Archiwa dla kategori 'Uncategorized'

Tydzień z głowy (186)

Dużo wspomnień.

Wieczór z przyjaciółmi w Nowej Hucie, w maleńkim mieszkaniu, gdzie czerwone płótna pełne diabłów pną się pod sam sufit. Rozmawiamy, pijemy whisky i wino, wreszcie zabieram się taksówką do domu, ale stary przyjaciel domaga się innego przebiegu zdarzeń. Przynajmniej na jedno. Jak na jedno, to dobra; lądujemy w roztańczonych Jaszczurach, w piwnicy cuchnącej potem i papierosem, jakaś dziewczyna pyta, czy może na chwilę pożyczyć popielniczkę. Ciężko i smętnie, jesteśmy bardzo pijani, a stary przyjaciel zaczyna wspominać moje pierwsze mieszkanie, niedaleko Karmelickiej w Krakowie. Pamiętam je dobrze: wysoki pokój z piecem, w którym paliłem węglem. Do kuchni szedłem przez łazienkę, a do łazienki przez przechodni korytarz. Miałem mały balkon, na którym mogłem czytać, w weekendy schodzili się goście i wspólnie czekaliśmy świtu. Butelki pękały na gorących głowach. „Nikt, kto tam przychodził, nigdy tego nie zapomni” – powiedział mi przyjaciel w pewnej chwili. Zdumiałem się i ucieszyłem. Wygląda na to, że zrobiłem coś ważnego dla paru osób, dałem miejsce, które jest pamiętane, punkt odniesienia dla wielu innych miejsc, jakąś miarę zażyłości, koleżeństwa, solidarności, przyjaźni, a także męskiej zabawy. Jak do tego doszło? Nie wiem, nie umiem tego stwierdzić ani tym bardziej powtórzyć. Moje późniejsze mieszkania utraciły to ulotne piękno. Wydaje mi się jednak, że nie starałem się specjalnie, nie próbowałem budować czegokolwiek. Miałem niecałe dwadzieścia lat. W tym wieku wystarczy być i każdy, kto próbuje czegoś więcej, nie usłyszy tego, co ja usłyszałem w tej pięknej, wzruszającej chwili w śmierdzących Jaszczurach, po pijaku.

Wielkanoc z moim synem, ojcem i jego żoną, oraz moją byłą żoną, matką Julka. Bawię się trochę z małym, a trochę się nie bawię. Dzielimy się jajkiem i życzymy sobie wszystkiego dobrego, każdy z każdym. Na stole pojawia się wino, sączę powoli, tak aby się nie upić, żeby mój syn nie zobaczył mnie pijanego (tak jak sobie obiecałem – nie zobaczy do czasu, aż zaczniemy chodzić razem na piwo, tak jak ja chodzę na piwo z moim ojcem). Atmosfera robi się rozluźniona, serdeczna. Układanka, klocki lego. Pojawiają się albumy ze zdjęciami. Oglądamy je wspólnie, śmiejemy się, ja i moja była żona, dochodzimy do fotografii z naszego ślubu, ale śmiech nie milknie. Jest dobrze.

U mojej mamy natrafiam na almanach literacki, jedną z tych książeczek, które drukują po domach kultury celem poprawienia humoru dzielnicowym grafomanom. Tom pochodzi z roku 1997, czyli ma piętnaście lat. W środku znajduje się moje młodzieńcze opowiadanie o jakości adekwatnej co do miejsca druku. Ale to nie jest ważne. Na stronie znajduję dedykację sporządzoną moim pismem, przeze mnie podpisaną, następującej treści „Dla najbardziej niesamowitej, najcudowniejszej ex lokatorki Zielonogórskiej 5 – Twój niedoszły i wielokrotnie przyszły Łukasz”. Nie potrafię przywołać nawet cieni, nic w głowie nie chce się zrodzić. Ulica Zielonogórska znajduje się niedaleko Łagiewnik i nie przypominam sobie, żebym bywał w tamtych rejonach. Zapewne bywałem. Odległość pomiędzy Łagiewnikami a moim ówczesnym domem trudno uznać za imponującą, rzekłbym – umożliwia jakieś kochanie. Dlaczego napisałem ten adres? Z reguły tak się nie postępuje. Wygląda na to, że było to ważne miejsce w owym czasie, ta Zielonogórska 5. Znajdowało się tam mieszkanie, które z zapomnianych przyczyn zrobiło na mnie wrażenie. Zapewne nie tylko na mnie. Tajemnicza dziewczyna wyprowadziła się stamtąd, być może nawet pomagałem jej w wyprowadzce, niemniej ważne było miejsce opuszczone, nie aktualne, nowe, o którym moja dedykacja milczy. Najcudowniejsza, najbardziej niesamowita. Kto wie, może na Zielonogórskiej występował pewien deficyt cudowności i niesamowitości? A może nie, może ta dziewczyna zasługiwała, abym napisał o niej w ten sposób? Kim byłaś, do ciężkiej cholery? Powiedz mi. Mogę tylko się domyślać, że nasza znajomość nie była zbyt szczęśliwa z jej punktu widzenia. Takie dedykacje piszemy, kiedy chcemy załagodzić jakąś przykrość, jakieś rozczarowanie. Prawdopodobnie olałem ją w sensie emocjonalnym lub seksualnym. Ewentualnie zawiodłem w tym samym obszarze. Daję jednak krzepiącą nadzieję na przyszłość. Co nie udało się teraz, uda się kiedyś, tak próbowałem zasugerować, jako człowiek bardzo młody i niesłychanie wręcz tępy. Odrzucenia nie sposób załatać, co wiem dopiero teraz.

I wreszcie, co najważniejsze – czemu ta książka znalazła się u mojej mamy? Napisałem dedykację, ale nie dostarczyłem książki właściwej osobie. Coś mnie zatrzymało i wolny egzemplarz zatrzymała mama, pieczołowity kolekcjoner mojej literackiej twórczości. Może uznałem – słusznie – taki prezent za niezbyt sensowny. Książeczka byłaby dla tej tajemniczej dziewczyny niepotrzebna lub szkodliwa. Mogłem też zapomnieć, ona mogła nie przyjść, ja mogłem nie przyjść, nie ma, zniknęło i ani myśli wracać.

widmowe spotkanie w Krakowie.

zapraszam na spotkanie poświęcone wydanym niedawno „Widmom”. Wydarzenie będzie miało miejsce 11 kwietnia o osiemnastej w księgarni Pod Globusem. Prowadzenie Szymon Kloska. Udział w dyskusji wezmą Jacek Dukaj i Wit Szostak.

Tydzień z głowy (185)

W osobliwy sposób przyciągam uwagę niewidomych.

Wczesna jesień zeszłego roku, szedłem Międzynarodową na Saskiej Kępie w Warszawie. W przeciwnym kierunku zmierzał dość dziwny osobnik o oczach głęboko osadzonych w czaszce i bardzo szarych, jakby zaspawanych. Drobił kroczki, ręce uginał w łokciach i wyciągał przed siebie, unosił brodę. Wariat jakiś, pomyślałem, wariatów nie brakuje. Minęliśmy się, zaraz mnie zawołał: „Czy pan wie, jak dojść do apteki?”. A apteka była, kurwa, tuż koło niego, jak Wawel przy smoku. Niewidomy. Tylko że niewidomi mają laski albo psy, on ani laską, ani psem nie dysponował. Delikatnie ujął moje przedramię, jakby zawstydzony, jakby wierzył, że to tylko na chwilę, że oczy zaraz mu się rozkleją. Weszliśmy, poprosił o lekarstwa, głaskał banknoty, nie chwytał ich, lecz ich się chwytał – coś takiego. Zaproponowałem, że odprowadzę go do domu, na co przystał z wdzięcznością. Mieszkał naprzeciwko bloku, w którym ja wówczas mieszkałem. Po drodze opowiedział mi, że zaniedbał cukrzycę i zaczął nieodwracalnie tracić wzrok. Można powiedzieć „zaniedbał”, można powiedzieć, że się nie dostroił – bardzo często choroba wygrywa w ten sposób, że działania chorego zwyczajnie z nią się rozmijają. Tego dnia, kiedy spotkaliśmy się na Międzynarodowej, chwilę wcześniej przed tym spotkaniem nastąpiło gwałtowne pogorszenie. Kontury zmieniły się w cienie, tak to sobie domyślam, choć przecież domyślić nie umiem. Zdezorientowany, wyszedł z domu na swoją ulicę, do znanej sobie apteki i tam niespodziewanie dla siebie, w ten straszny sposób zgubił drogę. Odstawiłem go pod klatkę, zastanawiałem się, czy nie wejść z nim do samych drzwi, ale mógłbym przestraszyć go w ten sposób. Mógłby uznać, że chcę go obrobić. Poszedłem. Nie pamiętam, co mu powiedziałem na pożegnanie, więc pewno palnąłem coś banalnie głupiego. Co można powiedzieć w takiej sytuacji, jak miałbym się zwrócić do człowieka, któremu właśnie zgasło światło? Ale teraz, podczas pisania, pomyślałem sobie, że mógł mnie odrobinę oszukać. Rzeczywiście był chory, naprawdę tracił wzrok, lecz widział dużo lepiej, niż próbował mi wmówić. Wychodził, żeby trenować się do roli niewidomego, terminował zawód ślepca, mając świadomość, jak bardzo potrzebna okaże się ta wiedza. Właściwie nie wiem, czemu to pomyślałem, zapewne z tego samego powodu, dla którego odszedłem z głupim banałem na ustach.

Dzisiaj, ulica Grodzka w Krakowie. Zawisa na mnie starszy, maleńki chłop i prosi, żebym zaprowadził go na przystanek tramwajowy. Niedaleko, więc idziemy. Gość charczy jakieś bzdury, narzeka na swój los, widzę go z góry, ledwo nogi stawia, zakreśla półokręgi laską inwalidzką, ale ja jestem pewien, że ma coś z nogami, że jego rozpadające się buty skrywają jakąś chorobę. Rzecze jednak, że jaskra, że czeka już rok na operację i jutro zdarzy mu się jakieś cholernie ważne badanie, przyglądam się, oczy ma białe, nie kłamie. Te wszystkie smutne przecież informacje kontrastują z wiadomością innego rodzaju, mianowicie od gościa śmierdzi wprost niemożebnie, szczyny, wóda, pot oraz gówno. Wisi jednak na mnie, z trudem tarabanimy się do tramwaju, przecież go nie zostawię, bo jest, kurwa mać, ślepy i patrzy w noc bez świtu. Mamy jechać tylko przystanek. Dyszy. Drzwi tramwaju się otwierają, schodzimy po stopniach, mija nas inny, tym razem rosły menel i powiada: „Prowadź go prowadź”, mnie krew zalewa i przysięgam, gdyby nie ślepy, cuchnący kurdupel wiszący mi u przedramienia, wyjebałbym prosto w ten napuchnięty, tępy pysk rosłego menela, a rosły menel składa opasłe wargi i dodaje: „On zawsze chce, żeby go prowadzić”. Kierujemy się na planty, robi mi się niedobrze, pytam, dokąd mam go zaprowadzić i słyszę, że do publicznego szaletu. Łapię oddech ulgi, publiczny szalet jest tuż obok i zaraz uwolnię się od szwendacza, szwendacz pięknie prosi o kasę na herbatę i pierogi, a ja mam ochotę powiedzieć coś takiego: „Ty chuju z uszami, po co chcesz iść do kibla, przecież na to jest stanowczo za późno, w gaciach żółtych jak szafran trzymasz pierogi z ostatniego tygodnia, herbata zaschła na nogawkach, więc, o losie, odpuśćmy, po prostu się zesraj tutaj w gacie, przy mnie, jeden raz więcej nie robi różnicy, pierdolnij, ja cię proszę, solidnego kloca, popraw wurdulakiem i będziemy mieli z głowy”. Nie odtrącę ślepca, nie upokorzę menela. Patrzę, jak zamyka krótkie palce na barierce przy schodach wiodących do szaletu publicznego, życzę mu powodzenia i idę, myśląc tylko o tym, gdzie mogę się umyć.

Po drodze dostrzegam, że w miejscu dawnej księgarni, blisko kurii, otworzono cukiernię z kremówkami papieskimi. Kraków stał się dzielnicą Wadowic.

„Rzeczpospolita” o „Widmach” i nie tylko

Co by się stało, gdyby Adam Mickiewicz został biskupem, Juliusz Słowacki bankierem, a Adam Czartoryski księciem Krakowa? Czy historia Polski w XIX wieku potoczyłaby się inaczej? Czy Polska byłaby tym samym krajem, gdyby nie wybuchło powstanie warszawskie? 1 sierpnia 1944 roku zacina się broń zarówno młodym bojownikom, jak i hitlerowcom. Granaty nie wybuchają, butelki z benzyną nie chcą się palić. W księgarniach pojawia się coraz więcej powieści, w których autorzy przedstawiają alternatywne historie dziejów Polski. Te najnowsze – „Dumanowski” Wita Szostaka i „Widma” Łukasza Orbitowskiego – przekonują, że coraz trudniej uciec w całkowitą fikcję. Na końcu autorów i tak dogania historia prawdziwa.

– Chciałem napisać opowieść o wielkiej miłości, pomyślałem, czemu nie Krzysztof Kamil Baczyński z Basią Drapczyńską? Tylko że musieliby żyć dłużej, a nie zginąć w powstaniu warszawskim. Tak narodził się pomysł, by ono w ogóle nie wybuchło – mówi „Rz” Łukasz Orbitowski.

(…)

całość.

tydzień z głowy (184)

Znów jestem w Polsce i znów zachwycam się absolutnie cudownym kurczeniem się świata. Rzeczywistość to folia, pod którą rozpalamy ogień, jeszcze trochę i pozostanie brudna kulka. W czwartek obudziłem się spokojnie w Kopenhadze, zjedliśmy śniadanie, potem metro, pociąg i już byłem w Szwecji. Godzina lotu i wysiadam w Warszawie, jest wczesne popołudnie, co oznacza, że mknąc nieustraszenie po przesławnych polskich drogach, pod wieczór dotrę do odległego Poznania. Teraz siedzę w jakiejś kawiarni, godzina jest wczesna i już tylko wyglądam samochodu, który zawiezie mnie z powrotem do Warszawy. Zaczynam promować „Widma”.

Wraz z kurczeniem się świata przeobrażeniu uległa sama podróż, sam fakt emigracji. Jeśli miałbym porównać się do innych pisarzy żyjących na obczyźnie, okaże się, że nie mogę tego zrobić. Nasze losy są zupełnie nieprzystawalne. W każdej chwili mogę wrócić do kraju, co wcześniej było niemożliwe lub niesłychanie utrudnione. Sama podróż nie jest wyprawą, lecz wycieczką, spacerkiem po okolicy przy użyciu samolotu. Myślę o dziewiętnastowiecznych okrętach, wiozących emigrantów do Nowego Świata, i przypominam sobie osiem godzin w samolocie do Nowego Jorku. Może jestem naiwny, ale taka zmiana, taki skok napełnia mnie radością i rozpala wyobraźnię. Z Krakowa do Warszawy, z Warszawy do Kopenhagi – to jak ruch z wioski do wioski kilkadziesiąt lat wcześniej.

Coraz mocniej rozumiem, że chcę takiego życia. To życie, które wiodę, jest życiem, którego potrzebuję. I jeśli okoliczności pozwolą (mam na myśli zdrowie moje i najbliższych, ceny biletów, sytuację ekonomiczną na świecie itp.), chciałbym jeszcze gdzieś zamieszkać. Jeszcze udać się dokądś, na podobieństwo rośliny żyjącej na wietrze, targanej od wydmy do wydmy, zapuszczającej w piasku płytkie, nic nie warte korzenie. A potem fruu! Może Madryt? Może Rzym? To przecież, w dużej mierze, nie zależy ode mnie. W Kopenhadze jestem sobą u siebie, tak jak wcześniej w Warszawie.

Co z sentymentem? Gdzie wartości małych ojczyzn? Jak mógłbym się wywdzięczyć miejscom, które mnie uczyniły? Nie wiem, czy muszę się wywdzięczać. Miejsca są martwe i nie potrzebują wdzięczności. W wielu filmach i książkach pojawia się wątek woreczka z ziemią ojczystą. Emigranci zabierają taki ze sobą i noszą przy sercu, aby przypominał im o Ojczyźnie, którą porzucili. Polak ma ziemię z Polski, Madziar z Węgier i tak dalej. Co zabierają ze sobą mieszkańcy krajów wyspiarskich albo Eskimosi, tego, niestety, nie wiem, wiem za to, co ja mógłbym zabrać ze sobą. Otóż powinienem pojechać nad samą granicę i zabrać sobie woreczek ziemi niczyjej. Takiej, która nie ma właściciela, nie jest przypisana do żadnego państwa i nie ma żadnej własnej historii. Włożyłbym ją do skrzyneczki i postawił na biurku, przy którym pracuję. Zaglądałbym do niej raz na jakiś czas, zwłaszcza w tych chwilach, gdy poczułbym się nazbyt związany z miejscem, w którym żyję; gdybym zaczął wyobrażać sobie, że domy, ulice, parki, knajpki na około są piękniejsze, bardziej wyjątkowe od domów, ulic, parków i knajpek w innych miejscach na świecie. „Jesteś tu tylko na chwilę”, mówiłby mi mój woreczek z ziemią niczyją, „tylko na moment i nie śmiej o tym zapomnieć. Nie masz swojego miejsca, nie dla ciebie jaskinie i zamki, twoim domem jest droga i innego miał nie będziesz. A jeśli spróbujesz, nigdy już nie będziesz szczęśliwy, nie pomyślisz nawet o szczęściu i nie będziesz nawet wiedział, jak za nim tęsknić. Twoje szlachetne rany zmienią się w zadrapania, brzydkie i nieprzyjemne, twoje serce zatrzyma się, a ty nawet tego nie dostrzeżesz. Jest ci dobrze? Jest ci spokojnie? Porzuć to. Idź tam, gdzie ciebie jeszcze nie było. Wyruszaj w nieznane. Już”.

widmowa przypominajka

dziś Gazeta Wyborcza napisała o „Widmach”. tekst można przeczytać tutaj. a ja przypominam o dzisiejszym spotkaniu promocyjnym w księgarni Tarabuk, w Warszawie, o 18.00

„widma” na polter.pl

Polska fantastyka historyczna najczęściej kojarzona jest z czasami Rzeczypospolitej Szlacheckiej, głównie za sprawą twórczości Jacka Komudy. Rzadko spotyka się powieści i opowiadania osadzone w innym okresie w dziejach Polski. W swojej najnowszej książce Łukasz Orbitowski zabiera czytelnika prawie siedemdziesiąt lat wstecz. Widma dotykają tematu powstania warszawskiego, choć robią to w bardzo nietypowy sposób.

Pierwszy sierpnia roku czterdziestego czwartego. Jedna z dat, które w historii Polski zapisały się krwawymi zgłoskami. Podczas powstania warszawskiego powinny zginąć tysiące ludzi. Jednak coś sprawia, że historia zbacza z właściwych torów. To niezdefiniowane „coś” w świecie materialnym objawia się w bardzo widoczny sposób: broń odmawia posłuszeństwa tak Polakom, jak i Niemcom, więc do zrywu po prostu nie dochodzi. Co prawda Sowieci i tak czynią z polskich ziem państwo satelickie, ale jednego zmienić nie mogą: ci, którzy mieli umrzeć, dalej stąpają po ziemi. Wśród nich Krzysztof Kamil Baczyński i jego żona Basia. Czy wrażliwy poeta będzie w stanie poradzić sobie z szarą rzeczywistością? I czym jest to tajemnicze pudełko, które Krzysiek znajduje w skrytce na broń? Droga do odpowiedzi będzie wyjątkowo skomplikowana, a spotkają się na niej: więzień polityczny Janek, młoda pływaczka Hanka oraz dwóch milicjantów – Wiktor i Poderworny.

Najbardziej charakterystyczną cechą powieści Orbitowskiego jest łatwo dostrzegalny podział na sceny. Od samego początku trudno nie zauważać i nie zapisywać w pamięci pojedynczych zdarzeń, obrazów, impresji – mniej uwagi poświęcając spójności następujących po sobie fragmentów. Dziewczynka bita przez niemieckiego chłopca w pobliżu strumienia, tańczący na ulicach okupowanej Warszawy mężczyzna, skatowany młodzieniec, pijący na potęgę literaci – to zaledwie wierzchołek prawdziwej góry lodowej, na którą składają się kolejne wizje pisarza. Mimo tego, Orbitowskiemu bez trudu udaje się zachować logikę wydarzeń i bezproblemowo prowadzić czytającego przez kolejne rozdziały Widm.

(…)
całość

tydzień z głowy (183)

„I’m going through changes”, śpiewał poczciwy Ozzy. Tę linijkę, wypreparowaną z oryginału, Eminem nakleił na bity, nadając jej nowe tempo i sens. Tych dwóch diabłów, starego i młodego, słuchałem w nieskończoność podczas podróży przez Amerykę.

Oddział poczty polskiej w Podgórzu, parę lat temu. Mieszkałem w dziwnym miejscu, w zielonej plombie między starymi kamienicami, pod wieżą kościelną, w pobliżu kruszejących skał. Poczta przypominała Mordor, pod niskim sufitem kłębił się niespokojny tłum, z trzech okienek przynajmniej jedno było nieczynne, a zza szyb złym, pustym wzrokiem spoglądały wychudzone urzędniczki. Nienawidziliśmy siebie nawzajem. One, za sam fakt naszego istnienia, duszną atmosferę niecierpliwej złości. My ich za oczywiste lenistwo, folgowanie drobnym, pocztowym przyjemnościom, ślepotę na klienta. Nienawidziliśmy też siebie nawzajem, każdy tylko patrzył drugiemu na ręce, oceniał liczbę przesyłek. Miotałem bezgłośne przekleństwa w kierunku drani z pudłem listów, z których, jak ułamana płetwa, sterczała nadawcza księga pocztowa. Co ciekawe, wystarczyło opuścić ten ciasny brzuch chociażby na moment, na papierosa, aby całe napięcie zniknęło. Pewnego razu stałem bardzo długo. Wreszcie przyszła moja kolej, podszedłem do okienka, a urzędniczka łagodnym ruchem zatkała je kartonikiem NIECZYNNE. Wściekły, zacząłem niegrzecznie pytać – „O co chodzi, co ze mną będzie, mam stać drugi raz, do ciężkiej cholery?”. Ledwo oczy podniosła: „Nie widzi pan, że się zmieniam?”. Odpowiedziałem bez wahania: „Zmienia się pani? Ale w co?”. Poczta zatrzęsła się od śmiechu. Nie pamiętam już, jak zostałem obsłużony, za to wiem, że teraz ja się zmieniam, i nie mam pojęcia w co.

Istnieją, jak sądzę, przynajmniej dwa sposoby, podług których zmienia się człowiek. Pierwszy jest bardziej oczywisty, klarowny. Zmiana dokonuje się stopniowo, w określonym kierunku; charakter, sposób bycia ulega powolnemu przeobrażeniu. Można to przyrównać do treningu sportowego. Kulturysta trenujący mięśnie konstruuje swoją sylwetkę, potrafi na bieżąco oceniać postęp. Jeśli konsekwentnie uczę się języka angielskiego, to z tygodnia na tydzień zwiększa się liczba znanych mi słów, poznaję nowe sposoby konstruowania wypowiedzi, aż pewnego dnia okazuje się, że jestem człowiekiem, który swobodnie mówi po angielsku. Zmiana całościowa różni się o tyle, że bardzo trudno ją przeprowadzić sztucznie. Mogę pracować nad sobą, ale pewne rzeczy pozostaną poza moim zasięgiem. Niemniej, sam proces pozostaje bardzo podobny. Każdego dnia zmieniam się troszeczkę, jestem odrobinę kimś innym, pozostając zarazem sobą. Ten sposób mnie nie dotyczy, znajduje się zupełnie poza moim zasięgiem.

Niekiedy jednak padamy ofiarą sprzężeń, poddajemy się woli małych, zdawałoby się nieistotnych rzeczy. Wydarzeń, które tak łatwo przegapić. Pojawiają się nowe myśli i potrzeby, same w sobie pozbawione znaczenia. No bo co to znaczy, że mam ochotę na spacer, skoro wcześniej nie znosiłem spacerów? Raczej niewiele. Czym jest tęsknota do innych lektur, wobec bilansu codzienności? Ano, mogę sobie tęsknić, a nawet poczytać. Chętnie ulegam tym skłonnościom, no bo jak inaczej? Czemu nie miałbym pójść na spacer, jaki jest powód niesięgnięcia po książkę, na którą akurat mam ochotę? Prawdopodobnie żaden. W tle, niedostępny dla moich oczu, rozgrywa się proces przemienienia. Te drobne rzeczy – pragnienia, myśli, skłonności – konfigurują się cicho jak wroga armia podchodząca pod uśpiony zamek. Łucznik zdejmuje strażnika na wieży. Piechota bardzo ostrożnie podstawia drabinę. Jęczy lina machiny oblężniczej. Wewnątrz murów zdrajca podrzyna gardło najdzielniejszemu kapitanowi. A lud spokojnie śpi. Nagle, w jednej straszliwej chwili sytuacja ulega całkowitemu przeobrażeniu: łucznik spada z wieży, na mury wysypuje się wojsko, machina oblężnicza wypluwa ogień, najdzielniejszy kapitan chlusta krwią i stygnie. Na wieży powiewa już inna flaga. Z nastaniem świtu zwycięzcy zaprowadzają nowy ład, któremu trzeba się podporządkować. Co zrobią mieszkańcy? Zapewne najpierw będą się złościć, a potem, w zależności od okoliczności, przyjmą nową władzę lub zaczną spiskować. Ale to jeszcze nie nastało, trwa cicha noc i tylko nieszczęśliwy strażnik spogląda na krótki opierzony grot sterczący mu z piersi. Ej, kolego, skąd się we mnie wziąłeś?

Ta zmiana to skok. Nagły, gwałtowny ruch. Kładłem się spać Ewą, a wstaję Adamem. Więc zmieniam się, noc jeszcze trwa, a ja nie rozpoznaję właściwego charakteru tej zmiany. Jakakolwiek będzie, muszę znaleźć sposób odniesienia się do niej. Ta zmiana jest oczywiście mną, wypływa ze mnie, choć jej nie rozumiem. Niemniej w jakiś dziwny, może nielogiczny sposób ufam sobie. Będzie ciekawie. Będzie groźnie. Będę jeszcze dalej od Boga.

„widma” na katedrze

Widma” Łukasza Orbitowskiego były książką wyczekiwaną, i to nie tylko przez miłośników fantastyki. Nic w tym dziwnego, pojawiająca się w zapowiedziach powieści postać głównego bohatera, trzydziestokilkuletniego Krzysztofa Kamila Baczyńskiego żyjącego w Polsce Ludowej zdawała się nieść w sobie duży potencjał. Polskie historie alternatywne cieszą się zresztą ostatnio sporą popularnością, w znacznej części dzięki trzymającej dobry poziom serii Narodowego Centrum Kultury.
Jasno sprecyzowane oczekiwania mogą łatwo prowadzić do wpadania na standardowe tropy; już przed lekturą można sobie wyobrażać Krzysia z „Widm” jako sfrustrowanego, zagubionego w komunistycznej rzeczywistości nieudacznika, nie potrafiącego dogadać się z żoną, której nie wystarczają już pełne uczucia wiersze, i która nie jest już taka piękna i taka młoda; można się domyślać opisów odmiennych losów rozmaitych literatów czy polityków i zabawy związanej z rozpoznawaniem ich po rzucanych mimochodem imionach (kłania się tu choćby „Burza” Macieja Parowskiego). Orbitowskiemu udało się jednak uniknąć pułapki schematyczności – co prawda wspomniane wyżej elementy są na stronach „Widm” obecne, ale w tekście można też znaleźć znacznie więcej: bogatą, baśniową opowieść, rozpoczynającą się rewelacyjną sceną nad podwarszawskim strumieniem, gdzie „dziewczynka, która zostanie Jaszczurką”, rozmawia z niosącym do miasta tajemnicze pudełko mężczyzną o sześciopalcych stopach. Opowieść, którą zaludniają żywi i martwi bohaterowie, nie tylko nieudany poeta Krzyś i jego żona, bibliotekarka Basia, ale i wiarygodnie sportretowani towarzyszący im cyniczny milicjant Wiktor, pechowy powstaniec Janek, młoda pływaczka Hania i demiurgiczny śledczy Poderworny. Motywem napędzającym fabułę, w pewnym sensie ją stwarzającym, jest Cud Dnia Pierwszego, magiczne, niepojęte wydarzenie, które zmienia wszystko, i które do pewnego stopnia zmienia bardzo niewiele.

(…)
całość

dziś

jest premiera Widm. Książka powinna być już dostępna w księgarniach i sprzedaży wysyłkowej.

« Poprzednia stronaNastępna strona »