porusza i prowokuje...

obejrzane

horror, horror (29): The Ward

Posted on 16 lipca 2011


Słyszałem same złe opinie o nowym filmie Johna Carpentera. Znajomi zapytani o jakość „The Ward” smutno kręcili głowami. Wreszcie się skusiłem, obejrzałem, w mocnym przekonaniu, że niekoniecznie musi tak być, przecież mnie podobają się horrory, które nie podobały się nikomu innemu. Towarzyszyło temu przekonanie o absolutnej wolności samego Carpentera: ten nie musi nikomu niczego udowadniać. Jego talent miałem za szczególny, zbudowany nie na kalkulacji lecz bezpośrednim wglądzie w naturę kina i naturę widza, obcującego z dziełem filmowym. Wgląd ten dawał, niekiedy, dostęp do obszarów niedostępnych w inny sposób, ewentualnie, za sprawą oślepiającego błysku geniuszu, zastępował żmudną pracę reżyserów, opornie konstruujących swoje filmy. Ciemnym rewersem tej metody – jakże mi osobiście bliskiej – są pudła, kule trafiające w płot zamiast w serce. Wynika to z braku możliwości przeprowadzenia jakiejkolwiek weryfikacji przez samego twórcę. Istnieje cienka granica między wariatem a prorokiem, a przecież wariat i prorok odczuwają to samo, z punktu widzenia wnętrza prawda wariata, prawda proroka jest tą sama prawdą. Tymczasem Carpenter jawi się zdurniałym dziadem, którym wywijają producenci. „The Ward” jest głupi, biedny i zaskakująco źle zagrany. Źle, nawet jak na standardy horroru młodzieżowego. Najchętniej obwiniłbym producentów lub trzecie oko reżysera, które oślepło lub zasnęło, ale trudno mi pojąć marnowanie klimatycznego pomysłu wyjściowego, toż stary psychiatryk z mściwym upiorem dla zwykłego rzemieślnika winien być samograjem, w wypadku Carpentera – materiałem czekającym na jedyną właściwą formę. Wyszło coś nieważnego, przykrego i irytującego, z kretyńską nawalanką między babą i upiór-babą oraz nachalnym freudyzmem, którego truchło potrząsa amerykańskim horrorem intensywniej niż jakikolwiek duch. Nie skreślam jeszcze Johna Carpentera. Ten facet raz na dekadę kręci coś wybitnego („Halloween” w siedemdziesiątych, dalej, odpowiednio, „Rzecz”, „W paszczy szaleństwa”, „Papierosowe oparzenia”) mamy dopiero 2011, czyli lat pozostało dziewięć. Tylko chłopina już nie najmłodszy. Jeśli rozczaruje, umierając przedwcześnie, dołączy do grona bohaterów mojej młodości, którzy zawiedli w jesieni swej twórczości. A przez nich zacząłem pisać. Co najważniejsze, z Carpenterem będzie komplet.

[ytorbit]Mw7dvwOr8Yg[/ytorbit]

horror, horror (28): Wake wood

Posted on 3 czerwca 2011


Reaktywacja wytwórni Hammer okazała się rozczarowaniem. Nie obejrzałem remake’u „Pozwól mi wejść” gdyż szwedzki oryginał wystarcząco mną pozamiatał. Nie chciałem niczego „bardziej”, to samo lub coś gorszego nie było mi potrzebne. „The Resident” zapowiadany jako powrót do chwały okazał się śmiertelnie nudny. Nawet nie dooglądałem. Wreszcie dostaliśmy „Wake wood”, grubiańską wariację na temat „Smętaża dla zwierzaków”, czy jak teraz tłumaczy się ten tytuł, która warta jest wspomnienia tylko z jednego powodu. Rzadko doprawdy się zdarza, by konwencje gatunkowe rujnowały pomysł, również przecież gatunkowy. W dużym skrócie: małżeństwo po stracie córeczki może ją odzyskać, tylko na trzy dni w efekcie działania prowincjonalnego rytuału. Dziewczyna wraca i natychmiast zaczyna przejawiać mordercze skłonności, w skutek czego ostatnie pół godziny to niemal piątkotrzynastowa rzeźnia. Przy okazji zamordowano coś niecodziennego. Bo ja chciałbym, mało tego, agresywnie domagam się, by dziewczyna wróciła sobą. Było to tak oczywiste, że nie dopuszczałem innej ewentualności. Oto rodzice mogą jeszcze raz pochwycić swoje dziecko, pokazać jeszcze jeden kawałek świata, pogonić się na łące, cały czas w cieniu świadomości ponownej utraty. Będą musieli wytłumaczyć sobie, że ona znowu umrze, już zaraz a potem wyjaśnić jej sens tej śmierci. A przecież śmierć, zwłaszcza dziecka, wynika z nicości, z jakiejś woli pustej i ślepej. Chciałem to koniecznie zobaczyć. Wyobrażam sobie, jak można było ten pomysł rozwinąć, ile drgnień serca odkryć, jak głęboko wsadzić szpilę pod paznokieć duszy. Przecież fantastyka opisuje nie tylko światy nieistniejące, ale i emocje których nie ma, które w naszym świecie się nie zdarzą, tu żadne dziecko nie wraca, rodzice są wolni od klątwy przywołabnia. W zamian dostałem durną rąbaninę. Straszna szkoda.
[ytorbit]qS_L06Mub40[/ytorbit]

Kod nieśmiertelności

Posted on 12 maja 2011


Wszędzie ci cholerni gnostycy, jak rzekłby Urbaniuk. „Kod nieśmiertelności” opowiada o facecie poruszającym się w pamięci umarłych. Grzebie w świecie skonstruowanym z pamięci ofiar zamachu terrorystycznego celem zapobieżenia kolejnej masakrze: gdy mu nie wyjdzie, następuje reset i start od checkpointu. Colter, również jest niespecjalnie żywy, przynajmniej ja za takie życie bym podziękował, a już na pewno nie znalazłbym sił by zadurzyć się w pierwszej z brzegu bzibzi. Ale film zebrał doskonałe recenzje, reżyserował pan od słynnego „Moon” więc wyliczyłem siły na sparing z arcydziełem. Bezbłędna realizacja służy tutaj bełtaniu dickowskich lęków i wspomnianej już, nowoczesnej gnozy, z czego rodzi się kontra dla „Matrixa”. Tam wysiłek bohaterów zmierzał ku zerwaniu ułudy, tu zgoła na odwrót, zbawienie kryje się w światach nieistniejących, co znów można zrozumieć, gdyż lepiej jest żyć niż nie żyć, lepiej mieć nogi niż nie mieć. Pewną wartością „Kodu…” jak i innych filmów realizujących wątki światów wirtualnych jest mnożenie ułudy. Pytanie Dickowskie – czy świat jest realny – pozostaje nierozstrzygnięte i traci swój sens, gdyż realne jest to co nam służy. Skłamałbym też, że nie dałem się zassać. Przez większą część seansu dałem się uwieść, bo i koncepcja była złowieszczo piękna. Człowiek szuka prawdy wśród cieni, elektronicznych duchów, sam będąc właściwie takim samym widmem i nie może się uwolnić od uczuć i pragnień właściwych dla żyjących.. Była w tym jakaś egzystencjalna prawda. Wszystko zniszczyło zakończenie.
Niewykorzystany potencjał filmu najpełniej widać w jednej z ostatnich scen, kiedy to przypadkowy komik otrzymuje zadanie rozbawienia pasażerów i samego Coltera, który zaraz ma żegnać się z życiem. Jest to dość przejmujące w swym zamyśle. Sztuczka się udaje, pasażerowie się śmieją, Colter odlicza ostatnie sekundy do chwili, kiedy przestanie istnieć. Sam żart nie zostaje wypowiedziany, znaczy, słyszymy jakąś jego część, kawałek dowcipu. Tymczasem, chciałbym usłyszeć cały i żałuję, że scenarzysta nie zadał sobie trudu, żeby wymyślić coś tak cholernie śmiesznego, żeby nie tylko cały pociąg na ekranie, ale i ludzie przed nim, ja i inni widzowie wbrew własnym oczekiwaniom, wbrew przejmującemu nastrojowi tej sceny ryknęli śmiechem. Tego rodzaju manipulacji na uczuciach oczekuję od kina, chcę, żeby wyciągano ze mnie rzeczy, których w sobie, przynajmniej w danej chwili, się nie spodziewam. Niczego takiego nie dostałem i może nie powinienem się złościć, gdyż „Kod nieśmiertelności” to kawał przyzwoitego filmiszcza. Powiedzmy – inteligentne kino dla każdego widza.

[ytorbit]mnJegNyAb1w[/ytorbit]

horror, horror (27): Krzyk 4

Posted on 4 maja 2011


Widziałem w kinie i dobrze się bawiłem. Film nakręcony przez faceta na progu starości emanuje niemal młodzieńczą energią. Ogromna w tym zasługa błyskotliwego scenariusza Kevina Williamsona i dobrej pracy aktorów ze wskazaniem na Hayden Panettiere kradnącej cały show bardziej doświadczonej ekipie. Dziewczyna chwycona nawet kątem kamery wypełnia sobą kadr, tylko ją widzimy, ale i Craven radzi sobie niezgorzej. Wszystko rozplanowano wedle oczekiwań, nawet obowiązkowy twist w finale zdoła zaskoczyć, jeśli odpowiednio się rozleniwimy, to znaczy, wbrew założeniom filmu widzowi nie przyjdzie rozsupływać fabułę nim ta dobiegnie końca. Nie dziwię się ciepłemu przyjęciu czwartej odsłony. Podczas seansu nie chciałem uwierzyć, ze tyle lat upłynęło od pierwszego epizodu. Skoro przy latkach , to trzeba temat podrążyć. Wes Craven jest reżyserem bardzo szczególnego rodzaju, gotów jestem uznać, że nawet jedynym w swojej lidze. Nie znam innego, któremu od dwóch dekad wychodzą wyłącznie wariacje na temat własny. Toż już „Nowy koszmar…” był autotematyczną zabawą we Freddy’ego Krugera, którego Craven przecież stworzył i antycypował późniejszą grę gatunkiem, znaną z pierwszego „Krzyku”, potem panienki wrzasnęły znowu, teraz już czterokrotnie. Jakiekolwiek próby wyjścia Cravena poza Cravena kończyły się klęską („Red Eye”, Przeklęta”) ewentualnie totalnym pogromem („Zbaw mnie ode złego”). Wyobrażam sobie teraz dwudziestą część „Krzyku” robiącą sobie jaja z osiemnastej, zapowiadając jednocześnie powrót do korzeni w odsłonie jeszcze następnej, co jest całkiem możliwe, gdyż pan Craven jest jak Skaldowie, nie odpuści, kręcić będzie do końca. Poza tym slahsher, w ogóle kino grozy należy do zjawisk o najprostszych i najbardziej czytelnych regułach. Stąd, tworzenie kina autotematycznego nie stwarza większych trudności.
[ytorbit]UlaZfOiGaCU[/ytorbit]

metal na dziś (39) – Nunslaughter.


Zespół Nunslaughter niewiele mnie obchodzi. Więcej nawet, zespół Nunslaughter uczynił wszystko, aby nie zaleźć się w centrum zainteresowania ludzi takich jak ja. Maja miliard epek, splitów i diabeł wie czego jeszcze, co w jakiś sposób przekłada się na tak zwaną kultowość, mierzoną też w dinozaurowych już latach aktywności. Ale Bartosz z „Blackastrial” podesłał mi to wideo i zrozumiałem, że muszę się zakochać. Mamy do czynienia z najbardziej urokliwym rodzajem metalowej głupoty i to takiej, że serce pęka: ta sama durność kazała mi w szkole średnich chodzić na religię tylko po to, aby tłumaczyć księdzu, że Boga nie ma, za jej sprawą wskakiwałem w ciężkie, czarne łachy i lazłem z ponurą miną w lipcowe słońce, zaś na randkach mówiłem głównie cytatami z Maxa Stirnera. To już nie wróci, za to mamy wideoklip. Warto zwrócić uwagę na obce Polsce skojarzenie chrześcijaństwa z ładem korporacji. Ci metale są nie tylko bezbożni, lecz alterglobalistyczni, zaś bóg to nietzscheański pająk, plotący sieci na dusze z milionów dolarów zapisanych w akcjach i obligacjach. Obowiązkiem metala jest dewastować ten porządek za pomocą ryku i piąchy. No dobrze, chyba przesadzam. Ważne, że mają katany, naszywki, telewizorki, ćwieki.
[ytorbit]c_T2DNUgB_0[/ytorbit]

sucker punch

Posted on 31 marca 2011


„300” posiadało swój urok, „Strażników” mam za jedną z najlepszych ekranizacji komiksów, jakie kiedykolwiek powstały, niestety, „Sucker Punch” rozczarowuje nawet jako wysokobudżetowy festiwal nerdowskiej wyobraźni. Młoda dziewczyna, na moment przed lobotomią nurkuje w światy nieistniejące: pierwszy plan to kabaret z tancerkami, topograficznie i ludzko zbieżny ze szpitalem, w którym panna wyczekuje ciosu. Plany dalsze stanowią mieszaninę popkulturowych cukierków, są inne planety, okopy wojenne z Niemcami napędzanymi parą, smoki, pociągi i samolot, wszystko na wzór leveli w grach video. zwycięstwo w fantastycznym świecie odznacza zdobycie gadżetu na planie kabaretowym, co z kolei ma przynieść sukces w realu. Emily Browing to kawał cudnej baby, co niekoniecznie tłumaczy trzymanie kamery na jej twarzy przez jedną trzecią seansu. Rozumiem coraz lepiej, że kino nie rozumie gier wideo i nie potrafi oddać ich sensu. Przełożenie języka gier na kino (a także komiksu na kino, kina na książkę i tak dalej) nie powinno dokonywać się wprost, nie jeden do jednego. Taka sytuacja kojarzy się ze stawianiem w knajpie za pożyczoną kasę. Niby miło, a jednak nie do końca. Wspaniałe światy wykreowane na potrzeby filmu doskonale sprawdziłyby się w jakiejś grze, tu jedynie złoszczą, gdyż chciałbym zagrać a nie mogę, tymczasem kinowa ich wartość jest żadna. „Sucker Punch” to wyziew wyobraźni szerokiej i zarazem ułomnej, film żałującym, że jest filmem właśnie, nie czymś innym. W pewien sposób rozumiem reżysera i żal mi go trochę. Czasem jest tak, że wywlekamy na świat nasze sny najpiękniejsze tylko po to by okazało się, że są niewiele warte i wcale nie takie fajne, jak wtedy, gdy kotłowały nami pod pościelą. A może wszystkie spaliły się w pierwszej, doskonałej sekwencji?
[ytorbit]_Zlr-Hwitd0[/ytorbit]

Barbarossa: insomnia

Posted on 14 marca 2011

Większość ludzi zaglądających tutaj chyba wie o moich kłopotach ze snem. Umiem spokojnie zasnąć tylko u siebie w domu i w pokojach hotelowych – to ostatnie już niekoniecznie. Uważam, że bezsenność są produktem ubocznych naszych wesołych czasów, cywilizacji przyjemności, którą przecież niezwykle sobie cenie. Wcześniej ludzie bali się rzeczy konkretnych: Boga oraz śmierci. Bóg już umarł, o śmierci nie wypada mówić, w konsekwencji czego boimy się dosłownie wszystkiego, od utraty pracy, przez zmarszczki, aż po najróżniejsze wdzięczne paranoje. Sam nie jestem od tego wolny i w swoich próbach spokojnego zasypiania sięgałem po najróżniejsze wynalazki, kombinowałem nawet specjalne zestawy zasypianiowe (najlepszy to siłownia, trzy podwójne melissy i długa kąpiel) i teraz już wiem, że niepotrzebnie czyniłem te wysiłki. Śpiąc na pokojach mojego wydawcy, przez czas krakowsko-Julkowy natrafiłem na film produkcji włoskiej, z Rudgerem Hauerem jako Fryderykiem Barbarossą. Dobrze obsadzony Hauer to dobrze obsadzony Hauer, Barbarossa, wydawałoby się, żyleta. Tylko ci Włosi. Nie chodzi o to, że „Sword of war” jest nudny, lecz zwyczajnie z niczym nudniejszym się nie zetknąłem, gdyby był ciut mniej nudny wydałby się szalenie ciekawy właśnie ze względu na całkowitą bezbarwność, tymczasem tu jest jeszcze lepiej. Z każdego ujęcia niemal, z każdego wypowiedzianego zdania i sceny batalistycznej bije marazm kisielu rozkładającego się na słońcu, książka telefoniczna przy tym czymś wydaje się lekturą pełną atrakcji. Odkrywszy jaki skarb posiadam, puszczałem sobie jakieś piętnaście, dwadzieścia minut, po kutych moja ciężka ręka z trudem trafiała na klawisz pauzy w laptopie. Wybudzony w środku nocy powtarzałem zabieg, aż Hauer się skończył, jak i mój pobyt w Krakowie. Co teraz będzie, pytam siebie, ano nic, najwyżej wskrzesimy słuszny zwyczaj oglądania wielokrotnego, znany z ery VHS, kiedy każdy film, jak ten teraz, był prawdziwym skarbem.
[ytorbit]_C0AUpuSooI[/ytorbit]

o „shivers” w nowej fantastyce

Posted on 1 marca 2011

Mam pewną wstydliwą przypadłość, z której muszę się zwierzyć. Nie lubię oglądać filmów moich ulubionych reżyserów. Można to uznać za część składową szerszego widzimisię. Z upodobaniem jadam potrawy, które mi nie smakują, wskakuję w ciuchy, które mam za obrzydliwe, wręcz niegodne mej rzymskiej mordy, a w podróży dbam, żeby zająć miejsce najmniej komfortowe z dostępnych. Wierzę, że w ten sposób pozostawię okruch dobra bliźnim. Z filmami sprawy mają się nieco inaczej. Znani mi kinomani, ludzie, którzy za kinomanów się uważają lub nabrali zwyczaju umykania przed życiem w kuferek strasznych baśni, wyglądają dzieł sprokurowanych przez twórców, których cenią, uznając za słuszne dzielić się tym wrażeniem ze mną. Figura taka, radosna niczym kurczak, który po raz pierwszy oderwał się od ziemi, wyje w moim kierunku: Rety, rety, wyszedł nowy Aronofsky! Jezus Maria, Stefa, rzucaj gary, pędzimy do kina.

Obcowanie z filmami ulubionych reżyserów jest przykre, gdyż przykre to filmy. O ileż byłoby przyjemniej zanurzyć się w kinie czysto zabawowym, popieścić się blockbusterem czy wskoczyć na chwilę w krwawy basenik młodzieżowego horroru. David Cronenberg – bo o nim dzisiaj mowa – nie oferuje tak sympatycznych rozwiązań. Stąd, niezależnie od formuły gatunkowej, od której zamierza wyruszyć w prywatną podróż, jest mi nieznośny, jak i zachwycający. W jego brutalności nie znajduję cienia kłamstwa, wydaje się subtelny nawet w przerysowaniu. Każdy nowy tytuł obchodzę ze dwa lata (w wypadku „Eastern Promises” stuknie już piątka), gdyż boję się, że seans urwie mi głowę. Innymi słowy, jak każdy człek z resztką rozumu, unikam emocji prawdziwych, granicznych, uciekając w sztuczne. Moje prawo, ale czasem trzeba.

Reszta w numerze marcowym
[ytorbit]XC-wkbUL814[/ytorbit]

The fighter

Posted on 14 lutego 2011

Kino familijne o boksie, miłości i narkotykach, a także kolejny dowód na ogrom drogi jaką Marky Mark przeszedł od Funky Bunch. Oto rodzina wielodzietna, ukazana w całej swej potworności. Brat starszy jest bokserem byłym, młodszy – aktualnym, przy czym senior zarazem podbija juniora, jak i ciągnie go na dno. Wszystkiemu winne narkotyki i złe towarzystwo. Być może wyzłośliwiam się tutaj niepotrzebnie, gdyż – mimo nieznośnego początku – „The Fighter” to zupełnie przyzwoity kawałek wzruszającego kina, z paroma scenami zapadającymi głęboko w pamięci. Piosenka matki i syna. Tort. Z filmami sportowymi mam tego rodzaju kłopot, że emocjonuję się bardziej niż podczas oglądania, powiedzmy, gali bokserskiej. W wypadku „Fightera” wiedziałem ile bohater przeszedł by stanąć na ringu z prawdziwym przeciwnikiem, prawdziwy boks pozwala tylko domyślać się tych spraw. W ten sposób fikcja bardziej rusza niż życie. Za to trudno mi zrozumieć nominację oscarową dla Christiana Bale, znanego z przyjęcia zmiany własnych rozmiarów jako naczelnej metody aktorskiej. W gruncie rzeczy, mógłbym chłopu współczuć. Grywa w niezłych filmach, grywa przyzwoicie, ale zawsze zostaje zderzony z kimś wybitniejszym, jak w „Mrocznym rycerzu”, „”Prestiżu”, w „10 do Yumy”, właśnie tutaj. Mógłbym napisać, że Marky Mark bardziej mi się podobał, rzecz jednak tkwi głębiej. Bale, odtwarzając narkomana mówi mi tylko tyle co o narkomanach wiem, co mogę sobie dopowiedzieć i domyśleć. Ich urok i klęska. Powiedział zapewne wszystko, moją wiedze powtórzył, docisnął do ściany, lecz nic z tego nie zrozumiał, nie wyszarpnął czegoś nowego, nie zdołał otworzyć przed widzem żadnej prawdy, upodobniając się do pilnego, miernego ucznia, który, wezwany do odpowiedzi wyrzuca z siebie kolejne daty, nie pojmując co się pod nimi kryje.

[ytorbit]71l-kIhJ5j8[/ytorbit]

horror, horror (26): rare exports

Posted on 10 lutego 2011


Pamiętam kapitalne spoty reklamowe z których „Rare exports” się zrodził i pełnego metrażu oczekiwałem z tak zwaną niecierpliwością, jeśli oczywiście mogę jeszcze niecierpliwić się w związku z jakimkolwiek filmem. Oczywiście rozczarowałem się, głównie dlatego, że dostałem coś innego . To chyba dobrze – sequele są fajne ale raczej dla tych, którzy kinem się cieszą, lecz go nie kochają. Miejsce wyprawy myśliwskiej na dzikiego Świętego Mikołaja ustąpiło fabule standardowej dla horroru, luźno wykorzystującej bożonarodzeniowe grepsy. Mikołaj to potwór zatopiony w lodzie, następnie uwolniony przez zagranicznych przedsiębiorców, żerujących na dziecinnych marzeniach. Czy jakoś tak. Paradoksalnie ten zabieg w połączeniu z konkretnymi rozwiązaniami scenarzystów przywraca ckliwość ostatnich dni grudnia. Jest dzielny chłopczyk i ofiarni Finowie, skutecznie wyrugowano przemoc (zapewne ze względu na braki budżetowe) w konsekwencji czego „Rare exports” wbrew drapieżnemu pierwowzorowi zbliża się do horroru familijnego, jakiejś „Bonanzy” o mordach i pradawnych legendach. Figura dziecka, którego odważnym planom podporządkowują się wszyscy dorośli nie jest przecież skierowana do mnie, do innych widzów traktujących horror serio, ale do innych młodych, oczekujących ‘czegoś nowego’. Innego Mikołaja. Innych prezentów. Innych świąt. Te szczęśliwie nastąpią za rok i o pełnometrażowej odsłonie „Rare exports” zdążymy zapomnieć. Nie chodzi tutaj o to, że nakręcono coś innego, lecz o utratę żywiołowości oryginału.
[ytorbit]PwT3wtUCv9Y[/ytorbit] A tutaj pamiętne krótkie metraże
[ytorbit]JWGPpFURZsk[/ytorbit] [ytorbit]bGBz_1mIySc[/ytorbit]

Older Posts