porusza i prowokuje...

orbitowski

tydzień z głowy (521)

Małe samobójstwo

1280px-Arnold_Böcklin_-_Die_Toteninsel_III_(Alte_Nationalgalerie,_Berlin) 

Kiedyś myślałem, że należy ocalić w sobie dziecko. Byłem gorącym orędownikiem tego niedorzecznego pomysłu i nawet dzieliłem się nim z innymi. Dziś wiem, że takie cechy jak śmiałość, odwaga, wola przygody, lekkość życia, a także nieustanna gotowość do doświadczania radości nie są cechami dziecka lecz mężczyzny.

Czym jest dziecko w dorosłym człowieku? To skrzywdzona istotka pełna żalu i pretensji. Jego złość i smutek spływa do dojrzałych serc. Mówię o chłopczyku, kwilącym za matką w pustym pokoju. O grubej, wyśmiewanej przez koleżanki dziewczynce, która tłucze się w ciele pięknej, świadomej siebie kobiety. Błądzi zrozpaczona jak ślepiec w rozległej celi. Nie ma dla niej ratunku.

Jak można pielęgnować takie stworzenie? Czemu karmimy je tym co w nas najlepsze? Naszą miłością, naszym lękiem, naszą nadzieją? Mówiąc wprost jak długo można rozpatrywać krzywdy z dzieciństwa? Te słabości, smutki, wątpliwości i osamotnienie, które powinny dawno zostać pogrzebane?

Zabicie dziecka w sobie – to już rozumiem – oznacza wyzwolenie. To założycielski mord na sobie samym, w imię siły i dorosłości, a także prawa do szczęścia. Zabijamy z litości dla niego i dla siebie. Ciało należy rozszarpać i rozgryźć. Czy żyją w nas świnie? Z pewnością. Taka wszystko strawi. Egzorcyzmujmy własne trzewia. Po całej tej zabawie wypada jeszcze dobrze przewietrzyć.

Nie ja tego potrzebuję. Inni potrzebują. Przecież mogę iść przez życie z własnym cierpieniem. Lubię nawet siebie cierpiącego. Tylko moje cierpienie, ten skowyt i lęk nie jest nikomu potrzebny. Plącze nogi samym kwileniem. Kładzie się na ziemi i wyje.

Dosyć, już dosyć.

 

Tydzień z głowy (520)

Wizyta w małej miejscowości

 sparatus

Pojechałem do małej miejscowości na spotkanie autorskie. Spotkałem się z młodzieżą, było bardzo miło. Dostałem filiżankę i zbiorek opowiadań jakiegoś młodego autora, który stamtąd się wywodzi. Sam sfinansował sobie to wydanie. Przypomniałem sobie swój pierwszy, śmieszny tomik i nadzieje towarzyszące tej publikacji. Dziś resztki „Złych wybrzeży” zalegają u kumpla na strychu. Dwa egzemplarze swojego czasu podpierały mi szafę. Mniej więcej taki jest pożytek z mojej młodzieńczej pisaniny.

Na miejsce dojechałem ponieważ mam kierowcę. Pewien fajny facet dowozi mnie do miejsc, gdzie nie dochodzi komunikacja publiczna. Nie mam prawa jazdy, więc radzę sobie w ten sposób. Jestem wysokofunkcjonalnym niedołęgą, zresztą cenię sobie ten aspekt życia ze względu na publicity. Lepiej mieć własnego kierowcę niż własny samochód.

Przed spotkaniem porozmawiałem z ludźmi, którzy mnie zaprosili i chyba bardzo cieszyli się z tego spotkania. Powiedzieli mi, że zlikwidowano im wszystkie połączenia. Nie dojeżdżają tam autobusy ani pociągi, żaden prywaciarz nie wskoczył do busika. Jeśli ktoś nie ma autka, jest skazany uwięziony. Nie pojedzie do kina, do lekarza, do sklepu, na pogrzeb albo randkę.

Do tej pory naiwnie sądziłem, że takie miejsca zdarzają się na rubieżach naszego wspaniałego, nowoczesnego i przyjaznego obywatelowi kraju. Reportaże, teksty interwencyjne, które czytałem dotyczyły wiosek gdzieś w Bieszczadach. Mieścina o której mówię znajduje się w centralnej Polsce, kilkanaście (jakoś tak) kilometrów od autostrady, którą, na Warszawę i Kraków, śmigają sobie Flixbusy i inne takie.

Pomyślałem sobie, jak trudno wyrwać się z takiej miejscowości: na studia, do dobrej pracy. Jest to oczywiście możliwe, pod warunkiem, że człowiekowi nie podwinie się noga na wejściu, że rodzice nie chleją na umór, że w domu jest jakikolwiek hajs, zaś nie ma choroby. Wystarczy jedna poważna trudność, możliwa do przezwyciężenia choćby w mieście powiatowym i jest po człowieku, po życiu, po nadziei.,

Nie będę uderzał w tony społeczne ani apelował do tłustych kutasów zawiadujących Polską, bo nie zamierzam się upokarzać. Wiem, że macie mnie w dupie, podobnie jak tę nieszczęsną gminę. Mówię tylko, żebyście się nie dziwili. Nie dziwcie się, skurwysyny, że ludzie, co chwytają po dwa koła na czarno kupują sobie gruchoty na diesla i zatruwają powietrze, którym oddychamy wszyscy, że piją od rana, że biją swoje żony, swoich mężów i swoje dzieci, że wkurwieni napierdalają się pod remizą a potem głosują na każdego, kto mami ich groszem i przywróceniem godności. Tak postępuje człowiek, któremu odebrano wolność. Może też postąpić inaczej.

Pamiętajcie o Spartakusie, skurwysyny.

Tydzień z głowy (519)

Tamy na strumieniu

ship-of-fools 

Przypomniało mi się dziś rano jak byłem mały i budowałem tamy na strumieniu. Strumień płynął przez wioskę Niedźwiedź, niedaleko Mszany Dolnej, na skraju Groczańskiego Parku Narodowego gdzie z mamą spędzaliśmy wakacje. W ogóle, fajnie było w tym Niedźwiedziu. Po raz pierwszy próbowałem poderwać dziewczynę, oczywiście nieskutecznie. Paliliśmy ogniska. Zyskałem podstawową wiedzę o wypasaniu krów. Starszy kolega potrafił trafiać krowy kamieniem w rogi. Pozwalał mi nawet wybrać róg, prawy albo lewy. Niesłychanie mi to imponowało.

Strumień był wąski, płytki i bardzo kamienisty, słowem do tam nadawał się idealnie. Najpierw znosiłem jak największe kamienie. Niektóre były tak ciężkie, że toczyłem je po dnie. Jakieś drobne stworzona pryskały z odsłoniętej jamy, a ja już wznosiłem konstrukcję od brzegu do brzegu. Między wielkie kamienie wpychałem mniejsze. Uszczelniałem żwirem, przemokniętymi roślinami, niesłychanie użyteczne były też śmieci: kawałki folii, butelki, tym podobny szajs. Tama musiała spiętrzać jak najwięcej wody, w której potem mogłem się taplać. Ale to nie był jedyny cel.

W strumieniu żyły pstrągi, a ich młode, ten jasny drobiazg wędrował pod prąd, w kierunku źródła. Moja tama utrudniała im zadanie. Siadałem na brzegu, albo nawet w wodzie, z kolanami pod brodą i patrzyłem na te błyskotki, na łuski strącone ze słońca, jak wybijają się z wody, próbując pokonać przeszkodę. Pojawiały się w powietrzu na mrugnięcie oka na podobieństwo zimnej iskierki.

Byłem dość niecierpliwym dzieckiem, ale na pstrągi mogłem patrzyć godzinami. Niestety, strumień miał i inną atrakcję. Gdzieś wyżej (tam dokąd wędrowały pstrągi) mieściła się rzeźnia i pracownicy tej rzeźni wrzucali resztki zabitych zwierząt do strumienia. Na mojej tamie zatrzymywały się krowie kopyta, flaki, kości i mnóstwo rozdętej, białawej substancji organicznej, której nawet nie potrafiłem nazwać. Nasuwała skojarzenia z martwą ośmiornicą. Nie umiałem wymyśleć jeszcze nic lepszego.

Pamiętam jeszcze, że bardzo chciałem łowić dorosłe pstrągi, tak jak traperzy w książkach Jacka Londona. Wsuwałem dziecinne dłonie pod kamienie, chcąc chwycić za skrzela taką piękną rybę. Ani razu mi się to nie udało, czego żałowałem, bo bardzo chciałem być mężczyzną, a nie chłopcem. Udało się, w końcu jestem.

 

tydzień z głowy (518)

Cztery dni w Trójmieście

 sea-monster-drawing-63

Końcówkę lata spędzamy w Gdyni. To moje ulubione miasto w zatoce. Gdańsk jest za duży. Sopot ma Monciak. Monciak czyni piękny Sopot miastem nie do zniesienia. Tymczasem Gdynia, ze swoim bogactwem życia i krótką historią jawi się miejscem stworzonym specjalnie dla mnie. Pojawiłem się na świecie jak ona, bez żadnej uprzedniej historii.

Przez cztery dni spacerowaliśmy po plaży, stanowczo za długo leżeliśmy w hotelu i jedliśmy mnóstwo dobrego jedzenia. Zazwyczaj nie robię żadnych z tych rzeczy. W Krakowie mamy tylko brudną Wisłę. Nie wyleguję się w łóżku, a w konieczności spożywania posiłków widzę konieczność zdolną zniszczyć każdy, najlepszy nawet dzień. A jednak jadłem, leżałem. Kupiłem sobie winyl z muzyką z filmu „Szczęki”. W końcu to morska historia.

Patrzyliśmy na morze, na ten szary placek zatoki, światła stoczni, masywne frachtowce i meduzy kołyszące się przy brzegu. Przypomniałem sobie, jak byłem nad morzem po raz pierwszy z moim wujkiem. Kamienie rozrywały delikatne ciała meduz wyrzuconych na brzeg. Nie mogłem się z tym pogodzić i zanosiłem te meduzy z powrotem do wody, a potem z wujkiem skakaliśmy na fale. Nie uratowaliśmy wszystkich meduz. Wujek zmarł rok temu. Niczego, nikogo nie ocalimy.

A może jednak? Siedziałem z dwojgiem ludzi, którzy uratowali siedmioletniego chłopczyka. Nieważna kto. Nieważne w jaki sposób. Ważne, że od małego życia oddalono nieszczęście, co nie musiało się stać, a jednak się wydarzyło. Żadne słowa nie oddadzą mojego podziwu dla tych dwojga. Dzień później popiliśmy z moim starym przyjacielem. Chłop miał ciekawe, trudne życie, które większości ludzi odebrałoby radość i nadzieję. Nie on. Otwiera knajpę w Trójmieście, ma nową dziewczynę, wiedzie intensywne życie nocne, ma jasne oczy i nieustannie się śmieje. Zapytałem go, czy jego zdaniem ponad tym światem jest Bóg, zaświat, cokolwiek, co nada nam sens i nadzieję. Zaprzeczył, śmiejąc się. Objął nas oboje i poszliśmy napić się wódki.

I myślę sobie, że tak właśnie jest na tym smutnym świecie, że to wszystko czym żyjemy, co nas buduje i rzuca w przyszłość zawiera się jakoś w tej pustce po Bogu, w jamie gdzie są statki, meduzy przy brzegu, uratowany chłopiec i lęk dławiący przed świtem.

 

Tydzień z głowy (517)

Dlaczego gołąb?

pigeongrafika: Kat Houseman 

Byłem we Lwowie na zdjęciach. Kręciliśmy po czternaście godzin dziennie. Lwów jest brudny i tak zniszczony, że można by robić tam film wojenny. Wszystko jest szare, jak zakurzony rupieć. Wieczorem, w tę ruinę wypuszczają się piękne, zadbane dziewczęta. Włóczyłem się, całkiem sam, nocą, po cmentarzu Łyczakowskim. Stałem dwanaście godzin na granicy. Zjadłem znakomity obiad w Atlasie, gdzie sto lat temu balowała polska inteligencja. Ale najlepiej pamiętam gołębia.

Gołąb rezydował w bezpośredniej bliskości dworca. To ogromny budynek, trochę podobny do tego we Wrocławiu. Przy wejściu tłoczą się ludzie i samochody. Posępni, śniadzi taksówkarze łowią klientów, przewalają się wycieczki, mrówki z towarem, studenci z Polski, a młodzi pijaczkowie proszą o drobne robiąc przy tym szpagat. Dalej rozciąga się rodzaj wyjątkowo zabiedzonego zieleńca, gdzie w słońcu przysiadła sobie rodzina Cyganów.

Byli bardzo ładni, ci Cyganie, wszyscy bez wyjątku. Przewodził im tłuściutki senior z wąsem, podobny trochę do don Wasyla, tego piosenkarza. Towarzyszyła mu tęga równolatka o wydziaranych ramionach. Rozsiadała się na trawie jak czarownica. Prócz tego było dwóch postawnych kryminalistów koło czterdziestki, wyrostki w tym jeden z gitarą, oraz rozbrykany narybek. Przyjemnie się na nich patrzyło.

Cyganie, jak wiadomo, nie ruszają się bez tobołów (w tym przynajmniej ten dumny i pogardzany naród łączy się z Polakami). Ci też obłożyli się bambetlami, a do największej z toreb, szmacianą taśmą długą może na dwa metry przywiązany był gołąb. Tłuste, bogato opierzone ptaszysko o ładnym umaszczeniu. Był zupełnie spokojny i nic nie wskazywało na to, że trapi go poczucie krzywdy. Najwyraźniej zapomniał o lataniu. Siedział na gałęzi, kręcił głupim łbem i tyle z tego było.

Dlaczego gołąb? Nie umiem tego pojąć. Co sprawiło, że Cyganie przytroczyli go do swoich bambetli? Ma to związek z jakimiś wierzeniami tych ludzi? Sądzą na przykład, że obecność ptaka przynosi im szczęście? Gołąb mógł by pełnić rolę wczesnego ostrzegania, na podobieństwo kanarka w kopalni. Wyczuwałby jednak nie gaz, a duchy. Co jeśli to gołąb pocztowy, skomunikowany z innymi grupami Cyganów jako ważne ogniwo systemu ostrzegania przed policją? Gołębie doskonale się do tego nadają – przenosiły rozkazy o nalotach jeszcze podczas I wojny światowej. Może wreszcie w tym gołębiu mieszka dusza jakiegoś ważnego Cygana? Ciągnie się za nimi ich opierzony przodek. Istnieje też możliwość, że ten ptak znalazł się na tasiemce z czystego kaprysu, przyczepili go dla hecy, a on to sobie upodobał. Co robią z nim w zimie? Co, gdy lądują na komendzie? Co z kłopotliwymi przecież odchodami gołębia? Pytania. Mnóstwo pytań. Oto jedna z tajemnic zaszyta na powierzchni świata-cygański gołąb.

Tydzień z głowy (516)

Bezsenność i lęk

 dragon

Przez lata łóżko miało kolce i kły. Leżało mi w mieszkaniu, milczące i wrogie jak smok. W domu zawsze znajdował się mebel, który był mi nieprzyjacielem.

Nie przyjmowało mnie do siebie. Kaleczyło palce i drapało w oczy. Wiłem się na jego białym języku. Szarpałem się z nim i prosiłem o litość. Próbowałem zabić to łóżko, tego smoka, a ponieważ długo nie potrafiłem, usiłowałem niezdarnie zabić przynajmniej siebie. Gniotłem własny kark i tłukłem się po brzuchu.

Potwór żuł mnie i mlaskał. Wypluwał nad ranem, całego oślinionego. Miałem suche płuca, a pod skórą brud. Nienawidziłem siebie suchego i brudnego. Za dnia smok spał smacznie, w odróżnieniu ode mnie. Wiedział, że nocą spotkamy się ponownie. W jakiś sposób całe moje życie  – pisanie, kochanie – było niczym więcej jak ucieczką przed nocą.

W końcu zwyciężyłem. Z cudzą pomocą jak Herakles – pokonałem smoka. Jego martwe ciało osiadło w mieszkaniu jak powalone drzewo i zmieniło się w bagno.

Śpię w wodzie. Mam mokro. Wiercę się w kokonie z wilgoci. Ta wilgoć oblepia mnie całego i wpycha się do ust. Jestem tuż pod powierzchnią trzęsawiska i naprawdę czuję się jak ci nieszczęśni wojownicy, których Frodo spotkał w rozlewisku topielców. Leżę sobie, żółty i ślepy. Czuję jak ktoś mi się przygląda. Jak ktoś nade mną wędruje.

Nawet nie próbuję z tym walczyć. Jestem wojownikiem i zabijam smoki. Ale żaden miecz nigdy nie pokonał bagna.

Tydzień z głowy (515)

Już dosyć

unnamed

Jak co roku siedzę sobie w domu, nieco zmęczony po festiwalu Brutal Assault, który odbywa się w Czechach. Jeżdżę tam od dziesięciu lat i jeśli mnie pamięć nie myli, odpuściłem tylko raz, w 2010 roku.

To piękna powtarzalność – to samo miejsce, ci sami ludzie, ta sama muzyka i ten sam kurz, którego tumany wznosiły się w palącym słońcu. Paskudne piwo festiwalowe. Najgorsze żarcie na świecie. A także basen i rozmowy trwające do nocy. Pogaduchy, zwierzenia, poczucie bliskości. Oraz owce, które mijaliśmy zawsze przemierzając trasę między bursą a terenem festiwalu. Stały się już symbolem Brutala. Mam nawet oficjalny kufel z taką właśnie, złowrogą, metalową owcą.

Z wrażeń muzycznych najmocniej wszedł mi Tormentor, nie tylko dlatego, że niewiele kapel świeżo po reaktywacji prezentuje tak wysoki poziom wykonawstwa. Metal jest w swojej najgłębszej treści niepoważny, bajkowy. Jego zło i ciemność mają, powiedzmy sobie szczerze, dość dziecinny charakter. Nie mam z tym problemu, ale oglądając występ Tormentor niepodziewanie poczułem, że obcuję z czymś naprawdę złym i niebezpiecznym. Przez moment (krótki ale jednak) przestraszyłem się muzyki.

Usłyszałem niedawno, że już mi nie przystoi, bo w końcu mam 41 lat, udane życie zawodowe i generalnie przystoją mi rzeczy poważne, a nie niepoważne. Wcale tak nie sądzę. Moja powaga wyraża się także przez niepowagę, przez zgodę na głupotę i śmieszność. To także jest rodzaj odwagi.

Ale odpuszczam. Po dziesięciu latach pora zakończyć tę brutalną przygodę. Myślę, że lepszej okazji nie będzie, bo ta edycja festiwalu wyróżniała się wysokim poziomem kapel i tzw. spokojem towarzyskim. Nie było żadnych przygód. Nikomu właściwie nic się nie zdarzyło. A odpuszczam, bo w te wakacje byłem w domu może przez trzy tygodnie, żyję na walizkach i wiem, że prędko się to nie zmieni. Tęsknota za bliskimi, za domowym śniadaniem i własnym łóżkiem przeważa i tyle.

A zatem dziękuję wszystkim za dziesięć lat brutalnej przygody. Mam na myśli zwłaszcza ludzi, których widywałem tylko raz do roku w Czechach. Trzymajcie się ciepło. Oczywiście nic nie jest przesądzone i dopuszczam możliwość, że jeszcze kiedyś przyjadę na Brutala. Na przykład za trzydzieści lat. Jako staruszek z laseczką. Przykuśtykam obok owiec, jeśli będą jeszcze jakieś owce, jakiś metal, jakiś Brutal i ja.

Tydzień z głowy (514)

Posted on 6 sierpnia 2018

Na Mazurach

 mazur

Przez całe życie wzbraniałem się przed pływaniem na łódkach. Jestem wolny od wszelkiego romantyzmu, więc żagiel i bezkres wód niewiele mi robią. Nigdy nie byliśmy, nie jesteśmy i nigdy nie będziemy wolni. Właśnie – zamknięta przestrzeń łódki, niemożność jej opuszczenia, ludzie tam się tłoczący kojarzyli mi się z więzienną celą.

No ale popłynąłem. Trochę dlatego, że mój przyjaciel mnie namówił, a trochę ponieważ łódki rozstrzygnęły problem wakacji z moim synem. Chciałem, abyśmy pojechali gdzieś razem na parę dni. Nie mogłem wymyślić miejsca. Zasłaniałem się brakiem czasu, branżowymi wyjazdami, koniecznością pisania książki, poza tym dom jest także od tego, aby siedzieć w nim w wakacje.

Pogoda ducha zasadza się na konsekwentnym poszukiwaniu powodów do radości. Na łódkach miałem mnóstwo uciechy. Radowałem się, że ani razu nie wypadłem za burtę, a z deski, na której tak pięknie śmigały obecne z nami dzieci zleciałem jedyne trzy razy. Nie oberwałem grotem w głowę (grot, jeśli dobrze pamiętam, to taki drąg na którym trzyma się żagiel, ustawiony równolegle do pokładu), a nade wszystko nie upuściłem kotwicy razem z liną za burtę, na głębokości piętnastu metrów. Tego bałem się najbardziej. Nie wiem co byśmy wówczas zrobili.

Jest jakaś łagodna, lecz wyczuwalna przyjemność w obserwowaniu dzieci oderwanych od ekranów. Dzieci w wodzie. Dzieci budują zamki z piasku. Dzieci grają w karty. Dzieci na desce. Dzieci biegają po poniemieckich bunkrach. Dzieci wchodzą na wieżę widokową. Dzieci wybierają liny. Dzieci moczą nogi. I tak dalej. Wówczas miałem mocne, choć mylne zapewne wrażenie, że przepaść między mną a nimi zostanie kiedyś przekroczona.

Dowiedziałem się też innej, ważnej rzeczy. Żeglowanie polega na siedzeniu w przystani, nad rybą i kufelkiem. Ten rodzaj przygody pod żaglami akceptuję.

Tydzień z głowy (513)

Posted on 30 lipca 2018

Poranek w przystani

IMG-4796

Jestem sobie na łódce, jest kwadrans przed ósmą, ale siedzę tak już od godziny. Reszta załogi śpi. Dzieci coś tam szepczą.

Jeszcze przed chwilą panowała tutaj niemal całkowita cisza. Szeleściła woda. Skrzeczał ptak. Chlupotały się ryby, a najgłośniejszym dźwiękiem tutaj było niewątpliwie moje kichanie. Nabawiłem się kataru przez tę żeglarską przygodę. Teraz ludzie naokoło wstają, kręcą się po pokładach, coś tam mówią. Jakiś dureń, gdzieś daleko, puścił muzykę.

Jestem na mazurskim jeziorze, którego nazwy zapomniałem i nigdy sobie nie przypomnę. Nadbrzeże idzie zielonym łukiem z którego wyrastają kępy sitowia. Brzęczą muchy. Ptaki latają nad niską wodą, a właśnie w tej chwili słońce wzniosło się nad białe obłoki i runęło na jezioro, z którego umyka strwożona mgła.

Ludzie wciąż szepczą. Nasi ludzie, na naszej łódeczce. Dzieci, przyjaciel. Zabawne, bo nikt nie śpi, a jednak szepczemy. Nikomu przecież nie przeszkadzało by normalne, głośne gadanie, zwłaszcza, że przed chwilą ktoś odpalił Lady Pank na pełen regulator. Ale szepczemy konsekwentnie, na wszelki wypadek, jakby głośniejsze dźwięki nie przystawały do spokoju poranka, do tych ptaków i spokojnej wody. Zagrała trąbka.

Być może takie chwile powinny sprzyjać jakiejś refleksji. Powinienem zdobyć się na jakąś refleksję odnośnie ludzkiego losu, najlepiej w kontekście naszej trudnej relacji z przyrodą. Ale nie. Myślę o rzeczach prostych i przyziemnych. O kłopotach najbliższych, o pracy, o dzieciach, o pisaniu, treningach, książkach i tym podobnych. Tylko konkret, mięso. Inaczej nie umiem.

To zabawne jak wiele życia mi zeszło na jałowych przemyśleniach o Bogu, Polsce, świecie, moralności, kondycji ludzkiej, moim i twoim powołaniu do celów zapisanych w życiu. Przecież nic nie ma. Nic nie zostało zapisane. Z tego całego wieloletniego myślenia nic nie wyniknęło, nic ono nie znaczą. Są tylko jednostkowe życia niezwiązane żadnym sensem. Jesteś ty, jestem ja. I świat w którym utoniemy.

Wstali. To i ja kończę.

Tydzień z głowy (512)

Posted on 23 lipca 2018

Traktat przeciwko marchewce

fire 

Już samo istnienie czegoś tak potwornego jak marchew stanowi niezwyciężony oręż w rękach ateistów. Marchew, jej sataniczna obecność na stołach i w warzywniakach bezdyskusyjnie przeczy istnieniu miłosiernego Stwórcy troszczącego się o dobro swego stworzenia. Co najwyżej wskazuje na bolesną obecność bezlitosnego i głupiego Demiurga gnostyków, który, nienawidząc iskierek światła zatopionego w ludziach, do kruchej i brudnej materii dorzucił i marchewkę.

Niestety, ta sama straszliwa marchew odbiera zasadność wiary w celowość ład doboru naturalnego, w co jakże naiwnie wierzą niektórzy ludzie nauki. Przeciwnie, marchew ze swoją barwą, konsystencją, wonią i tak zwanym smakiem jednoznacznie wskazuje, że przyroda to chaos i festiwal pomyłek, to nieme i ślepe piekło urządzone w cieniu tronu bezlitosnej dyktatury genów, zdolnych wydać z siebie okropności przy których Apokalipsa św. Jana wydaje się weekendem w Ciechocinku.

Co zrobić, co z tym zrobić? Możemy ostrzegać ludzi, ja Ciebie, ty mnie. Ratujmy nasze dzieci.

Marchew musi zostać wyrugowana z restauracji, sklepów spożywczych i warzywniaków. Na wszelki wypadek należałoby zlikwidować same warzywniaki. Jeśli ten szlachetny cel okaże się niemożliwy do osiągnięcia winniśmy stworzyć system wczesnego ostrzegania. Twórzmy mapy i grupy na portalach społecznościowych, gdzie będziemy mogli wymieniać haniebne miejsca, w których nowi barbarzyńcy sprzedają tę mroczną pomyłkę przyrody. Sklepy i restauracje gdzie oferują tę potworność musimy oznakować, najlepiej wielkim neonem UWAGA MARCHEW widocznym z kilkuset metrów.

W wypadku zetknięcia się z marchwią musimy zachować daleko idące środki ostrożności. Usuwanie marchwi winno dokonywać się z udziałem wyspecjalizowanych lekarzy i techników medycznych powiązanych z wojskiem. Odziani w szczelne, białe skafandry znane z amerykańskich filmów o epidemiach wynosiliby marchew ze stołówek szkolnych, barów mlecznych i tym podobnych. Postuluję również stygmatyzację wielbicieli marchwi, a konkretnie wypalanie im żelazem znaku królika na czołach.

Co zrobić z zarekwirowaną marchwią? W mojej opinii należy wywieźć ją do jakiegoś dzikiego kraju i tam unicestwić ogniem. Innymi słowy należy powtórzyć tę samą metodę, którą bogate kraje Europy zachodniej zastosowały względem Polski, wwożąc do nas swoje śmieci. Czym jednak są tony plastiku, czy nawet odpady radioaktywne wobec tej nagiej grozy, Belzebuba flory – marchewki?

Noblesse oblige!

 

 

Older Posts