porusza i prowokuje...

orbitowski

tydzień z głowy (481)

Posted on 11 grudnia 2017

O naprawianiu świata.

metropolis

Ostatnio dużo słyszę o mocy artystów, o tym, że głos ludzi sztuki ma jakieś wielkie znaczenie i powinien zostać wysłuchany. Moim zdaniem taki głos jest wart dokładnie tyle, co pani ze sklepu albo studenta, zapewne nawet mniej. Ale skoro niektórzy chcą nawet opiniować wybór ministra, to i ja dorzucę swoje: oto garść postulatów, których realizacja niewazwodnie uczyni świat lepszym, a nawet bezludnym.

  1. Wszystko musi zawsze działać. Działanie jest stanem normalnym, który nie podlega nagrodzie. Niedziałanie podlega karze wymierzanej w trybie natychmiastowym.
  2. Od zasady „wszystko musi zawsze działać” nie ma żadnych wyjątków. Tramwaje, autobusy, pociągi i taksówki muszą przyjeżdżać natychmiast, jeździć bezpiecznie ze straszliwą szybkością. Kelnerzy muszą przynosić ciepłe jedzenie w sekundę po złożeniu zamówienia. To jedzenie jedzenie musi być zdrowe i koniecznie w panierce. Policjanci muszą zatrzymywać winnych i wypuszczać niewinnych. Sądy mają niewinnych uniewinniać, a winnych skazywać, warto więc dodać, że:
  3. Karą za niedziałanie jest śmierć. Nie ma żadnej innej kary. Kara śmierci zastępuje wyroki więzienia, grzywny a nawet mandaty za przekroczenie prędkości. Wykonywana jest natychmiast, przez najbliższego obecnego pisarza. Pisarze najlepiej nadają się do tego zadania, albowiem nawykli do zabijania swoich bohaterów.
  4. Ponieważ człowiek skazany na śmierć przestaje działać, należy ukarać go ponownie jedyną możliwą karą, omówioną w punkcie trzecim niniejszej dezyderaty.
  5. Wszyscy ludzie muszą porozumiewać się szeptem. Podnoszenie głosu jest obłożone wiadomym rygorem. Ze względu na umiłowanie ciszy wprowadza się również szepczące klaksony, sygnały karetek i syreny przeciwmgielne. Jedynie muzyka metalowa może być puszczana głośno. Należy ją cały czas puszczać.
  6. Jedynymi ludźmi, którzy nie muszą szeptać są pisarze. Właściwym sposobem artykułowania pisarskich myśli jest wrzask. W gruncie rzeczy chodzi o to, aby pisarz darł koparę, zaś interlokutor garbił się i szeptał. Tak, garbienie się jest również wskazane. Należy również wprowadzić zasadę, że im istotniejszy pisarz, tym głośniej może wrzeszczeć.
  7. Wszyscy (poza pisarzami) muszą czytać książki. Nie czytasz nie idę z tobą do łóżka, a nawet nie masz łóżka, ani dachu nad głową, ani w ogóle nic. Nie czytasz – nie działasz. Niewidomi zamiast renty dostaną zestaw audiobooków (zasilając w ten sposób konta pisarskie, zawsze nazbyt płytkie). Głuchoniemych ześlę się do kółka literackiego, gdzie pisarze przekażą im swoje dzieła alfabetem Morsea, waląc ich pałkami po głowach.
  8. Pisarz nigdy, przenigdy nie jest seksistą. Kto oskarża pisarza o seksism, ten nie działa.
  9. Nikt poza pisarzem nie może nosić granatów, panzerfausta ani latać po mieście z siekierą.

 

Noblesse oblige!

 

Tydzień z głowy (480)

Posted on 4 grudnia 2017

O potworze

minotaur

Nieustannie jestem pytany o ewolucję swojej twórczości. „Nieustannie” odnosi się oczywiście do sytuacji publicznego przepytywania na spotkaniu autorskim albo wywiadu. Pani w sklepie nie zapyta raczej, czemu nie piszę już fantastyki. Kanar w tramwaju chce biletu, a nie nowego horroru sygnowanego moim nazwiskiem. Naprawdę dobrze zrobiłem, zajmując się czymś tak nieważnym i niszowym jak literatura. Mam święty spokój.

Zawsze kochałem potwory i próbowałem pisać właśnie o nich. Miłość do potworów wzięła się z wczesnej nastoletniości, z książek Mastertona i Tolkiena, horrorów na VHS i okładek płyt metalowych. Potem, w późnych latach dwudziestych, kiedy nieco poważniej zaczynałem myśleć o literaturze, zdecydowałem, że będę pisał fantastykę, o potworach właśnie.

Sprawę potraktowałem poważnie. Pisałem przecież dla dorosłych. Chciałem w pierwszym rzędzie, aby każdy mój potwór coś znaczył, no i był naprawdę przerażający. Potwór powinien przerażać, prawda? Zresztą ludzkość wymyślała potwory, aby się ich bać, ale i żeby się od nich uczyć. Sfinks mówi nam o tym, że mądrość pozostaje bezradna wobec ślepego przypadku, a los zwycięzcy i zwyciężonego bywa jednakowy. Winy nie zdołamy ukryć nawet w labiryncie – oto historia Minotaura.

Nakręcałem się tymi opowieściami, próbując stworzyć potwora najstraszliwszego z możliwych. Wydawało mi się, że będzie nim byk ze „Szczęśliwej ziemi”. Padło jednak na człowieka, na Jędrka z „Innej duszy”. Byk go zapowiadał. Miał przecież ludzkie dłonie.

A potem, przy najnowszej książce zrobiłem coś, do czego wcześniej brakowało mi odwagi. Sprzątnąłem potwora, spojrzałem w grozę, którą przesłaniał, która go zrodziła.

 

 

 

tydzień z głowy (479)

O trasie promocyjnej 

big_1439898834_image

Jest ósma rano, leżę w pokoju hotelowym, jestem cholernie zmęczony i ostatnią rzeczą na jaką mam ochotę jest pisanie idiotycznego bloga, czy czegoś podobnego.

Dwa tygodnie temu wyruszyłem w trasę promocyjną z okazji premiery „Exodusu”. Trójmiasto, Warszawa, Racibórz, Łódź, Wrocław, dziś Katowice i do domu. Oczywiście jeszcze sobie pojeżdżę, ale nie tak długo. Ręka zrosła mi się z walizką, dresiwo zżera pośladki.

Jestem nie tylko zmęczony, ale wzruszony i szczęśliwy. Chcę napisać coś bardzo prostego, coś w czym nie ma żadnej wielkiej myśli, głębszej refleksji, nic. Przez całe moje życie i tzw. karierę pisarską mówiłem do pustej sali. Na spotkania przychodziło parę osób. Ta niemiła sytuacja poprawiła się nieco po premierze „Innej duszy” i rejwachu jaki narobiła ta nieładna książka.

Mam świeżo w pamięci „Worek kości” nabity ludźmi z okazji premiery, długą kolejkę na targach książki, czytelnicy stawili się nawet w Empiku, ku czemu niezbyt się akurat garną. Gadałem więc bzdury, podpisywałem książki, przybijałem piątki, a nawet popijałem wódeczkę. W tym też upatruję źródła mojego zmęczenia. Bardzo chcę wrócić do domu.

Nagle dotarło do mnie, że moje życie jest życiem sensownym, a praca pisarska którą wykonuję ma sens – rezonuje z ludzkim sercem. Piszę i jestem czytany. Niewielu ludzi pióra może o sobie to powiedzieć. Więc warto się męczyć, warto jeździć i nie dosypiać.

A dzisiaj koniec, bo wracam do domu. Piszę te słowa z pewnym niemal dziecinnym wzruszeniem bo znowu mam dom, w którym jestem oczekiwany i witany z miłością. Te dwie dobroci – dom i bycie czytanym – składają się na coś, co można nazwać życiem szczęśliwym. Oczywiście boję się, że to zmiażdży mnie twórczo, połamie. Zacznę pisać wesołe książki i co wtedy?

Tydzień z głowy (478)

O pierdoleniu 

Platos_Academy

Jest późne popołudnie, piątek, a ja pierdolę razem z dwoma kolegami na spotkaniu bibliotecznym w Gdyni. Ujmując sprawę ściślej, to głównie koledzy pierdolą, gdyż mnie przypadła rola moderatora. Kontroluję pierdolenie tych znakomitych gości, popycham je we właściwym kierunku i pomagam wydobyć esencję tego pierdolenia. Na szczęście goście są otwarci i stwarzają okazję, abym i ja troszeczkę sobie popierdolił.

Tu muszę opowiedzieć, że pierdolenie mych dwóch interlokutorów jest pierwszoklaśne, creme de la creme. Mało kto tak pięknie, kwieciście pierdoli w naszym, skądinąd nawykłym do pierdolenia kraju. Wystarczy spojrzeć na zachwyconą publiczność. Dla takiego pierdolenia warto przyjechać z Gdańska, Sopotu a nawet Wejherowa.

Mniej więcej w połowie naszego pierdolenia do sali wchodzi chłopak. Ma może dwadzieścia lat, dżinsy i sweter. Przepycha się między ludźmi, siada przed instrumentem klawiszowym, zakłada słuchawki, rozkłada nuty i zaczyna grać, mając kompletnie w czterech literach nasze pierdolenie.

Jesteśmy czterdziestoletni, jesteśmy docenieni, wydaliśmy słynne książki, nazbieraliśmy trochę nagród, a jeden z nas to nawet, fiu fiu, w filmach występował. Ludzie nas kochają. Przynajmniej niektórzy. Tymczasem ten chłopak ma za nic całą naszą wielkość, gra i słucha tego grania na słuchawkach. Niby dalej pierdolę, słucham pierdolenia, tylko nie mogę oderwać wzroku od tego chłopaka. Jest pięknie skupiony, garbi się nad instrumentem, trąca klawisze, a ja łapię się na pragnieniu, że chciałbym posłuchać tego, co tam gra.

My niby mamy wszystko, on nie ma nic, nawet własnego instrumentu. A może na odwrót? Co utraciłem, pierdoląc w Gdyni? Ten chłopak znalazł w sobie determinację, aby tutaj przychodzić. Jest artystą marzącym, szukającym, takim, który jeszcze się nie zamanifestował, nie wie nawet (bo i skąd), czy kiedyś mu wyjdzie, czy też nie.

Ale życzę mu tego, życzę naprawdę i z całego serca. Chciałbym, aby grał muzykę, jaką lubi, zyskał słuchaczy i zarobił pieniądz, chciałbym też, aby kiedyś, za dwadzieścia lat, przyszedł do tej biblioteki popierdolić troszeczkę. My, artyści, okropnie lubimy pierdolić, więc i on polubi. I może na spotkanie z nim wpełznie jakiś chłopaczyna w golfie i skórzanej marynarce, rozłoży przed sobą książki, odwróci się plecami do wszystkich, nałoży słuchawki i zacznie pisać.

 

tydzień z głowy (477)

O maniactwie

IMG-2278

Najbardziej dorosły byłem w wieku trzydziestu lat, kiedy rodził się mój syn, a ja nosiłem sztruksy i beżowe koszulki z ravela. Naprawdę uważałem, że życie w substancjalnym swym sensie już niczego mi nie przyniesie i pobiegnie w wiadomym, oczekiwanym społecznie kierunku zwieńczonym przez śmierć. Nie przeczuwałem skali nadchodzącej zmiany, tego, że wszystko runie i wyruszę w długą wędrówkę, zatoczę koło i dekadę później wyląduję w miejscu, z którego piszę te słowa.

Pewne rzeczy uległy przemianie, inne wzmocnieniu. Na przykład staję się coraz większym metalowym maniakiem, rzekłbym: wprawiam się w rzeczonym maniactwie. Na urodziny dostałem kilka płyt winylowych. W piątek kupiłem sobie trzy kolejne (w tym pierwsze wydanie „Ready for Boarding” Running Wild, ta płyta jako jedyna nie doczekała się wznowienia), wystarałem się o adapter za flaszkę i będę się bawił w zbieractwo, mając pełną świadomość, że to tylko odpychanie pustki.

Więcej sentymentów. Więcej zespołów, więcej nagrań. Śledzenie nowych wydań na ebay. Porównywanie okładek pierwszej i trzeciej wersji. Książki, gazety. Wyjazdy na koncerty. Rozmowy o muzyce. Tyle dziur w dyskografiach. Czasami przysiadam sobie na brzegu łóżka, popijam whisky i przyglądam się półeczce z płytami. Przeczuwam istnienie wspomnień zapisanych w dźwiękach: jakichś imprez, koncertów, dziewczyn. Nic nie pamiętam, nie mam tych wspomnień. Tylko przeczuwam ich istnienie. Coś kiedyś mi się przydarzyło.

Może tak powinno być? Może wraz z wiekiem powinienem stawać się coraz większym metalowym maniakiem i za dwadzieścia lat (jeśli dożyję) będę miał siwe długie pióra (z łysiną pośrodku) oraz katanę z telewizorem i naszywkami? Nie sądzę. Niczego nie można jednak wykluczyć, podobnie jak tego, że metal mnie opuści, tak jak czyniły to kobiety, jak uczyniła to fantastyka. Nie myślę nad tym, bo zajmuję się, tak jak już napisałem, odpychaniem pustki.

Ale jest coś jeszcze. Odezwał się do mnie jakiś młody człowiek i powiedział coś w stylu: „Panie Łukaszu, dziękuję panu, że pan łazi po telewizjach w tych koszulkach, zwłaszcza że pan już swoje lata ma, ale dzięki panu ja wiem i masa innych ludzi wie, że to żaden wstyd być metalowcem”. No i tak. Czy zniszczyłem komuś życie? Całkiem możliwe. Ale ma rację, żaden wstyd.

Tydzień z głowy (476)

O jesieni

bruin-asleep-in-the-blueberry-bushes-bamsen-sover-i-blaablyngen-1900

Grafika: Theodor Kittelsen

Jesienią, wieczorem, gdy jestem na mieście, odnoszę wrażenie, że śnię. Ludzie wydają się więksi w tych swoich kurtkach i płaszczach. Światła tramwajów i samochodów rozpraszają się w deszczu. Dzieci włażą w kałuże, a słońce zachodzi już o czwartej. Wszystko wokół jest, kurwa, niemożliwe i w chuj skandaliczne.

Na siłowni urządzają drzwi otwarte, z których może skorzystać każdy, kto przypomniał sobie, że ma ciało, i pragnie je upiększyć, najlepiej w jedno sobotnie popołudnie. Gruba baba plącze się w gumkę do rozciągania, zaczyna dyszeć, rozprostowywać palce i wygląda kubek w kubek jak Elmer Fudd, któremu królik Bugs przyłożył do nosa wyrwaną dwururkę. Tipsiary i studentki obłażą maszyny i stukają w komórki, jakby od tego, a nie od powtórzeń, schodziły nienawistne kilogramy. Ojcowie rodzin potykają się o hantle, ale najgorsi są biegacze przechwalający się swoimi osiągnięciami nawet w saunie i pod prysznicem.

W pobliskim markecie istne pandemonium, którego nie osłodzą nawet znicze przecenione po Wszystkich Świętych. Doprawdy, gdybym teraz skonał, można by oświetlić mi grób naprawdę po taniości. Tymczasem żyjący tłoczą się do dwóch jeno czynnych kas. Kolejka ciągnie się przez całą alejkę, zahaczając jeszcze o zaułek z wódą. Połowa oczekujących osuszyłaby teraz pół litra jak nic. W końcu niedziela, rodzinność trzeba przetrwać, przemęczyć. Póki co stoimy. Ludzie sapią, klikają, klekocą wózkiem o wózek i szepczą. Powietrze drży od oskarżeń i podejrzeń, powiedzianych i pomyślanych. Kto zawinił? Czemu stoimy? Czy kasjerzy zasłużyli na podwyżki? Czy przez te podwyżki część z nich zwolniono? Czy pracują powoli, bo są dobrze opłacani? Dlaczego jeszcze nie ma tu automatów?

Kontrolerzy biletów raptem robią się mili. Jadę tramwajem, wskakują kanary, szukam portfela i uświadamiam sobie, że zostawiłem go w szafce, po treningu. Kanar podchodzi, tłumaczę mu, jak to wyszedłem bez dokumentów, chcę dopowiedzieć coś jeszcze, a on macha rękę i idzie. Dlaczego? Bał się, uznał, że nie warto, czy kierował się innym powodem? Lub, mówiąc trafniej, coś nim kierowało? Może zmiana w kanarach jest częścią innej wielkiej zmiany? Tej jesieni policjanci staną się odważni, księża oszczędni, nauczyciele oczytani, robotnicy pracowici, dziwkom pod fiszbinami wyrosną nagle dobre serca, a pisarze, ci strażnicy sumień, po raz pierwszy zainteresują się kimkolwiek i czymkolwiek poza sobą.

tydzień z głowy (475)

40

IMG-2232

Byłem pewien, że nie dożyję. Przyjaciel przypomniał mi niedawno, jak za młodu bawiliśmy się perspektywą rychłej śmierci. Zastanawialiśmy się mianowicie, jak będziemy wyglądali w wieku lat czterdziestu. Nabrałem na palec popiołu z popielniczki i powiedziałem: „O tak”. A jednak żyję. Więcej nawet, cieszę się doskonałym zdrowiem, wiem, dokąd zmierzam, czego chcę i czego potrzebuję.

Mam dwie prace, obie dość trudne, ale bardzo satysfakcjonujące. Mogę przyrównać je do wycieczek wysokogórskich. Gramolenie się po jakichś turniach i graniach trudno uznać za przyjemność w prostym, hedonistycznym sensie, ale jednak ludzie walą w Karpaty. Moment na szczycie wynagradza trudy. Innymi słowy, praca jest mi namiętnością, a nie poświęceniem.

Mam dom, czyli miejsce, do którego wracam z radością i jestem z radością przyjmowany. Miewałem już taki i nie przypuszczałem, że zdarzy mi się jeszcze coś podobnego. Zapomniałem, jak dobrze jest mieć dom, jak bardzo to potrzebne. Mężczyzna bez domu, tak sobie myślę, jest trochę mniej mężczyzną. Dom daje przestrzeń i sens dla każdego ruchu. Za jego sprawą w przyszłość spoglądam bez lęku.

Jestem bardzo kochany przez wielu zacnych ludzi i czasem jest tak, że nie wiem, co z tą miłością zrobić. Wydaje mi się czymś, na co w żadnym razie nie zasłużyłem. Czasem jednak myślę, że ci wszyscy ludzie, którzy mnie kochają, nie są kompletnymi idiotami, więc może istnieje jakieś uzasadnienie dla tej miłości. Znam swoją ciemność. Znam swoje zło. Kto wie, może zdołam dostrzec w sobie i to uzasadnienie?

Wczoraj miałem prapremierę nowej powieści połączoną z bibką urodzinową. Na spotkanie autorskie przyszło mnóstwo ludzi, w większości mi nieznanych. Ośmielam się sądzić, że byli to czytelnicy. Przez wiele lat na premierach własnych książek mówiłem do paru osób. Teraz nie mogli się zmieścić. Potem napiłem się whisky, patrzyłem na kochane, przyjacielskie mordy i myślałem o tym, jak wielkie mam w życiu szczęście. A potem coś ukłuło w sercu. Pomyślałem: „Tato, szkoda, że tego nie widzisz. Przez większość życia martwiłeś się o mnie, zapewne słusznie, i nie wiesz, nie możesz zobaczyć, że wreszcie jestem bezpieczny”.

O łaźniach węgierskich 

baths

Madziarom zazdroszczę tradycji termalnych. My, Polacy, jesteśmy od nich nieszczęśliwie wolni. Nie uważam, aby z polską tradycją było coś niewłaściwego. W gruncie rzeczy wydaje mi się całkiem zwyczajną mieszaniną dobrego i złego, jak u wszystkich. No, ale termy to by się przydały.

Kiedy – dawno temu, w innym życiu – ostatnim razem byłem w Budapeszcie, mój przyjaciel namówił nas na termy. Trudno mi sobie przypomnieć, które to akurat były, ale chyba te największe, z mnóstwem najróżniejszych saun, sadzawek i basenami pod gołym niebem. Trafiłem tam akurat w styczniu. Skromnie odziany jedynie w kąpielówki wybiegłem na mróz i zaraz hyc do ciepłej wody. Obok potężni, wąsaci Węgrzy przestawiali figury na pływających szachownicach, a nade mną, w masie ciepłego powietrza, skraplały się ciężkie płatki śniegu.

Drugi raz poszedłem dzisiaj, już do innej łaźni – tu przynajmniej pamiętam nazwę, termy Lukasa – i przez dwie godziny taplałem się beztrosko niczym wolny od pokus ciała starzec. Do basenów prowadziły kamienne schody. Na ścianach otwierały się cegły, kruszały płaskorzeźby. Basen znajdował się pod rdzawą kopułą, a jedyne źródło światła dawały umieszczone w niej małe, przeszklone lufty. Zniknął czas. Była tylko ta woda siarczana i ludzie w niej zanurzeni. Siedzieli tak jak dwadzieścia, może sto lat temu. Gdyby nie tatuaże, też byłbym bezczasowy.

Łaźnia jest jedynym znanym mi miejscem, gdzie nie ma smartfonów. Oto enklawa wolna od klikalności. Lubię ją także z innych powodów. Uwielbiam starych Węgrów z ich brzuszyskami, z resztkami włosów lepiącymi się do karków, z wąsami, sękatymi kolanami i luźną skórą na ramionach. To potężni mężczyźni, lecz ta potęga nie zasadza się już na fizyczności, lecz (chyba) na tej głębszej sile, będącej podstawą siły ciała, głowy, ducha. W łaźni też wolno być brzydkim. Większość ludzi, których tam widziałem, miała brzydkie, stare ciała – a w ich zgodzie na ten stan rzeczy, w naturalności bycia dostrzegłem wielkie piękno. Wielkie piękno w brzydocie – wiem, jak to brzmi. Ale tak właśnie jest.

.

Tydzień z głowy (473)

O tym, skąd jestem

IMG_2073

Lubię myśleć, że przybyłem z nicości, ewentualnie, że wziąłem się z gówna. Ukształtowały mnie filmy na kasetach video, komiksy, kasety Iron Maiden i powieści Mastertona. Do niedawna tak uważałem, ale zmieniłem zdanie. Już wiem: jestem z książki „Od Lewiatana do Jormungandra” pióra Zofii Drappelli.

Jestem z tej książki tak bardzo, że zapomniałem o jej istnieniu. Niedawno przeszperałem moją dziecinną biblioteczkę w mieszkaniu mamy. Szukałem jakiejś innej książki, a znalazłem tę właśnie, oprawioną w gruby papier, tak aby się nie zniszczyła.

Usiadłem i zaraz przeczytałem ją całą, stając się na ten czas dziesięcioletnim chłopcem, który otworzył ją po raz pierwszy. Drapella pisze o morskich potworach: trytonach, celsusach, polipach i wężach morskich, w szerokim mitologicznym ujęciu. Najciekawszy był oczywiście rozdział o wodnych dziwadłach ze wskazaniem na rybę-biskupa. Taką złowiono akurat w Polsce. Czemu mnie to nie dziwi?

Drapella konsekwentnie ujawniała kulturę, z której pochodziły te stwory. To u niej po raz pierwszy przeczytałem fragmenty eposu o Gilgameszu, dowiedziałem się o Marduku ćwiartującym Tiamat, zobaczyłem cudaczną głowę straszliwego boga Seta i niewiele lepszego Wisznu w towarzystwie dziewięciogłowego węża. Właśnie! Przecież u Drapelli było pełno ilustracji. Fotografie rzeźb, reprodukcje obrazów i rycin tłoczyły się niemal na każdej stronie.

Czytając – a nade wszystko oglądając – książkę Drapelli, zrozumiałem, że mój strach przed potworami (a bałem się ich naprawdę) nie jest niczym niezwykłym. Dorośli ludzie, na przykład kapitanowie statków, również się ich obawiali, a nikt nie uważał ich za tchórzy. Może ze mną nie było tak źle. Ponadto pojąłem coś, co przeczuwałem już wcześniej: sensem świata jest tajemnica, w tym wypadku ukryta pod wodą. Nie należy też ufać temu, co napotykam. Wyspa zawsze może okazać się morskim smokiem pogrążonym w drzemce.

Naczytałem się o potworach i postanowiłem stworzyć własne. Pani Zofio, dziękuję.

 

 

 

Tydzień z głowy (472)

O dwóch kominach elektrociepłowni w Łęgu

IMG_2058

Każdemu coś tam kojarzy się z domem. Dla niektórych będzie to banalny zapach babcinego ciasta, dla innych knajpa-osiedlanka, dla jeszcze innych woń przetrawionej wódy i ciężka pięść tatuśka. Dom jest pojęciem pojemnym i takie też skojarzenia wywołuje.

Mnie dom kojarzył się z dwoma kominami elektrociepłowni w krakowskim Łęgu. Tak się składa, że mieszkam niedaleko tego fantastycznego miejsca. Co prawda okna mojego mieszkania wychodzą na zachodnią część Krakowa, ale to przecież nie ma znaczenia. Zawsze mogłem podejść do okna na klatce schodowej – wówczas moim oczom ukazywały się te dwie muskularne france, te rdzawe pały sterczące ze stali i gruzowiska. Oczywiście jestem człowiekiem nudnym i rozsądnym. Nie wychodziłem z domu, aby popatrzeć na kominy.

Nieustannie jeżdżę. Niechętnie wychodzę, za to z radością wracam do swojej oswojonej i bezpiecznej przestrzeni. Ponieważ Kraków znajduje się na południu, niemal zawsze nadjeżdżałem z północy. Siedziałem w pociągu i robiłem rzeczy pociągowe: pisałem, oglądałem filmy, czytałem książkę. Krajobraz za oknem niewiele mnie obchodził, ale raz na jakiś czas spoglądałem w okno, czy przypadkiem nie widać już dwóch kominów łęgowskiej elektrociepłowni wyrastających z horyzontu. Wówczas mówiłem sobie: „Ale fajnie, Orbitowski, niedługo będziesz w domu”.

Pewnego razu zobaczyłem, że jest tylko jeden komin, i świat usunął mi się spod stóp. Myślałem, że zaszła jakaś pomyłka i ten samotny komin jest zupełnie innym kominem, wzniesionym gdzie indziej w jakimś odmiennym celu. Przecież nie może być tak, że nagle znikają kominy. No, ale trzeba było się z tym pogodzić. Było i nie ma, a ja dalej będę przyjeżdżał i wyjeżdżał, usadowiony przy oknie w pociągu.

Potem zobaczyłem film z rozbiórki komina, całkiem imponujący. Muskularne urządzenie umieszczone na szczycie rozbierało tę konstrukcję na kawałki, wygryzając kęsy cegieł. W toku tej mozolnej operacji komin malał i kruszał, stając się coraz mniej kominem, aż wreszcie zniknął zupełnie, pozostawiając swojego samotnego towarzysza. Problem w tym, że ten samotny komin nie kojarzy mi się z domem, muszę dopiero dla niego jakieś skojarzenie wymyślić. 

Older Posts