Tydzień z głowy (186)
Dużo wspomnień.
Wieczór z przyjaciółmi w Nowej Hucie, w maleńkim mieszkaniu, gdzie czerwone płótna pełne diabłów pną się pod sam sufit. Rozmawiamy, pijemy whisky i wino, wreszcie zabieram się taksówką do domu, ale stary przyjaciel domaga się innego przebiegu zdarzeń. Przynajmniej na jedno. Jak na jedno, to dobra; lądujemy w roztańczonych Jaszczurach, w piwnicy cuchnącej potem i papierosem, jakaś dziewczyna pyta, czy może na chwilę pożyczyć popielniczkę. Ciężko i smętnie, jesteśmy bardzo pijani, a stary przyjaciel zaczyna wspominać moje pierwsze mieszkanie, niedaleko Karmelickiej w Krakowie. Pamiętam je dobrze: wysoki pokój z piecem, w którym paliłem węglem. Do kuchni szedłem przez łazienkę, a do łazienki przez przechodni korytarz. Miałem mały balkon, na którym mogłem czytać, w weekendy schodzili się goście i wspólnie czekaliśmy świtu. Butelki pękały na gorących głowach. „Nikt, kto tam przychodził, nigdy tego nie zapomni” – powiedział mi przyjaciel w pewnej chwili. Zdumiałem się i ucieszyłem. Wygląda na to, że zrobiłem coś ważnego dla paru osób, dałem miejsce, które jest pamiętane, punkt odniesienia dla wielu innych miejsc, jakąś miarę zażyłości, koleżeństwa, solidarności, przyjaźni, a także męskiej zabawy. Jak do tego doszło? Nie wiem, nie umiem tego stwierdzić ani tym bardziej powtórzyć. Moje późniejsze mieszkania utraciły to ulotne piękno. Wydaje mi się jednak, że nie starałem się specjalnie, nie próbowałem budować czegokolwiek. Miałem niecałe dwadzieścia lat. W tym wieku wystarczy być i każdy, kto próbuje czegoś więcej, nie usłyszy tego, co ja usłyszałem w tej pięknej, wzruszającej chwili w śmierdzących Jaszczurach, po pijaku.
Wielkanoc z moim synem, ojcem i jego żoną, oraz moją byłą żoną, matką Julka. Bawię się trochę z małym, a trochę się nie bawię. Dzielimy się jajkiem i życzymy sobie wszystkiego dobrego, każdy z każdym. Na stole pojawia się wino, sączę powoli, tak aby się nie upić, żeby mój syn nie zobaczył mnie pijanego (tak jak sobie obiecałem – nie zobaczy do czasu, aż zaczniemy chodzić razem na piwo, tak jak ja chodzę na piwo z moim ojcem). Atmosfera robi się rozluźniona, serdeczna. Układanka, klocki lego. Pojawiają się albumy ze zdjęciami. Oglądamy je wspólnie, śmiejemy się, ja i moja była żona, dochodzimy do fotografii z naszego ślubu, ale śmiech nie milknie. Jest dobrze.
U mojej mamy natrafiam na almanach literacki, jedną z tych książeczek, które drukują po domach kultury celem poprawienia humoru dzielnicowym grafomanom. Tom pochodzi z roku 1997, czyli ma piętnaście lat. W środku znajduje się moje młodzieńcze opowiadanie o jakości adekwatnej co do miejsca druku. Ale to nie jest ważne. Na stronie znajduję dedykację sporządzoną moim pismem, przeze mnie podpisaną, następującej treści „Dla najbardziej niesamowitej, najcudowniejszej ex lokatorki Zielonogórskiej 5 – Twój niedoszły i wielokrotnie przyszły Łukasz”. Nie potrafię przywołać nawet cieni, nic w głowie nie chce się zrodzić. Ulica Zielonogórska znajduje się niedaleko Łagiewnik i nie przypominam sobie, żebym bywał w tamtych rejonach. Zapewne bywałem. Odległość pomiędzy Łagiewnikami a moim ówczesnym domem trudno uznać za imponującą, rzekłbym – umożliwia jakieś kochanie. Dlaczego napisałem ten adres? Z reguły tak się nie postępuje. Wygląda na to, że było to ważne miejsce w owym czasie, ta Zielonogórska 5. Znajdowało się tam mieszkanie, które z zapomnianych przyczyn zrobiło na mnie wrażenie. Zapewne nie tylko na mnie. Tajemnicza dziewczyna wyprowadziła się stamtąd, być może nawet pomagałem jej w wyprowadzce, niemniej ważne było miejsce opuszczone, nie aktualne, nowe, o którym moja dedykacja milczy. Najcudowniejsza, najbardziej niesamowita. Kto wie, może na Zielonogórskiej występował pewien deficyt cudowności i niesamowitości? A może nie, może ta dziewczyna zasługiwała, abym napisał o niej w ten sposób? Kim byłaś, do ciężkiej cholery? Powiedz mi. Mogę tylko się domyślać, że nasza znajomość nie była zbyt szczęśliwa z jej punktu widzenia. Takie dedykacje piszemy, kiedy chcemy załagodzić jakąś przykrość, jakieś rozczarowanie. Prawdopodobnie olałem ją w sensie emocjonalnym lub seksualnym. Ewentualnie zawiodłem w tym samym obszarze. Daję jednak krzepiącą nadzieję na przyszłość. Co nie udało się teraz, uda się kiedyś, tak próbowałem zasugerować, jako człowiek bardzo młody i niesłychanie wręcz tępy. Odrzucenia nie sposób załatać, co wiem dopiero teraz.
I wreszcie, co najważniejsze – czemu ta książka znalazła się u mojej mamy? Napisałem dedykację, ale nie dostarczyłem książki właściwej osobie. Coś mnie zatrzymało i wolny egzemplarz zatrzymała mama, pieczołowity kolekcjoner mojej literackiej twórczości. Może uznałem – słusznie – taki prezent za niezbyt sensowny. Książeczka byłaby dla tej tajemniczej dziewczyny niepotrzebna lub szkodliwa. Mogłem też zapomnieć, ona mogła nie przyjść, ja mogłem nie przyjść, nie ma, zniknęło i ani myśli wracać.



