porusza i prowokuje...

Uncategorized

pierwsza recenzja „ognia”

(…)
Przede wszystkim pisarzowi należą się brawa za odwagę. Nie tylko bowiem stworzył swego rodzaju wariację historyczną, ale też ujął ją w dramatyczne ramy. Ogień bowiem jest dramatem, rozpisanym na trzy akty, okraszonym dość bogatymi didaskaliami. Jeżeli ktoś z Was bałby się, że tego rodzaju forma do niego nie przemówi to uwierzcie, że efekt jest odwrotny – ten zabieg sprawił, że w tekst można zagłębić się totalnie, skupiając się na tym, co naprawdę w nim ważne i warte wychwycenia. Krótkie, urywane zdania, dużo niedopowiedzeń i wykrzyknień potęgują napięcie, skupienie i wrażenie całkowitego pochłonięcia przez słowa. Dodatkowo, w trakcie lektury kilkakrotnie odniosłam wrażenie, że gdyby ten dramat przenieść na scenę, można by jeszcze mocniej i wyraźniej spotęgować efekt, który w danym akcie chciał osiągnąć Orbitowski. Pisarz bowiem fenomenalnie bawi się światłem, które raz zanika, raz jest zbyt mocne, niekiedy ogranicza się z kolei do jednej świeczki. Didaskalia oczywiście pomagają w budowaniu napięcia etc., ponieważ możemy sobie dokładnie wyobrazić, jak wygląda „scena”, na której znajdują się bohaterowie, jednak gdyby zobaczyć to na żywo, efekt zdecydowanie byłby jeszcze mocniejszy.

Chapeau bas należy się pisarzowi również za to, że w tak zręczny i (nie bójmy się tego słowa) pierwszorzędny sposób połączył dwie historie, które (przynajmniej teoretycznie) nie mają ze sobą nic wspólnego. Na gruncie dwóch zupełnie różnych opowieści, rozgrywających się w innej rzeczywistości politycznej, innym czasie historycznym, dotyczących ludzi, którzy nie mają ze sobą absolutnie nic wspólnego zbudował historię uniwersalną, w której na bok idą „okoliczności łagodzące” i liczy się jedynie człowiek – z każdym swoim kompleksem, bagażem doświadczeń, radością, zgorzknieniem, długo chowaną urazą etc. I nagle okazuje się, że te cechy, które nosili w sobie ludzie sprzed ponad pół wieku, obecne są również w ludziach nam współczesnych. Bo ta książka to przede wszystkim traktat na temat człowieka. Jego potrzeb, tajonych pragnień, niesprawiedliwych oskarżeń, odwagi w walce o to, co wydaje nam się słuszne. I nie jest istotne, czy mówimy tu o konflikcie dwóch braci, którzy wykorzystują spór o nieruchomość jako pretekst do wypominania sobie wszystkich krzywd i wad czy o góralu, który był gotowy oddać życie w imię walki i wojny, na której stracił wszystko. Zawsze bowiem w centrum zainteresowania pisarza jest człowiek.
(…)

całość na fantasta.pl

kwiatkowie

Posted on 20 czerwca 2012

Wszelkie próby reanimacji tego bloga zawiodły. Wygląda na to, że ten, tak zwany zakątek w sieci dalej będzie służył tylko udostępnianiu kolejnych odcinków „Tygodnia z głowy”, oraz linków, recenzji i wywiadów ze mną. Trudno. Póki co, to się nie zmieni. Ale, namówiony przez Szczepana Twardocha, wraz z Witem Szostakiem włączam się w inną inicjatywę sieciową. Oto właściwy adres: http://kwiatkowie.blogspot.com Nie umiem w tej chwili przewidzieć, co z tego wyniknie. Mam nadzieję, że będziecie bawić się lepiej od nas, choć my bawimy się nieźle. Jest to też mój najbliższy kontakt z florą jaki kiedykolwiek miałem.

Hop na jawnych snach

Posted on 19 czerwca 2012

Dawno, dawno temu z dwoma kolegami próbowaliśmy zawojować rynek komiksu. Teraz już wiem, że wyprawa na podbój kałuży ma mniej więcej tyle samo sensu, ale cóż – młodzi byliśmy. Ubrdaliśmy sobie, że rozpoczniemy od czegoś skromnego, mianowicie od „Przygód młodego Aliena”. Powstały raptem trzy historyjki, każda na stronę. Pierwszą pamiętam dość dokładnie. Mamy panią uprawiającą jogging, pani biegnie, biegnie, aż natrafia na wielkie, znane nam jajo. Zatrzymuje się, pochyla nad ze znaleziskiem, a facehugger skacze jej na twarz, obala i dusi. Kobieta jest martwa. Raptem z części przedniej facehuggera strzelają zadowolone ślepia. Nad nimi unosi się dymek, w dymku myśl alienowa. Myśl brzmi: „HOP!”

No to już wiecie, czemu nie zrobiliśmy kariery. Niemniej, dalej uważam, że „hop!” to cholernie ważna sprawa w życiu mężczyzny, młodego, jak i dojrzałego.

Jedną z pierwszych gier na konsole obecnej generacji, które zrobiły na mnie naprawdę duże wrażenie, był „Batman: Arkham Asylum”. Wydawało się, że nic lepszego nie można wymyślić. Podobał mi się ostentacyjny fuck w stronę perfekcyjnych, wysilonych realistycznie filmów Christophera Nolana, wyrażony w powrocie do estetyki komiksu, urzekała posępna sceneria i sam tryb rozgrywki: tu walka, tam hop z gargulca, tam znów fragment platformowy. Kiedy życzliwy wszystkiemu co nikczemne redaktor Szewczyk przyniósł mi „Arkham City”, zwariowałem ze szczęścia, generowanego przez przekonanie, że powrót do tej samej rzeki jest jednak możliwy. Otóż nie. Drugą odsłonę przygód Batmana zgwałcono metodą na sequela: więcej tego samego. Gubiłem się w tytułowym mieście. Jacyś frajerzy odciągali mnie od celu nadrzędnego. Kim ja do cholery jestem, żeby ganiać za interesami Bane’a? I jeszcze Kobiety-Kota nie dostałem. Przecież – myślałem sobie – jeśli zapłacę za dostęp do tej postaci, to zaraz będę musiał bulić za wszystko.

(…)

ciąg dalszy

rzeczpospolita o „widmach”

Posted on 2 czerwca 2012

Fantastyka – pisał o tym wielokrotnie mój redakcyjny kolega Rafał Ziemkiewicz – nie ma szczęścia. Traktowana jest najczęściej z góry. Mistrzowie „literatury poważnej” uważają twórców fantastyki za przedstawicieli gatunku niższego. Może i popularnego, ale między innymi dlatego właśnie niegodnego uwagi tych, którzy płodzą dzieła na miarę (w ich mniemaniu…) „Ulissesa”.

Dlatego, choć fantastyką (i to polityczną!) zajmowali się najwięksi z wielkich (między innymi Adam Mickiewicz), to fantasta, który próbowałby powiedzieć coś ważnego w którymś z wielkich polskich sporów, stanąłby z góry na straconej pozycji. A już zwłaszcza gdyby spróbował uczynić to w konwencji najmniej poważnej, jaką jest – zdaniem krytyków z górnej półki – tak zwana historia alternatywna.

Na taką straceńczą szarżę zdecydował się Łukasz Orbitowski, chyba najlepszy z generacji urodzonych w drugiej połowie lat 70. polskich fantastów. Nie zostanie doceniony, z racji uprawianego gatunku właśnie. A przecież wypowiedział ważny głos w jednej z najważniejszych polskich dyskusji – tej o powstaniu warszawskim.

Bez powstania świat jest gorszy

Widma” to historia alternatywna, powiedzmy od razu, dość szczególna. Przede wszystkim dlatego, że „normalna” powieść z tego gatunku przedstawia jakąś odnogę rzeczywistości, która od tej nam znanej odgałęziła się na skutek… różnych rzeczy – innej decyzji jakiegoś decydenta czy przypadku. Z logiką bywa pod tym względem lepiej albo gorzej, tak czy inaczej punkt zwrotny historii jest czymś z porządku racjonalnego.

Tymczasem u Orbitowskiego jest inaczej. Cała intryga opiera się na tym, że nie wybuchło powstanie warszawskie. Ale nie dlatego, że na przykład dowódca wywiadu AK, pułkownik Iranek-Osmecki, który w rzeczywistości miał meldunki o załamaniu radzieckiego natarcia pod Wołominem i wzmocnieniu niemieckiego frontu doborowymi jednostkami, spóźnił się na odprawę dowództwa Armii Krajowej, na której podjęto nieszczęsną decyzję o rozpoczęciu akcji, na tę naradę zdążył, więc „Bór” podjął decyzję: „czekamy”. Nie, w „Widmach” powstanie nie wybucha na skutek jakiegoś racjonalnego czynnika, tylko na skutek ingerencji czynnika nadnaturalnego.

Nadnaturalnego i, powiedzmy sobie szczerze, demonicznego. Bo – i to jest drugi element odróżniający powieść Orbitowskiego od większości historii alternatywnych – ich autorzy opisują najczęściej rzeczywistości lepsze od tych realnych. Rosyjski nurt „imperskoj fantastiki” konstruuje całe światy, w których nie było rewolucji październikowej i dziś cesarstwo rosyjskie włada połową świata. Polacy lubują się w opisach mocarstwowej Rzeczypospolitej. Albo chociaż, jak Marcin Ciszewski, który w cyklu powieści o losach współczesnego batalionu WP przerzuconego w rok 1939 realizuje wizję, w myśl której tego rodzaju ingerencja poprawia sytuację „sił dobra” taktycznie, zmniejsza ich straty, ale na wielką wojnę ma wpływ bardzo ograniczony. Polakom udaje się przedłużyć kampanię wrześniową o kilka miesięcy, ale w końcu Niemcy i tak zwyciężają. A na wielką politykę ma to wpływ niemal zerowy. Udział batalionu w powstaniu warszawskim, zajęcie całej stolicy i nawet dowiezienie do niej brygady Sosabowskiego i rządu z Londynu nie zmieniają historii – PRL powstaje i tak.

Tymczasem u Orbitowskiego powstania nie ma, ocalało więc 150 tysięcy ludzi i miasto, ale rzeczywistość dziesięć lat potem bynajmniej nie jest lepsza od tej, którą znamy.

(…)
dalej

Newer Posts
Older Posts