżnej. Wytatuowane ramiona zakrywam koszulą. Zakładam czarne, proste dżinsy. Przy odrobinie dobrej woli można by wziąć mnie za księdza, takiego co prowadzi salkę bokserską przy parafii. Jest mi potwornie głupio. Czuję się gorzej niż oszust. Jestem człowiekiem, który odziera innych z intymności.

Na miejscu pielgrzymi są bardzo mili. Opowiadają o swoich uzdrowieniach, wyrażają skargę na niechętny im Kościół. Zapraszają mnie do wspólnej modlitwy. Wyrażają nadzieję, że kiedyś poznam Boga i będę taki jak oni. Nie będę, bo żadnego Boga nie ma. Ale lubię tych ludzi, ich potrzebę poczucia bliskości cudu, tę rozbrajającą naiwność leżącą u podstaw żarliwej pobożności.

W tym roku kończę czterdzieści jeden lat. Ukrywam tatuaże i żuję gumę, by nikt nie poczuł ode mnie alkoholu. Czuję wstyd, jakbym wciąż był dzieckiem, które ukradkiem wypiło piwo i wydziarało sobie smoka na bicepsie. Wstyd mnie buduje. Pozwala pozostać człowiekiem.

 

Tydzień z głowy (506)

Posted on 4 czerwca 2018

Nowe otwarcie

disunion-oculus-rift-guillotine-simulator-virtual-reality-991x580

Przeczytałem właśnie naszykowany na dziś odcinek mojego dzienniczka. Zaraz zachciało mi się rzygać. Skasowałem wpis.

Zła forma, zła treść, wszystko normalne do dupy, jak zresztą kilkanaście, kilkadziesiąt ostatnich odcinków. Straciłem serce, dzienniczek stracił parę i co teraz?

Kiedyś był ważny, ale już dawno nie jest. Przejawiam ogromną aktywność na bardzo wielu polach, dzienniczek stał się kulą u nogi. Pisząc go czuję się, jakbym wyciskał sok z patyka. Już czarny coach bardziej mnie cieszy, już byle jaki wpis na feju wydaje się bardziej sensowny i nic nie umiem z tym zrobić.

Głupi filmik, który wrzucam w sieć, idiotyczne zdjęcie ma większy zasięg niż słowa, z którymi teraz się morduję.

Czy mogę skasować dzienniczek? Tak, jasne. Czy umiem? No nie bardzo. Jak już coś zacznę, nie daję rady skończyć.

Więc niech ten dzienniczek będzie naprawdę dzienniczkiem. Niczym więcej. Raz w tygodniu, w poniedziałkowy poranek wrzucę tutaj relację z jednej sytuacji, jaka mi się zdarzyła w ciągu ostatnich siedmiu dni. Opiszę ją może nie najwierniej, ale najbarwniej jak potrafię, opublikuję bez żadnego tłumaczenia o co chodzi i cześć.

Zaczynam za tydzień.

Nic lepszego nie przychodzi mi do głowy.

tydzień z głowy (505)

Posted on 28 maja 2018

O dwóch przykrościach

 china_ass

Człowiek w swoim życiu doświadcza dwóch prawdziwych nieprzyjemności: ciosu w mordę i chuja w dupie. Obrywa w łeb, albo jest dymany. Wszelkie inne przykrości są mniej lub bardziej subtelnymi wariacjami tych dwóch sytuacji.

Wiem o tym dość dobrze, ponieważ wielokrotnie przyjąłem cios na cymbał, byłem też dymany. Szczególnie smutne myśli biegną ku chwilom, gdy obie te czynności zachodziły równocześnie.

Reakcja na cios w mordę jest dość prosta. Należy oddać. Niekoniecznie natychmiast, czy też w ten sam sposób, ważne jest jednak, by przy pierwszej sposobności wyprowadzić nokautującą kontrę. Nie wolno się wahać. Nadstawianie drugiego policzka nie wchodzi w grę, bo zaraz wybiją zęby i wydłubią oczy. Ponadto, najczęściej jest tak, że wymiana ciosów załatwia sprawę. Zdrowy cios w mordę przynosi otrzeźwienie.

Z byciem wydymanym sprawy mają się gorzej, bo co w takiej sytuacji można zrobić? Ktoś ze mnie zakpił, zawiódł, oszukał. Mam teraz dymać jego? Zakpić, zawieść, oszukać? Kim wówczas będę? Otóż kimś, kim nigdy nie chciałbym zostać.

Cios w mordę tutaj nie przystoi. Walka zasadza się na równości. Ja ci przypierdolę, a może ty mnie przypierdolisz. I cudnie, i w porządku. Dymanie wręcz przeciwnie, wymaga by jeden był na górze, a drugi na dole. Polega na nierówności. Odbiera mi to wszelką przyjemność. Co to za frajda w dymaniu słabszego?

To właśnie jest najgorsze w byciu wydymanym. Właściwie nic nie można z tym fantem zrobić. Mogę się pieklić, oskarżać w Internecie, mogę wpaść z kumplami na klawisz albo podać do sądu (w zależności od tego jakie wydarzenie ukrywa się metaforycznymi obrazami chuja oraz dupy), co nie zmieni przykrego faktu, że stało się najgorsze. Wydymali mnie. Jestem frajerem. Chuj mi w dupę.

Poszukałbym pocieszenia w niewesołym losie dymających, lecz na tym świecie nie znajdziesz karmy ni sprawiedliwości. Obracam więc mokre oczy ku innym wydymanym. Ich posępne legiony ciągną się po horyzont – znajdziesz tu rolnika, księcia i biskupa. Patrzą sobie w stopy, kołyszą się obolałe dupcie. Wszyscyśmy jednacy. A ja wreszcie nie czuję się samotny.

Bracia moi, siostry moje.

Tydzień z głowy (504)

Posted on 21 maja 2018

O „Tracę ciepło”

IMG_3436

Trzymam w dłoniach trzecie wydanie „Tracę ciepło”, mojej pierwszej dużej powieści. Właściwie myślę o niej trochę, jak o debiucie. Upubliczniony „Horror show” był raczej nowelką. Zresztą, obie książki ukazały się ponad dekadę temu, obie w jakiś sposób zachowały aktualność.

Nie ma powrotu do takich książek, do takiego pisania. Droga którą przeszedłem od nich do miejsca, w którym teraz jestem była bardzo długa. Spoglądam wstecz i widzę jasno, że stała się nieprzebyta. Drogi w tę i tamtą stronę nigdy nie są takie same.

„Tracę ciepło” napisałem z nudów, kiedy pracowałem na budowie w Bostonie. Zasadniczy zrąb książki powstał w pół roku. Mieszkałem w kilku różnych miejscach, ale najwięcej czasu spędziłem w maleńkim pokoju na Dorchester Avenue 666 w Bostonie (tak, do prawdziwy adres, dysponuję zdjęciem). W pokoiku mieściło się łóżko, biureczko i szafa, gdzie spakowane w wiele warstw worków trzymałem swoje robotnicze, śmierdzące ciuchy.

Nie miałem żadnego z narzędzi, których używam dzisiaj: grafiki google, google street view, scrivenera, youtube. Dysponowałem jakimś pradawnym komputerem bez dostępu do sieci. Nie było na nim nawet worda czy podobnego programu. „Tracę ciepło” napisałem w notatniku.

Akcję powieści osadziłem na krakowskim Kazimierzu. Przenosi się ona potem w rejony plant, do podkrakowskiego Czułowa i w końcu do zmyślonej wsi. Byłem bardzo młody i pragnąłem pokazać jak wiele mam doskonałych pomysłów. Ale będąc za Atlantykiem nie mogłem pójść w żadne z opisywanych miejsc. Nie było żadnej biblioteki, gdzie mógłbym sprawdzić źródła. Przychodziłem z roboty, brałem prysznic, jadłem obiad i do nocy waliłem w klawiaturę. Nie miałem zbyt wielu kolegów, mało kto mnie lubił, więc zabijałem czas wymyślaniem prostej opowieści o duchach. Nie wiązałem z nią żadnych wielkich nadziei. Miał być to amerykański horror tylko po polsku, nic więcej.

Po trzynastu latach patrzę na tę książkę jak na dzieło kogoś obcego. Kartkowałem ją trochę, dziwiąc się jak wiele z opisanych tam rzeczy naprawdę mi się przydarzyło. Z kolei wszystkie fantastyczności – jeziora, Azrael jedzący dzieci, pan Puch i znikająca wioska – pojawiły się w sposób spontaniczny, podczas pisania. Po porostu wybuchały mi w głowie a ja płynnie włączałem je do książki. Stąd też chaos w „Tracę ciepło”, ale i źródło jej siły. Macie bezpośrednią transmisję ze snu młodego, wściekłego człowieka.

Dziś nie jestem już młody ani wściekły. Piszę z konspektem, ale nie o duchach. Napisałbym, że cieszę się z tego, jaki kiedyś byłem ale to nieprawda. Byłem bowiem bucem i to takim, który nie znalazł za Oceanem życzliwego sobie towarzystwa. Przynajmniej nie od razu. Ale gdybym okazał się życzliwszy, gdybym zdobył jakichś kumpli, to nie napisałbym żadnej książki a wy mielibyście ze mną spokój.

tydzień z głowy (503)

Posted on 14 maja 2018

O ostatnim wieczorze w domu

 IMG-3379

Joanna Karpowicz,  „Long road home”

Siedzę sobie w fotelu, słucham muzyki, wokoło kręcą się bliscy. Wypiłem jedno, paskudne skądinąd piwo. Nie lubię polskiego piwowarstwa ponieważ nie lubię piw mocnych. Dobremu piwu wystarczą trzy procenty alku, a nie dwa razy tyle. Piwo nie służy do upijania się. Od tego mamy wódkę.

Tak sobie siedzę, właściwie zapadam się w fotelu, a w korytarzu leży spakowana torba. Znowu wyruszam w drogę i nie będzie mnie tutaj przez dwa tygodnie. To znaczy będę. Zjadę wieczorem, prześpię się i rano wybędę znowu. Woła praca, ludzie wołają.

Właściwie nie wiem czy jest sens o tym pisać, zakazu jednak próżno szukać, a moje życie dokonuje się w rytmie wyjazdów i powrotów. Kto powiedział, że pisarz jest zawodem stacjonarnym? To już dawno się zmieniło i każdy kolega po fachu zapieprza jakby mu duracela pod nerkę wsadzić.

Najlepsze, że nie mam właściwie pojęcia co będę robił. Znam zaledwie zarys swoich aktywności. Na przykład będę rozmawiał z jakich ludźmi, lecz nie wiem jeszcze o co ich zapytam. Przyjdę, popatrzę, posłucham co mówią i będę wiedział jak zwykle. Nieoczekiwanie, moim drugim zawodem okazało się właśnie rozmawianie. Jak wreszcie świat się skończy będę łaził od obozowiska do obozowiska i paplał ozorem w zamian za miskę zupy.

Zobaczę się z czytelnikami – w Warszawie odbędą się targi książki, piekło dla każdego prawdziwego pisarza, które racjonalizuję sobie jako karę za narcyzm. Prócz tego wizyty w bibliotekach. Może wreszcie dowiem się, dlaczego ludzie właściwie chcą poznawać pisarzy. Naprawdę nie wystarczają Wam książki? Ględzę o tym, bo niezbyt lubię siebie na spotkaniach autorskich. Jestem za gadatliwy, nazbyt zabawny. Chcecie znać prawdę o mnie? Jestem tym facetem, który na imprezie siedzi w rogu, milczy i moczy nos w kieliszku.

A potem pojadę na poszukiwanie książki, co jest dość dziwacznym zadaniem. Wyobraźcie sobie, że musicie znaleźć człowieka, którego charakter umiecie wyobrazić sobie dość dobrze. Na przykład wiecie, że jest wesoły, impulsywny i chaotyczny. Ale nie wiecie jak wygląda, ile ma lat, jaki ton głosu, jak się nazywa nie wiecie nawet czy, pardon my french, chłop to czy baba. Kto wie, może na siebie wpadniemy?

 

 

 

Older Posts