porusza i prowokuje...

orbitowski

Tydzień z głowy (542)

Posted on 18 lutego 2019

Parę dni w Warszawie

 View of Warsaw from the Royal Palace

Pojechaliśmy na trzy dni do stolicy. Mieszkałem tam parę ładnych lat i zdarza mi się tęsknić za tym miastem. Nie jest to jakaś szczególnie paląca tęsknota. Wylądowałem w Krakowie, parę latek przyjdzie mi tutaj przesiedzieć i nie ma z czego robić żadnej historii. Ale gdy myślę o swoim miejscu na świecie, to myślę o Warszawie.

Czwartek schodzi mi na poważnych negocjacjach biznesowych. Nadają się do tego mniej więcej jak kura do walk bokserskich. Siedzę w sali konferencyjnej, słucham jak prawnicy dyskutują ze sobą o najróżniejszych, prawniczych sprawach i przypominam sobie stare czasy, kiedy zgadzałem się na wszystko z automatu, bo wydawało mi się, że nie zasługuję na nic no i bardzo chciałem, żeby negocjacje już się skończyły. Wiem jakie to było cholernie głupie. Czułem się jak klaustrofobik w windzie. Zrobiłbym wszystko, żeby nie negocjować. Dziś już wiem ile straciłem przez tę kretyńską postawę i polecam każdemu artyście, by wysoko się cenił. Jeśli to zrobi, może i inni zaczną?

W piątek rozmawiam dla odmiany o promocji „Kultu”. Słucham co tam dla mnie wymyślili i jestem dość przyjemnie zaskoczony. Nieważne zresztą, o wszystkim przekonam się w maju. Pędzę podpisać jakieś umowy, generalnie biegam po mieście i usiłuję ogarnąć wszystkie swoje sprawy, których mam chyba więcej niż zwykle, w całym moim życiu.

Jeden wieczór spędzam z kumplem. Rozmawiamy na różne tematy z których wychodzi jeden wniosek: każdy ma w życiu przynajmniej jedną rzecz, wobec której jest kompletnie bezradny. Taki swój Kryptonit, którego nie przewalczy. Może jedynie unikać niebezpieczeństwa. Inaczej polegnie.

Dwa następne dni balujemy wśród ludzi, na całkiem fajnych imprezkach. W piątek u nowych, a w sobotę u bardzo starych przyjaciół. Dużo rozmawiamy, trochę pijemy i nie dzieje się nic niezwykłego. Dziś już jestem w domu, przepełniony spokojem i poczuciem, że doświadczyłem dobra. Ludzie są dla mnie dobrzy. To jest coś. Ale wymieniłbym coś jeszcze, wiarę we mnie i w to co robię, w różnorakie projekty, w jakie się zaangażowałem. Bardzo wielu ludzi uwierzyło we mnie, po prostu. Chyba było tak od dawna, ale dopiero teraz to czuję. Cóż. Wypada więc, abym uwierzył i ja.

tydzień z głowy (541)

Posted on 11 lutego 2019

metafizyka tyry

blacksmith

Próbuję zrozumieć z czego składa się moje życie. Jakie uczucia to życie buduje? Narzuca się troska i lęk. Dopominają się przynajmniej jednego akapitu na swój własny temat, a ja chętnie spełnię ich życzenie. Gdy piszę o trosce i lęku boję się trochę mniej i jestem też mniej zatroskany.

Troszczę się bo mam bardzo dużo. W gruncie rzeczy nie znam nikogo, kto miałby tyle co ja. Tyle tego, że aż strach wymieniać. Jest praca, właściwie dwie, bo wykonuję dwa zawody, oba zresztą przepiękne i bardzo wymagające. Ludzie w około. Jestem też bardzo kochany. Mam swoje miejsce na świecie i rzeczy które lubię. Miejsce jest ważne, i rzeczy też. Przecież odbijamy się w rzeczach.

Tutaj przychodzi lęk, że stracę to co mam. Niewątpliwie do tego dojdzie bo najszczęśliwsze nawet życie kończy się śmiercią. To co mam, ten wspaniały stan posiadania, tę robotę, tych ludzi nie umiem postrzegać jako czegoś, co po prostu wypracowałem, co udało mi się osiągnąć. Tak pewno jest, lecz nie potrafię myśleć w ten sposób. To co mam jest wynikiem cudu. Tak właśnie sądzę i wiem, że cuda mają swój koniec. Jezusa w końcu przybili do tego cholernego krzyża. Złota karoca o północy zmieniła się na powrót w dynię.

Po trosce i lęku przychodzi potrzeba pracy. Pracuję bardzo dużo i bardzo niemądrze. Być może powinienem odpuścić większość rzeczy, za które się biorę. Nie nadaję się, nic z tego nie ma. Lecz praca jest czynnością magiczną, rytuałem służącym podtrzymaniu cudu. Wierzę, że jeśli będę dużo pracował zdołam jakimś cudem ten cud uratować. Iluzja zostanie zachowana, karoca dalej będzie karocą i tak dalej.

Po prostu, gdy pracuję, boję się nieco mniej i już.

Tydzień z głowy (540)

Posted on 4 lutego 2019

Ciemne noce

sleep-reason-640

Miarą dobrego życia jest okropność nocy. Im mniej okropnych nocy, tym życie jest lepsze.

Całe moje pisanie wzięło się także z bezsenności. Leżałem w łóżku, nie mogłem spać przez noc albo u trzy pod rząd. Wściekałem się na siebie, na niespokojną duszę i wrogie mi ciało, a także obracałem w głowie najróżniejsze figury i wydarzenia. Układałem je sobie, aby odegnać myśl o śnie. Z tych nocy są moje czarne książki, do „Innej duszy” włącznie.

Potem, bardzo powoli, zacząłem jednak sypać. Opornie, niechętnie powracał sobie sen i zdarzają się nawet dni, kiedy nie budzę się owładnięty lękiem, o piątej rano w mokrej pościeli. Czego się boję? Chyba tego co wszyscy: kariera mi runie. Książka się nie uda. Wyrzucą mnie zewsząd. Zawiodę swoich najbliższych. Irracjonalność tych lęków nie odbiera im siły. Wręcz przeciwnie. Śpię w walącym się domu, w płonącym łóżku. Ale takich nocy jest naprawdę coraz mniej.

Pojawia się nowy lęk: czy dam radę tworzyć w nowych warunkach? Czy przespana, spokojna noc i pojawiający się po niej słoneczny poranek nie odbiorą mi tego szczególnego daru, tej magii, na której zbudowałem wszystko? Czy nie stanę się wypalonym czarodziejem? Przez całe swoje życie liczyłem się z tym i powtarzałem sobie, że w najgorszym wypadku po prostu przestanę pisać. Zajmę się czymś innym i już. Ale teraz jest chyba trochę za późno. Mam czterdzieści dwa lata i całe moje życie stoi na pisaniu.

Takie proste pytanie: jestem szczęśliwy. Czy mogę ciągle pisać? Czy książka zbudowana na szczęściu dalej będzie dobrą książką? O tym przekonamy się już wiosną.

Piszę te słowa w poniedziałek rano owinięty w przepocony szlafrok. Między północą a siódmą rano do mojej wjechały wszystkie diabły jakie znam i parę całkiem nowych. Czerwone plamy przesuwały mi się przed oczami, koniec wszystkiego był widoczny jak rany na dłoniach, a to co szczepce, skrzeczy i zawodzi dało taki koncert, że omal nie eksplodowała mi głowa. Mam do pisania opowiadanie, ciężki trening i jeszcze kawał tekstu na wczoraj.

 

Jak widać, moja literatura ciągle jest bezpieczna.

 

 

tydzień z głowy (539)

Skończyłem pisanie książki

 IMG_0942

Skończyłem pisanie książki. I już. Jest, gotowe. To znaczy, w ogóle nie gotowe, bo zaraz zaczną się dopiski, skreślenia, zmiany. Często mam tak, że jedna trzecia tekstu idzie do kosza, zastąpiona czymś nowym. Noworodek pojawił się na świecie i natychmiast trzeba go reanimować. Tak zawsze jest.

Cztery lata temu, przy okazji finiszu prac nad „Inną duszą” wymyśliłem pewną, jak sądzę dość trafną metaforę twórczego trudu. Do tej pory nic lepszego nie przychodzi mi do głowy, więc się powtórzę: pisanie książki przypomina chodzenie z węglarką na plecach i szczotką ryżową w dupie. Węglarki nie można zdjąć, dupa od szczotki nie zostanie uwolniona. Jem, ćwiczę, pracuję, odpoczywam i śpię z tą szczotką i węglarką. Co to za sen? Co za odpoczynek.

Po jakimś czasie człowiek przywyka do tych niedogodności. Zapominam, jak to było przed nimi. I gdy, wraz z napisaniem ostatniego zdania książki węglarka spada z pleców a szczota wysuwa się z zadka nie mam pojęcia do czego właściwie doszło. Jestem jak niesłusznie ułaskawiony morderca. Niby dobrze, a jednak cholernie nie w porządku. Przez kilka następnych tygodni chodzę krzywo i siadam ostrożnie. Bo już się przyzwyczaiłem. Koniec końców spoglądam za siebie i dziwię się, że nie ma żadnej węglarki.

Co się zmieniło przez lata? Kiedyś myślałem, że moje książki są najważniejsze na świecie. Nie wstydzę się tego. Takie prawo młodego artysty. Potem liczyłem, że wraz z wydaniem tej czy innej książki moje życie ulegnie gwałtownej odmianie. Najczęściej na gorsze. Skandaliczna, bezczelna lichota moich powieści miała zaowocować wykluczeniem społecznym ich autora. Spodziewałem się, że mama się mnie wyrzeknie. Ukrainiec w Żabce napluje mi w mordę. Dziecko rzuci kanapką. Rewersem tego myślenia była oczywiście tęsknota za sukcesem, za wielkim wyniesieniem.

Co tak naprawdę się dzieje? Nic. Napisałem książkę i wyprawiłem dzieci do szkoły. Poszedłem do kolegi na flaszkę i siedzieliśmy sobie jak zawsze, jak od dwudziestu lat, jakbym nigdy w życiu nie napisał żadnej książki. Chodzę na treningi i po zakupy. Czytam. Pracuję. Gram. Oglądam filmy z dziewczyną. Czasem ktoś nas odwiedzi. Czasem gdzieś pójdziemy. Napisałem książkę i nic się nie wydarzyło.

Stało się tak, bo nasze życia są bez znaczenia. Moje i Twoje, każde. I gdy umrę będzie dokładnie tak jak z książką: ludzie będą wyprawiali dzieci do szkoły, pili wódkę i kupowali w Biedronce.

Tylko na chuj tak męczyć się z tą szczotką i węglarką?

Tydzień z głowy (538)

Jak zostałem przemytnikiem

UNADJUSTEDNONRAW_thumb_1a0d

Jest ranek, leżę sobie w Pradze, w najpaskudniejszym hotelu Republiki Czeskiej myślę o dobrych dniach, które spędziliśmy włócząc się po jednym z najpiękniejszych miast na świecie. Mógłbym o tym napisać, ale nie napiszę. Wolę opowiedzieć o tym jak dwadzieścia lat temu przemycaliśmy płyty z Lodenic pod Pragą.

Dwadzieścia lat temu nie miałem pojęcia co zrobić z życiem i wymyśliłem sobie, że zostanę wydawcą muzyki metalowej. Wraz z kumplem założyliśmy niezarejestrowaną wytwórnię, zebraliśmy trochę grosza i z portmonetką w kieszeni ruszyliśmy na podbój świata. Starczyło akurat na wydanie singla grupy Throneum na winylu.

W tamtych czasach winyle tłoczono tylko w Lodenicach pod Pragą. Złożyliśmy zamówienie, jakimś cudem zdołaliśmy je opłacić i płyta została wytłoczona. Pani z wytwórni zadzwoniła do nas z informacją, że wysyłka czeka. Chciała tylko wiedzieć jak zamierzamy rozwiązać problem cła. Myśmy oczywiście żadnego cła nie chcieliśmy płacić, zresztą nie mieliśmy pieniędzy na to cło. Wymyśliliśmy, że pojedziemy do Czech i przemycimy te płyty.

Do Czech zawieźli nas znajomi tego kumpla. Wspólnie wynajęliśmy domek na kempingu w Pradze. Plan był taki, że przenocujemy tam, rano pojedziemy do Lodenic, a znajomi zostaną sobie na kempingu. Nie przespałem nocy bo bolał mnie ząb. Rano przez pomyłkę posoliłem sobie kawę. Pojechaliśmy do tej Pragi, wypiłem parę piwek i nocą okazało się, że właściciel kempingu nie chce nas tam wpuścić. To znaczy wpuści tamtych dwoje, mnie z kumplem już nie. Tłumaczyliśmy mu, że mamy rezerwację i opłacony nocleg. Był nieugięty. Odpowiedział, że mieliśmy być w Lodenicach w konsekwencji czego nie możemy spędzić nocy na jego kempingu. Spałem na parkingu, w samochodzie. Policjanci świecili mi latarkami w oczy.

Rano, umordowani pojechaliśmy do Lodenic i odebrać płyty. Pani z wytwórni patrzyła na nas, jakbyśmy prosili o drobne na jedzenie. Wydała jednak towar. Wyruszyliśmy w drogę powrotną. Każdy miał plecak ze stelażem a w nim dwieście winyli. Takie płyty trochę ważą, uwierzcie mi.

Na dworcu zgubiłem portfel i paszport. Natychmiast znalazłem jedno i drugie. Jechaliśmy najtańszym pociągiem do Cieszyna. Piliśmy Beherovkę i graliśmy w pokera na te płyty. Granicę przeszliśmy pieszo, w środku nocy, z tymi plecakami. Czułem się jakbym przemycał heroinę z Tajlandii do Chin. Celnicy na nas nawet nie spojrzeli.

Noc spędziłem na ławce przed dworcem. Nie mieliśmy nawet pieniędzy na powrót  i nie pamiętam nawet za co wróciliśmy do domu. Chyba sprzedałem resztę koron taksówkarzowi. Kumpel dożebrał do biletu. Albo kierowca się nad nami ulitował. Naprawdę nie wiem.

Co było dalej? Płyta oczywiście się nie sprzedała i było po wytwórni, kolega założył sklep muzyczny, a ja poważniej zabrałem się za pisanie. Gdy podliczyliśmy koszta wyjazdu, okazało się, że wyniosły więcej niż cło, którego tak się obawialiśmy. A co z tym facetem, który nie chciał nas wpuścić? Jego kemping znajdował się nad samą Wełtawą. Jakiś tydzień później Wełtawa wylała. Myślałem o tym długo i z wielka satysfakcją. Byłem młody. Wierzyłem w metal i w sprawiedliwość.

 

Tydzień z głowy (537)

Krewetki i żelki (trzecia część cyklu spożywczego).

 boy

Pierwszego żelka (a właściwie jego połowę) zjadłem w głębokiej szkole podstawowej. Był to żelek Haribo, o kształcie butelki coli. Kolega z klasy, Boguś, przyniósł całą paczkę takich.  Mógł być rok 1988, może odrobinę później, w każdym razie żelki zaliczały się do dóbr trudno dostępnych. Pierwszy raz takie widziałem.

Kolega Boguś utrzymywał, że po zjedzeniu takiego jednego żelka człowiek czuje się, jakby wypił całą butelkę Pepsi. Tego rodzaju pogląd powiększał jeszcze apetyt na żelka, a nade wszystko budował jego przewspaniałą mitologię. Żelek Haribo był czymś innym niż się wydawał, nie tylko ze względu na przenikanie się kolorów, to przenikanie mlecznej żółci i głębokiego brązu. Reprezentował sobą bogaty i piękny świat Zachodu, znany z niemieckich numerów Bravo, folderów z samochodami i telewizji satelitarnej. Do tego ucieleśniał w sobie, zdaniem Bogusia, inną wspaniałość, a mianowicie Pepsi. O ten napój było już łatwiej. Gdy pomieszkiwałem u wujka w Raciborzu mogłem wypijać jedną małą butelkę coli dziennie. I tak sporo. Ale malutki żelek był cała taką butelką. Paczka takich żelków równoważyła skrzynkę Pepsi. Czym byłaby więc skrzynka żelków? Morzem, oceanem przesłodzonego, gazowanego płynu. A ciężarówka żelków? Wolałem nie myśleć.

Niestety, nie dowiedziałem się jak to jest z Pepsi i tymi żelkami. Z Bogusia była uczynna morda, lecz w granicach rozsądku. Dał mi pół żelka. Z perspektywy czasu wypada bym podziękował mu za hojność, ale wtedy ogarnęło nie rozczarowanie. Boguś odstąpił mi górną połowę żelka, szyjkę butelki, gdzie nie kryła się żadna Pepsi. Zjadłem powietrze i szkło z żelatyny. Teraz cieszę się z takiego obrotu sprawy, bo wciąż wierzyłem, że gdybym zjadł całego żelka poczułbym się jak po flaszce Pepsi.

Z krewetkami była inna, a jednak taka sama historia. Miałem 27 lat i przyjechałem po raz pierwszy do Ameryki. Byłem robotnikiem i serio myślałem, że tam, w Stanach, zbuduję sobie życie. W pierwszych tygodniach gościł mnie taki Joe, rubaszny grubas obwieszony złotem. Był bardzo w porządku, dużo dla mnie zrobił. I raz, jak piliśmy wódkę podsunął mnóstwo krewetek. Wrzucił je na lód. I żarliśmy prosto z lodu te wielkie krewetki. Nigdy wcześniej ich nie próbowałem. Krewetka była czymś z nieznanego mi, lepszego świata, z tej krainy, którą jak dotąd znałem tylko w telewizji. W Polsce żarłem pizzę, tosty i u Chińczyka, a jak chciałem zaszpanować dziewczynie, zabierałem ją burrito. Tak właśnie było. Ogromny półmisek zasypany krewetkami przekraczał moje najśmielsze wyobrażenia o luksusie. Wiedziałem też, że krewetka widzi świat w zupełnie inny sposób niż inne stworzenia. Była czymś głęboko odmiennym i dziwnym. No to spróbowałem.

Okazało się, że krewetki smakują jak żelki.

Tydzień z głowy (536)

Posted on 7 stycznia 2019

Postanowienia noworoczne

Vladimir_Serov-Portrait_of_a_worker 

Nie napiszę nowej książki. Nie zacznę nawet pisania nowej książki, ani nie będę myślał o takowej. Nie skończyłem jeszcze poprzedniej, poza tym napisałem dość książek i nie widzę potrzeby startowania z nową. Prawdziwy pisarz nie ma przymusu pisania.

Nie będę przejmował się pieniędzmi. Wiem jak to brzmi. Wiem jak bardzo ludziom brakuje na tak wielu poziomach i zdaję sobie sprawę jak arogancko takie zdanie brzmi. „Nie będę przejmował się pieniędzmi”. Troska, jak słusznie zauważył Heidegger jest treścią życia, lecz mówię o jebanej paranoi, mam na myśli chorobliwe zaambarasowanie jutrem, syndrom Nikodema Dyzmy, co wyrywa ze snu o czwartej rano. Jestem silnym człowiekiem. Nie ufam swojej sile. Pora popracować nad zaufaniem.

Podniosę 190 kilogramów w martwym ciągu. Obecnie dźwigam 170 (to znaczy, raz dźwignąłem), co i tak nie jest złym wynikiem jak na gościa w moim wieku. Nie używam taśm, nie biorę sterydów ani tym podobnych, treningi jadę na sucho, nie licząc standardowej suplementacji (białko, glutamina, BCAA, kreatyna i tym podobne).  Właściwie nie wiem do czego jest mi potrzebny taki wynik, te 190 kilogramów. Chodzi o to, że ważę 95 kilogramów i chcę dźwignąć dwa razy tyle. Taki cel tłumaczy się sam przez siebie.

Spróbuję być odrobinkę lepszy dla innych, a dla najbliższych zwłaszcza. Ten rodzaj deklaracji trąci banałem, niemniej chyba warto bym pochylił się i postarał trochę. Kluczowy jest tutaj przymiotnik. Odrobinkę lepszy. Nie wierzę w wielkie zmiany i monstrualne transgresje. Ludzie są jacy są, niestety, i co nieskończenie smutne, pozostają sobą. Jesteśmy bezradni wobec samych siebie. Łukasz Łukasza nie zwycięży. Ale mogę, na ten przykład, okazywać mniej zniecierpliwienia, mniej mówić a więcej słuchać. Poza tym nie jestem taki znów najgorszy, co nie?

Byłoby dobrze, gdyby wypalił jakiś duży projekt, jeden z tych, co je naszykowałem.  Mam tego trochę, ale jeden wystarczy. Wiem jednak, że w gruncie rzeczy, nie zależy to ode mnie. Pojeździłbym gdzieś. W parę miejsc, na krótkie wypady. To akurat mogę. Zebrałbym dyskografie, powiedzmy, siedmiu ulubionych kapel na plackach. No i tyle. Nie trzeba mi niczego więcej, jak zadania wypisane wyżej. Po prostu, wiem już co mogę, a czego nie mogę zmienić.

 

 

 

 

Tydzień z głowy (534-535)

Posted on 31 grudnia 2018

Rok z głowy

the-hero-hector-of-troy-crispijn-van-de-passe-i-1574-1637-G2J72R 

Było trudno, ciekawie, lecz nie zawsze satysfakcjonująco. Otwierałem, lecz nie zamykałem, zaczynałem, prognozując tylko mniej lub bardziej szczęśliwe zakończenia.

Mój jedenastoletni syn przeprowadził się do nas. Dom działa, raz lepiej, raz gorzej, jak każdy normalny dom. Mam swoje miejsce na świecie. I nie tylko ja. Ilu ludzi może o sobie powiedzieć coś takiego?

Zacząłem prace nad nową książką. W gruncie rzeczy niewiele brakowało, aby „Kult” został ukończony. Na Nowy Rok zostało mi raptem kilkadziesiąt stron. Wątpliwości zostały, jak zwykle, jak w wypadku każdej powieści. Mam jednak mocne poczucie, że po „Kulcie” bardzo długo nie będę potrafił napisać żadnej książki. Może opowiadania. Może coś do teatru? Nie wiem. Nie potrzebuję.

Zacząłem wiele przedsięwzięć, których wartości jeszcze nie można ocenić. Serial dokumentalny. Gra video. Co dalej się z tym podzieje? Los tego rodzaju przedsięwzięć nie zależy tylko ode mnie. Ale jeszcze mogę. Jeszcze się nie zużyłem. Myślę o sztuce teatralnej, o filmie dokumentalnym, o serialu. Część rzeczy już jest odpalona, czekajmy więc na fajerwerki.

Straty w ludziach bolesne i nie do odrobienia. Wolę jednak myśleć o tym, co zostało ocalone.

Wczoraj wróciliśmy z krótkiego urlopu w Muszynie. Tęsknię za dalekimi podróżami, za czasem gdy zwiedzałem inne kontynenty. To powróci, wiem, ale tydzień w górach, spokojny, z szklanką i książką wystarczył w zupełności. Jeździłem na łyżwach. Chodziłem na spacery. Dostaję od życia więcej niż potrzebuję, a już na pewno więcej niż zasłużyłem.

Gdy wracaliśmy, przypomniałem sobie jak ponad trzydzieści lat temu przebywałem tę samą trasę, z rodzicami, jako mały chłopiec. Chodziłem po górach i brodziłem w Dunajcu. Ojciec spędzał całe dnie z wędką, a wieczorami przynosił ryby do wędzenia. Bywali tam też moi dwaj wujkowie. Ojciec nie żyje, jeden wujek także, zaś drugi jest niewidomy.

Nie mam nikogo przed sobą, żadnych pleców za którymi mógłbym się schronić. Nie szukam odkupienia, nagrody ani kary. W świecie nie ma żadnej ścieżki, która byłaby mi przeznaczona. Świat jest ślepy jak wujek.  Usprawiedliwienia, okoliczności łagodzące, nawet te symboliczne zniknęły. Jestem tylko ja i życie.

Tydzień z głowy (533)

Posted on 17 grudnia 2018

Pochwała masła (druga część „cyklu spożywczego”).

 IMG_0728

Zawsze bardzo lubiłem masło. Nie wyobrażam sobie śniadania bez masła: kilku kromek chleba posmarowanych na tłusto tą słoneczną wspaniałością.

Wypracowałem specjalny sposób wypowiadania słowa „masło”. Mówię je nieco obniżonym głosem, powoli i ciepło, tak, by sama artykulacja odzwierciedlała miłość, którą czuję. Akcent kładę na samogłoskę pierwszej sylaby, przeciągając ją odrobinę.

W dzieciństwie jadałem kromki z masłem, przyprawione jedynie solą, pieprzem i chili. To jedno z najwyraźniejszych wspomnień wczesnej młodości: kuchnia u babci z białym blatem, tam radio, drewniany pojemnik na chleb i talerz na którym leżały kromki z masłem, posypane przyprawami. Chleb był gruby, z kruszącą się skórką, a babcia kroiła go ręcznie nożem, który zużył się w ciągu lat i miał nieregularne, zwężające się ostrze. Na talerzu – bardzo starym, porcelanowym – były obrazki, tylko nie wiem już jakie. Dzieci z psem? Dzieci z piłką? Nigdy już sobie nie przypomnę.

Jak byłem młodszym nastolatkiem jadałem, tak w ogóle, samo masło. Otwierałem lodówkę, ukrawałem sobie kawałek i pałaszowałem prosto z noża. Ojciec pieklił się o to, a na wakacjach gruchnęła plotka, że nie dojadam. W końcu jaki normalny chłopak chce żywić się samym masłem? Taki jednak miałem kaprys. Potem przestawiłem się na zupki chińskie, hod-dogi, pizze i hamburgery.

Z tych czasów została mi niesłychana dbałość o obecność masła w lodówce. Zawsze, gdy przychodzą zakupy martwię się, że kurier go nie spakował. Pamiętam bowiem te straszne dni, kiedy zabrakło masła i polewałem kanapki oliwą. Boję się, że powrócą, a przecież nie pójdę sam z siebie do sklepu, nie jestem z tych, co tak sobie po prostu do sklepu chodzą. Ale masło brzmi pięknie. Masło oznacza śniadanie.

Tydzień głowy (532)

Posted on 10 grudnia 2018

Tajemnica kawy

IMG-0613

Odkąd pamiętam mój poranek zaczyna się w ten sam sposób. Otwieram swe śliczne oczęta, mówię „kurwa” i człapię kuchni zrobić sobie kawę. Jeśli jestem poza domem, w hotelu, przygotowuję sobie kawę sypaną (jeśli jest czajnik i saszetka), ewentualnie schodzę do restauracji, żeby kawę sobie kupić. Dopiero jak ją wypiję mogę czytać internet, jeść, pracować. Bez kawy jestem człowiekiem nie funkcjonującym.

Po śniadaniu wypijam drugą kawę, koło dziesiątej trzecią, wedle południa wychylam czwartą i byłoby tego. Cztery kawy, dzień w dzień, od siódmej rano do południa.

Nie mam pojęcia jak to się zaczęło. To znaczy nie umiem stwierdzić kiedy, w jakich okolicznościach zacząłem pić kawę i w jaki sposób ukonstytuował się kawowy porządek, który opisuję. Pierwszej kawy również nie pamiętam. Dziwna sprawa, bo nie mam problemów z pamięcią odnośnie innych ważnych rzeczy i momentu, w którym pojawiły się w moim życiu. Mogę dokładnie opisać okoliczności, w jakich wypiłem pierwsze piwo. To samo z winem i wódką. Pamiętam pierwszy pocałunek, pierwszy seks, pierwszego papierosa, pierwszą noc poza domem, pierwsze wakacje, pierwsze samodzielne mieszkanie czy pierwszy pobyt w Warszawie. Odnośnie kawy mam czarną dziurę. Jak kawa.

Przecież kawy nie piłem jeszcze w liceum, a na studiach już tak. Konkretnego momentu nie potrafię jednak wskazać. Kiedy nastąpił? Co sprawiło, że pomyślałem „a teraz wypiję sobie kawę”.

Może ojciec mnie tego nauczył? Tatko również zaczynał dzień od kawy. Wstawał bardzo wcześnie, dużo wcześniej niż ja. Niekiedy nawet o piątej. Szedł do kuchni i szykował sobie kawę w imbryczku. Nie mam jednak żadnych wspomnień związanych z ojcem, porankiem, kawą i mną. Kawę pijaliśmy, jak go odsiedziałem, ciągle z imbryczka, zawsze z tych samych filiżanek. Oznacza to jednak, że z kawą byłem już za pan brat.

Przyjmijmy, że piję kawę od dwudziestego roku życia. Mam teraz czterdzieści jeden, co oznacza, że piję cztery kawy dziennie od dwudziestu jeden lat. Daje to, jak łatwo obliczyć, ponad trzydzieści tysięcy kaw. Przecież tyle razy się nawet nie całowałem. Nie wypiłem tylu piw i kieliszków wódki. Przypuszczalnie nie zjadłem tylu posiłków. A nie pamiętam. Gdybym się uparł, mógłbym przemnożyć też objętość filiżanki. Wówczas poznałbym rozmiary wypitego morza kawy.

Tajemnica kawy pozostanie jednak nie rozwiązana. Już zawsze będzie zagadką. Jak to się zaczęło? Przyjmijmy, że nie zaczęło się nigdy i jestem człowiekiem, który zawsze pijał cztery kawy dziennie.

 

 

Older Posts