porusza i prowokuje...

Szczęśliwa ziemia

Marcin Sendecki o „Szczęśliwej ziemi”

Posted on 11 lutego 2014

„Szczęśliwą ziemią” Łukasz Orbitowski, uznany autor literatury zwanej „gatunkową” (w tym przypadku chodzi o horror i fantastykę) uczynił krok w stronę literatury „bezprzymiotnikowej”, nie zrywając wszakże całkowicie z dotychczasową twórczością.

Jego nowa książka (jak najsłuszniej nominowana do tegorocznego Paszportu „Polityki”) to specjalnego rodzaju powieść pokoleniowa (autor urodził się w roku 1977, idzie więc o pokolenie dzisiejszych trzydziestoparolatków), która łączy, potraktowaną realistycznie, dociekliwą analizę psychologiczną i obyczajową z niebanalnym wątkiem fantastycznym.

Literalnie rzecz biorąc jest to historia kilku przyjaciół z dolnośląskiego miasteczka Rykusmyku, którzy u progu dorosłości doświadczają wspólnie niesamowitej, tragicznej przygody, co położy się cieniem na ich późniejszym, wiedzionym z dala od siebie życiu, a w końcu skłoni do powrotu do punktu wyjścia i ponownego zmierzenia się z – by tak rzec – nieznanym, którego naturę autor, nie szczędząc napięcia, stopniowo odsłania.

Wybitność Orbitowskiego na tym (poza warsztatową sprawnością) polega, że jego kreacja wymyka się jednoznacznym odczytaniom. Chodzi nie tylko o to, że autor stroni od łatwych przeciwstawień dobra i zła, że zamiast czerni i bieli wybiera szarość. Kto wie, czy nie istotniejsze jest to, że w gruncie rzeczy można potraktować oba dopełniające się poziomy narracji oddzielnie: jeden byłby kolejną opowieścią o reprezentantach kolejnego „straconego pokolenia”, drugi stworzeniem (w gruncie rzeczy: rekonstrukcją) pewnego mitu, który napędza „nadnaturalny” komponent książki oraz perypetii z nim związanych – i okazałoby się zapewne, że obie części są nader przekonujące. Jeśli Orbitowski jednak splata, to być może dlatego, aby uzyskać narzędzie, które ma zuniwersalizować i dodatkowo skomplikować zwyczajową narrację o życiu złamanym na różne sposoby, o marzeniach, których spełnienie kosztuje czasem zbyt wiele, o ryzyku związanym z każdym ludzkim wyborem. A może nawet po to, by w ogóle ją wypowiedzieć. Kiedy jeden z bohaterów, już blisko finału książki, powiada: „Było dobrze i my mieliśmy się dobrze. Teraz jest źle i my mamy się źle. Po co dorabiać do tego historię”, znać, że nie jest to kwestia przypadkowa. I że Orbitowski, mityzując swą narrację, przełamując realizm, widzi w tym sposób obrony przed milczeniem, bezgłosem i pustką, która wsysa nie tylko literackich bohaterów, lecz także (by ująć rzecz nieco patetycznie) nas wszystkich i każdego z osobna.

Trochę strach pomyśleć, jak dobra będzie jego następna książka.

Marcin Sendecki

źródło: Instytut Książki

wywiad dla programu pierwszego

„Szczęśliwa ziemia” opowiada historię pięciu chłopców, wychowujących się w małej miejscowości, z której każdy chce wyjechać. Po maturze młodzieńcy zostają połączeni tajemnicą, która kładzie się cieniem na ich dalszych losach. – 15 lat temu prowadziłem dom otwarty w pobliżu Plant w Krakowie. Z tłumu, który mnie odwiedzał, wyłonił się twardy przyjacielski człon i to właśnie im dedykowałem książkę – mówi pisarz.
Prowadząca audycję „Moje książki” mówi, że kobiety opisane w „Szczęśliwej ziemi” mają skłonności autodestrukcyjne, zachwianą osobowość i np. robią obsesyjne porządki, próbują popełnić samobójstwo. Autor przyznaje, że na przerażający obraz pań w książce wpływa to, że ich nie rozumie. – Nie mogę przeniknąć do kobiecego świata. W książce uciekam w aberracje osobowościowe, bo płeć piękna jest dla mnie zagadką tak dużą, że nie czuję się jeszcze na siłach, by opisać was w sposób szczery i kompetentny – opowiada Łukasz Orbitowski.”

rozmawiała ze mną Magda Mikołajczuk.

do odsłuchania tutaj.

 

wywiad dla „Chimery”

Posted on 12 grudnia 2013

1470019_404774236319872_304304439_n

Patrycja Pustkowiak: „Powiedziałeś kiedyś, że życie nie stawia Ci oporu. I że to trochę zmotywowało Cię do spojrzenia poza siebie, poza własny krąg problemów – dostrzegłeś, że Twoi dawni koledzy tkwią w nieszczęśliwych małżeństwach, spłacają kredyty, czekają na wakacje. To było impulsem do napisania „Szczęśliwej ziemi”.

Ja: „Zobaczyłem, że oni zmagają się z nieznanymi mi problemami. Ja mam swoje kłopoty, oni inne. Przez osiem lat zawodowego życia z pióra kompletnie odkleiłem się od świata i zwykłego życia. Codzienność innych, pełna blasków i cieni, stała mi się obca. Właściwie nigdy nie chodziłem do pracy, wyjąwszy okres na budowie. Rodzinę miałem przez moment i tak dalej. A przecież czytelnicy moich książek żyją właśnie takim zwyczajnym życiem, pełnym nieznanych mi dramatów i radości. Nie odczuwam oporu świata i nie myl tego z deklaracją szczęścia. Zawsze dostaję to, czego chcę. Inaczej niż chcę – ale dostaję. Żyję życiem, jakie sam sobie wybrałem, i nigdy nie idę na kompromisy. Brzmi to buńczucznie, nastoletnio, ale taka właśnie jest prawda. Jestem dziecinny i niefrasobliwy. Dlatego czuję ogromny szacunek do ludzi pracujących ciężko na utrzymanie swoich rodzin, do wiernych mężów, cierpliwych ojców i skrupulatnych dentystów. Podziwiam tych, którym świat stawia opór, a oni się nie poddają, nie tracą dobra w sobie. Są mądrzejsi i dzielniejsi ode mnie. Niewyobrażalnie bardziej dzielni”.

całośc w podwójnym numerze grudniowo-styczniowym

zapis wywiadu dla TokFM

Łukasz Wojtusik: Recenzenci chwalą „Szczęśliwą ziemię”, twoją ostatnią powieść. A dla ciebie, z tego co wiem, napisanie tej książki było męką, którą porównywałeś z porodem.

Łukasz Orbitowski: Zorientowałem się, że czasy, kiedy człowiek po prostu siadał, pisał i spod paluszków wyciekały mu kolejne powieści, odeszły już dawno w niepamięć. Chyba nie ma nic nudniejszego jak opowieść o tym, jak powstaje książka.

Niektórzy pisarze mówią, że sobie „pyknęli” książkę, że wena przyszła nagle i napisali. A ty się zmagasz…

– To trudny proces. Biorę się za tematy, których nie potrafię podjąć, i piszę książki, których nie potrafię napisać. Zawsze używam metafory z trójboju siłowego, a konkretnie z wyciskania na ławce prostej: powiedzmy, że do tej pory wyciskałeś 115 kg, a teraz chcesz podnieść 120 kg. Sam nie jesteś w stanie, prosisz kolegę, by za tobą stanął i uniósł ci te kilka kilo. I tak podnosisz raz za razem, przez parę tygodni i nagle się orientujesz, że możesz już samemu podnieść 120 kg. Co wtedy powinieneś zrobić? Oczywiście dołożyć pięć kilo i znów poprosić kolegę o pomoc. Tak samo jest z literaturą. Podejmuję się tematów i szukam formy, która w momencie rozpoczynania pracy nad książką jest zwyczajnie za trudna. Uczę się, jak to zrobić, w procesie prób i błędów.

„Szczęśliwą ziemię” przepisywałem cztery razy: najpierw nie zgadzał się język, a jak go wymyśliłem i to przepisałem, okazało się, że historia jest do niczego. Zacząłem sobie to wszystko układać od nowa, ale doszedłem do wniosku, że brakuje temu tak zwanej iskry bożej, więc jeszcze musiałem ją z siebie wykrzesać, co, jak na osobę niewierzącą, jest dość trudnym zadaniem (śmiech). Potem zrobiłem z siebie idiotę, bo w którymś momencie nie byłem w stanie usiąść przy klawiaturze i klepać tej książeczki. Postawiłem krzesło na stole, na krześle otwartego na tekście laptopa i puściłem na full jakiś bardzo hałaśliwy metal. Zbudowałem ścianę dźwięku, żeby się odgrodzić od świata (żeby się „wyciszyć”). Chodziłem wokół stołu, machałem głową, rękami, robiłem dziwne rzeczy i raz na czas podchodziłem do komputera, żeby zapisać jedno zdanie. I tak powstała cała „Szczęśliwa ziemia”. Nie mam firanek, mieszkam w centrum miasta, ciekawe, co pomyśleli o mnie sąsiedzi (śmiech).

Pytanie, co na to wydawca. Miałeś moment, kiedy pomyślałeś sobie: „nie, nie, ja zwracam zaliczkę, nie chcę mieć z literaturą nic wspólnego”?

– To wyznanie poczyniłem wydawcy po fakcie (śmiech). Miałem taki moment, że usiadłem w domu i pomyślałem: „o Boże, nie dałem rady! Pani w sklepie nie sprzeda mi teraz jedzenia, dziewczyna mnie rzuci, przyjaciele się odwrócą, więc lepiej będzie oddać wydawcy te pieniądze, przeprosić i pojechać do Nigerii, pomagać ludziom, żyć w buszu”. Ale potem zaczęły się pojawiać entuzjastyczne recenzje i tak jak cierpienie było ogromne, tak teraz pieszczota jest ekstatyczna.

Lubisz być głaskany i gilgotany przez krytyków?

– Nie tylko przez krytyków. Ja jestem w ogóle bezbronny wobec pieszczot (śmiech).

(…)

całość

Rozmawiał Łukasz Wojtusik. Nagranie zamieściłem już wcześniej.

wywiad dla „polska cafe”

piszą o mnie tak: „Krakowski inteligent z wychowania, rozrabiaka z powołania. Postawi szopę, porąbie drewno, zaprowadzi na siłownię, wypije piwo w spelunie. Właśnie wydał swoją najnowszą książkę, która nie doczekała się złej recenzji. Oto Łukasz Orbitowski w rozmowie z Karoliną Kowalską”

cafedodatek dostępny wraz z lokalnymi dziennikami w całej Polsce. dzisiaj, w poniedziałek.

 

o „szczęśliwej ziemi” w teleekspressie

„Czterech przyjaciół, mocno doświadczonych życiem, wraca po latach do rodzinnej prowincjonalnej miejscowości Rykusmyku. Tam skończyła sie ich młodość, tam wypowiedzieli niegdyś życzenia, które – na ich nieszczęście – miały się spełnić. – Nazywam się Łukasz Orbitowski, jestem pisarzem i chciałbym zachęcić Widzów Teleexpressu do sięgnięcia po moją nową powieść „Szczęśliwa ziemia”. Jest to książka lekka, przyjemna, skrząca humorem i bardzo optymistyczna – prawdopodobnie najweselsza powieść jaka kiedykolwiek ukazała się w Polsce – tak w przewrotny i ironiczny sposób autor zachęca do lektury.”

do obejrzenia tutaj

 

dwa nowe wywiady. esensja i spider’s web.

esensja:

Jędrzej Burszta: W ostatnich latach twoje powieści były bardzo silnie osadzone w przestrzeni, autobiograficznie – Kraków, Warszawa. Wydaje mi się, że „Szczęśliwa ziemia” jest swego rodzaju podsumowaniem twoich podróży w ostatnich latach.

Łukasz Orbitowski: Chyba muszę przeprosić, że piszę swoim życiem, ale jest to niestety jedyne życie, jakie mam (śmiech). Gdybym miał ich kilka, i mógłbym inaczej zbierać doświadczenie, to wyglądałoby to zupełnie inaczej. Jestem klasycznym przykładem twórcy, który musi coś zobaczyć i czegoś doświadczyć, żeby to następnie przetworzyć, doprowadzić do odbicia własnego doświadczenia w lustrze innych bohaterów, innej opowieści. W „Szczęśliwej ziemi” to rzeczywiście jest takim dziwacznym połączeniem, w dodatku z nowym elementem, jakim jest polska prowincja. Mam dosyć szczególną perspektywę. Jestem chłopak z Krakowa, przeprowadziłem się do Warszawy, potem do Kopenhagi, czyli zmieniam duże miasta na duże miasta. Moja była żona pochodzi z Rykusmyku, które oczywiście nazywa się inaczej, i tam teraz dorasta mój synek. Znam dość dobrze to miasto, bywam tam od jakiś dziesięciu lat. Normalnie życie wygląda w ten sposób, że ktoś z małego miasta najpierw trafia do dużego na studia, a potem wyrusza za granicę. W moim przypadku było odwrotnie, człowiek organicznie wielkomiejski nagle zaczął się przyglądać polskiej prowincji i panującym tam zwyczajom. Niespodziewanie odkryłem, że temat leży na ulicy. Próbowałem napisać coś o losach swoich rówieśników, czyli o pewnym roztrzaskaniu się marzeń, które ja i moi przyjaciele podzielaliśmy wiele lat temu. Pytanie – dlaczego nam nie wyszło? Mam poczucie, że pokolenie, do którego mam nieszczęście przynależeć, zostało wydymane – myśmy sami siebie wydymali. Pojawił się pomysł, żeby zacząć od prowincji, skąd wielu ludzi wyjeżdża, przechodząc tę klasyczną drogę, reprezentowaną przez średnio- i wielkomiejskość Polski, wyrażoną odpowiednio przez Kraków i Warszawę. Nie sposób było pominąć doświadczenia emigracyjnego, a akurat mi to leżało pod nosem; moja kobieta dostała dobrą pracę w Kopenhadze, ja pracuję w domu, więc wyjechaliśmy do Danii. Okazało się, że ruch czysto biznesowy dopełnia zamysł mojej książki. Właściwie moje życie zbiegło się z tym, o czym chciałem opowiedzieć w „Szczęśliwej ziemi”.
JB: Kapitalnie obrazujesz pewne wyobrażenie o sennej, dolnośląskiej prowincji. Ciekawy jest zabieg, żeby wszystko zaczęło się od traumy z dzieciństwa, wydarzenia, do którego symbolicznie dochodzi w ostatni dzień lata.
ŁO: To znowu nie przebiega tak, jak powinno. Po to opuszczamy prowincję, żeby przyjeżdżać tam na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Nie ma żadnego innego powodu, a przynajmniej w potocznym rozumieniu opuszczenie rodzinnego miasteczka jest pierwszym krokiem w dorosłość, i powinno być zarzewiem sukcesu. A powrót bohaterów „Szczęśliwej ziemi” do Rykusmyku jest przypieczętowaniem ich klęski. Całej trójce się nie udało, każdy poniósł niepowodzenie z innego powodu, ale każdy z własnej winy. Metafora, która się pojawia, czynnik fantastyczny, miał za zadanie uwypuklić to niepowodzenie. Oni chcą wrócić do tego miejsca, z którego wystartowali, powiedzieć sobie: „OK, myśmy poszli parę leveli do przodu, zostaliśmy zresetowani, więc wracamy do checkpointu”.
JB: Może spróbujemy jeszcze raz.
ŁO: Tak. A w życiu to nie jest takie proste. Mamy bardzo silną tendencję, żeby klęskę wyprzeć i zacząć jeszcze raz z czystą kartą. To jest oczywiście niemożliwe, ale człowiek bardzo często i bardzo chętnie poddaje się temu złudzeniu. W ogóle bardzo lubimy się poddawać złudzeniom.
Spider’s Web

Ewa Lalik: Stresuję się. To trochę nienaturalnie tak kogoś kogo się zna i lubi przepytywać w celu upublicznienia.

Łukasz Orbitowski: No widzisz. Powstaje pytanie, czy ty mnie naprawdę znasz, a czy gdybyś naprawdę znała, to byś polubiła?

A tego nie jestem pewna. Ale Ty wiesz o mnie bardzo dużo rzeczy.

To prawda. Sama je powiedziałaś. To moja szczególna umiejętność. Otwieram ludzi. Okazało się, że potrafię to nawet przez sieć.

Jakie szczególne umiejętności ma jeszcze Łukasz Orbitowski?

Absolutnie żadnych. Dlatego zostałem pisarzem. Nic nie umiem.

Czyli co, każdy może zostać pisarzem? „Nie skończę szkoły, będę pisarzem!”

Obawiam się, że już nie, gdyż ludzie stracili umiejętność czytania i pisania. Ale w tzw. moich czasach, gdy chodziłem do ogólniaka, w tylko mojej klasie mieliśmy trzy osoby, które pisały opowiadania i jednego poetę. Nawet wydał tomik. Byłem jedną z nich. Pozostała trójka, jak widać nauczyła się czegoś w życiu i nie musi pisać. Poeta ma, na przykład, salon masażu tajskiego.

Ja też marzyłam, by zostać pisarką. I co? I nic się nie stało. Brakuje mi cierpliwości, wyobraźni. Powiedziałeś mi kiedyś, że jesteś człowiekiem małego talentu, ale pracowitym. Co to znaczy? Skoro nie masz talentu, to skąd dobre recenzje „Szczęśliwej Ziemi”?

Ty mi powiedz. Tobie ta książka się nie podobała. Nie wiem czy mam talent. Zajmuję się pisaniem nazbyt długo. Ale czym jest talent? Niczym więcej jak kumulacją pewnych umiejętności. W moim wypadku wariacka wyobraźnia złączyła się z pracowitością.

Piszesz o tym, co znasz?

Wyłącznie. Albo o tym co mogę poznać niewielkim wysiłkiem. Niczego nie umiem. Poznawać także.

Ale przecież pracujesz ciężko zbierając materiały do powieści?

Ciężko pracuje baba na kasie. I za trzy razy mniej. Jak zadzwoni do ciebie ktoś z teleofertą dotyczącą nowego telefonu odkładając słuchawkę pomyśl: „ten człowiek ciężko pracuje”. Ja siedzę, czytam, notuję, układam sobie w głowie i zarabiam na tym niezłe pieniądze. Inni czytają, notują za darmo.

całość

 

Older Posts