tydzień z głowy (178)
Czyż pisarz nie jest dwunożnym aparatem fotograficznym? Czyż nie winien uchwycić chwili? A jeśli tego nie jest winien, to czego jest? Oto siedzę sobie w knajpie, w międzynarodowym porcie lotniczym imienia Fryderyka Chopina. Obok mnie na stole leży karton papierosów marlboro light, czarna kawa bez mleka i cukru, telefon komórkowy, kufel, w którym znajduje się piwo, oraz talerz, na którym nie znajdują się już parówki z boczkiem i topionym serem. Jest dziewiąta rano. Mężczyzna obok gada przez telefon, a swoje piwo już dopił. Naprzeciw mnie wznosi się szara ściana przerżnięta przez szkło. Wędruje smutna kobieta w mundurze, ludziom nawet coca cola leci z rąk. Dziewczyna z obsługi jest człowiekiem bez funkcji, ani to kasjerka, ani kelnerka, ani herod z ochrony, po prostu spaceruje między stolikami, ręce ma skrzyżowane na plecach, nad, bądźmy szczerzy, dość płaskim i nieładnym zadem. Fartuszek jest jak sutanna. Dziewczyna krąży i unosi głowę, okręca się wokół blatu, ląduje przed barem i przybija żółwika z kolegą, coś się udało, fajnie jest. Pierdolą teraz sobie, czworo pracowników za ladą, w miejscu dla mnie niedostępnym, śmieją się i są umundurowani. Chłop z lalą mają bordowe koszule, jest dziewczyna w białym i menda w swetrze. Menda jest najważniejsza, gdyż śmieje się najgłośniej i wychodzi pierwsza. Menda jest płci ledwomęskiej. Moja dziewczyna – ta, która spaceruje między stołami, krzyżując ręce nad płaskim, nieładnym zadem – pozostaje odcięta, przerzuca jakieś słowa przez bar. Tak właśnie tu jest. Co z tego, że tak właśnie tu jest? Facet przy stoliku obok wypił już piwo i dalej pierdoli farmazony w martwe ucho smartfona. Chuj ci w dupę, kolego, nie pierdoli się przez telefon w restauracji, nawet jeśli jest to restauracja na międzynarodowym porcie lotniczym imienia Fryderyka Chopina, gdzie kawa, piwo i dwie parówki kosztują równo pięćdziesiąt dwa złote, co mam w chuju, ale nie każdy ma. Za to brakuje Internetu. Dlatego piszę? Może i dlatego, bo kawa, piwo i parówki na międzynarodowym porcie lotniczym imienia Fryderyka Chopina powinny kosztować nieco mniej, a jak tyle kosztują, mogliby dorzucić do tego chociaż sieć. Pani przy kasie powiedziała, że muszę iść do jakiejś bramki, to złapię Internet, ale nie mam ochoty nigdzie iść, ani mi w głowie wędrówka przez międzynarodowy port lotniczy imienia Fryderyka Chopina. Tak czy inaczej, skurwiel, sukinsyn napierdala do martwego smartfona, że kwestia jest taka i taka, rozmowa za barem się rozsypała, dziewczyna z dłońmi skrzyżowanymi nad płaskim, nieładnym zadem wędruje za moimi plecami i nigdy nie doczeka świtu. Jest dziewiąta rano. Dlaczego to piszę? Przede mną stoi matka z dzieckiem. Matka nie kocha ojca swojego dziecka, ale dziecko kocha ojca – to widać. Pojawił się nowy człowiek, pije colę i wsuwa sute śniadanie, czyli mięcho z jakąś taką sałatką. Oskrobane marchewki wyglądają jak fiuty pigmejów. Jamnicze pręty. Jest chwila zawieszenia. Pytam siebie: jak się czujesz, Łukasz? Otóż Łukasz nie wie.





