porusza i prowokuje...

w podróży

kawałki z wakacyjnej trasy

W sumie przejechaliśmy jakieś 11 000 kilometrów. W naszej srebrnej KIA grało tylko kilka płyt (moja kolekcja kompaktów umiera w piwnicy, znak cyfrowego piekła), puszczaliśmy głównie amerykańskie radio. Grało country. Kaznodzieje grzmieli w eter. Ale kilka numerów powtarzało się niezależnie od szerokości geograficznej i strefy czasowej. Niestety, nie ma metalu. Na pocieszenie musiałem kupić sobie „Heroin diares” Nikki’ego Sixxa, piękne wydanie zadrukowane krwią.
[ytorbit]P_LRJR9c6rk[/ytorbit] Murowany hit lata, to już wiemy. Niesłychanie sprawdza się w trasie. Pamiętam jak lata temu, przeglądając gazety w Empiku zagadnąłem z głupia Urbaniuka: „Co teraz robi Snoop?”. W odpowiedzi natychmiast pokazał kolorową okładkę. Na niej zadowolona, czarna morda. I podpis „Snoop Dog – król życia”. Niewiele się zmieniło. Tylko tego seksu na plaży nie umiem sobie wyobrazić. Wybrzeże nad Pacyfikiem jest zimne i mgliste.
[ytorbit]Vb5yaeZySok[/ytorbit] O Gadze pisałem już w „Dużym Formacie” i w którymś momencie nie miałem siły, bo każdy, od Frondy po Krytykę Polityczną musiał na temat „Alejandro” coś naknocić. Na siłce puszczali to z trzy razy a trening i dopiero pędząc przez Kolorado, gdzie „middle” jest naprawdę „nowhere” chwyciłem jaki to genialny kawałek.
[ytorbit]8aRor905cCw[/ytorbit] A tu nie wiedzieliśmy kto jak i co, zagrało, nie chciało przestać ani puścić. Aż „się rozklaskałem”, zwłaszcza, że tekst doskonale koresponduje z moimi marzeniami. Teledysk także. Pojeździć sobie. Pospotykać ludzi. Jak znajomo.
[ytorbit]qnvvvcNVu0Y[/ytorbit] Próbowałem akurat wkleić oryginalny teledysk, ale wyszło, że Sony Music zablokowało go „w moim kraju” z powodu „praw autorskich”. Cóż, są takie strony i programy, co jednak nie blokują. Niewiele trzeba, żeby w człowieku obudzić punka, zwłaszcza o siódmej rano.
[ytorbit]uelHwf8o7_U[/ytorbit] Cała płyta jest wspaniała, kupiliśmy w Wallmarcie nim jeszcze zaczęli puszczać ten singiel Zaraz pomyślałem, że hit murowany. I rzeczywiście. Nie minął tydzień i puszczano do aż wychodził bokiem. Eminem wrzeszczy jakby opętał go diabeł. Za to zaskoczył mnie sam teledysk. Jest tu i hobbit i najlepsza rola Metan Fox w jej jakże wszystkim potrzebnej karierze.

tydzień z głowy (37, 38)

Posted on 6 lipca 2009

Powinienem zacząć spisywać wrażenia z wakacji tylko nie bardzo umiem. Sam fakt, że na wakacjach się znalazłem urasta w moich oczach do jakiegoś nieprawdopodobnego wydarzenia, jakbym przynajmniej zobaczył ufoludka albo Urbana w stroju kąpielowym, a przecież to zupełnie normalne. Ludzie jeżdżą wypoczywać, tylko ja nie umiem, nie byłem na urlopie chyba od sześciu lat, a każdy mój dzień wypełniony jest szczelnie od rana do wieczora. Więc nie bardzo wiedziałem w jaki sposób się odpoczywa, co robi człowiek odpoczywający, tymczasem jakoś poszło, tylko nie bardzo mam o czym pisać. Ostatecznie mogę dopuścić istnieje absurdalnej istoty ludzkiej zainteresowanej tym, jak Orbitowski spędza czas wolny, tyle, że Orbitowski takiego ludka śmiertelnie rozczaruje – spałem do późna, lazłem się taplać w morzu, wracałem, spałem dwie godziny, lazłem się taplać ponownie i wieczorem oglądałem filmy. Albo piłem piwo w Sopocie. Albo piłem piwo i oglądałem filmy, tylko już nie w Sopocie. Ot co.
Wybrałem się na Openera zobaczyć Faith no More i cóż, wymietli, nigdy nie byłem zbyt blisko tej kapeli, szanowałem bardzo, ale nawet nie umiem złączyć konkretnego kawałka z konkretną płytą, zgubiłem się potem w rozlicznych projektach Pattona (wyjąwszy genialną epkę nagraną z Dillinger Escape Plan) i odnalazłem się dopiero na lotnisku pod Gdynią, gdzieś w rejonach drugiego kawałka zapomniałem nawet o złości na deszcz i organizatorów (tak źle przygotowanego festiwalu nie pamiętam). Ci podstarzali metalowcy nie udają młodszych niż są, wskoczyli w garniaki i dawali czadu aż miło, zaś sam Patton sprawia wrażenie człowieka, którego gardło nie ma żadnych ograniczeń, darł koparę, śpiewał swingi, szeptał, miauczał, zapodawał nawet Frankiem Sinatrą, jakby w nim siedziało ze sześciu chłopa, do tego  wił się, skakał, dyrygował publicznością, popijając radośnie Żubrówkę. Przy okazji tego sympatycznego alkoholu, składam głębokie podziękowania anonimowemu sokiście, który zdecydował się nie zabierać mnie na izbę, choć zabiegałem o to ze wszystkich sił.
W pociągowej ubikacji spadł mi na głowę sufit. Takie wydarzenie nie należy do szczególnie oczekiwanych w chwili, gdy akurat zdejmujemy spodnie, niemniej nastąpiło. Bęc. Aż wspiąłem się na ustęp i zajrzałem między kable chcąc sprawdzić, czy ktoś czegos nie przemyca. Niestety. Za to uświadomiłem sobie że wciąż jestem ambasadorem kolejowego pecha, facetem, któremu na torach zdarzają się rzeczy najróżniejsze. Wróciłem do przedziału, myślałem i roztasowywałem guza, a myślałem o:
1. O handlarzu piwa z Katowic. Zaoferował mi puszkę piwa za cztery złote, niestety brudną, zaordynowałem sobie więc taką, niczym nie ufurmanioną. Zdenerwowany spełnił moją prośbę, wybiegł i wyskoczył z ruszającego się pociągu, zabijając się na miejscu; ostatnią rzeczą, jaką w życiu zrobił było przyjęcie ode mnie właśnie tych czterech złotych. Wspominałem kiedyś tu tę przygodę. Nigdy nie otworzyłem tej puszki.
2. O laptopie, skradzionym na trasie Poznań-Kraków.
3. O menelu z Gliwic. Siedziałem w Gliwicach, pociąg ruszył i natychmiast stanął. Ze  zdziwieniem stwierdziłem, że ludzie wrzeszczą i pędzą w stronę pociągu, co gorsza gnają prosto na mnie. Wyjrzałem przez okno. Lecą. Zbiegają się sokiści. Zerknąłem w  dół i ujrzałem dwie ręce, wytatuowane po paznokcie, wystające z szczeliny pomiędzy pociągiem a peronem. Ludzie wyciągnęli chłopa, nogi miał, lecz nie potrafił na nich ustać. Bóg ochronił go przed śmiercią, kalectwem, wlał też miłosierdzie w serce sokisty, który, nadludzkim wysiłkiem powstrzymał się od ciosu.
4. O żołnierzu na trasie Wrocław-Legnica. Ów miły człowiek zaprzyjaźnił się ze mną pytając czy biorę sterydy, a krótką pogawędkę o suplementach sprowadził na inny temat, proponując solidarne obrabowanie jadącego z nami biznesmena. Do wzięcia był laptop, komórka, gruby portfel. Odmówiłem, tłumacząc, że mam wyrok w zawieszeniu, tym drobnym kłamstwem uratowałem dobytek jednego człowieka i zyskałem szacunek drugiego.
5. O spalonej lokomotywie na trasie Wrocław – Kraków (spaliła się w Oławie).
6. O drugiej spalonej lokomotywie, tym razem między Krakowem a Warszawą.
7. O Ukraińcu. Zaprzyjaźniłem się z nim w pociągu do Torunia. Jechał z dziewczyną. Opowiadaliśmy sobie kawały, właśnie miał spuentować swój, gdy do przedziału wpadła straż graniczna, opukała chłopu plecaki wymacując fajki, następnie chłopa zawinęła i tyle go widziałem. Smutne to trochę, bo ze wszystkich sił usiłowałem pomóc, pocieszyć jego dziewczynę i dopiero na peronie zrozumiałem, że najpewniej właśnie ona go sprzedała. Smutne to podwójnie, raz, że gość poszedł na dołek, a dwa – do tej pory nie wiem jak skończył się kawał, który chciał mi opowiedzieć.
8. O Japonce, niepełnosprawnej i chłopcu. Było to w Gdańsku, a zaczęło się od potwornego kaca. Nieprzytomny powlokłem się na ranny pociąg tylko po to, by znaleźć paszport na schodach. Nie umiem rozróżniać Azjatów, nie jestem też biegły w ich piśmie, więc przyjmijmy, że dziewczyna, uśmiechająca się ze zdjęcia była Japonką. Postanowiłem jej poszukać, znalazłem, nawet dwie. Wydukałem po angielsku z czym przychodzę. Odpowiedziały śmiechem, zapewne myśląc, że proszę o drobne. Trudno, wasz kłopot, pomyślałem i podreptałem zanieść dokument konduktorowi. Ledwo się rozsiadłem w zatłoczonym przedziale a tu tup, tup, dwie Japonki pędzą przez przedział jak oszalałe, zmienione w żółtą sługę. A potem jak było miło! Bo mnie znalazły, uśmiechnęły się i podziękowały, tak jak na filmach, szerokim uśmiechem i głębokim ukłonem. Uwierzcie, niewiele jest piękniejszych, jaśniejszych widoków niż szczęśliwa, japońska dziewczyna dziękująca z głębi serca, kiedy radość wdzięczności komponuje się z gestem ćwiczonym od, nie wiem, dwóch tysięcy lat? Poczułem się lepiej, co nie znaczy że dobrze, od mojego aktualnego stanu było dalej do „dobrze” niż z Krakowa do Gdańska. Usiadłem, między babami, koło mamy z chłopcem, którego zaraz zapragnąłem zabić, właściwie nie wierząc, że to co widzę rozgrywa się naprawdę, ten gnojek nie tylko wrzeszczał w niebogłosy za każdym razem, gdy zobaczył krowę na polu (Polska bydłem stoi), do tego miał dwa wielkie blaszane samochody, które zderzał ze sobą i nieustannie upuszczał, z każdym wrzaskiem i brzękiem samochody (konkretnie-ciężarówki) robiły się coraz większe i bardziej monstrualne, rosły im segmenty oraz oczy a ja myślałem sobie tak: „obyś, gnojku, dorósł prędko, straszliwie się upił, a potem na kacu też strasznym wracał przez całą Polskę w zatloczonym trainie, niech wtedy wraca rezerwa, kibice i orkiestra strażacka, niech zjawi się miss poprawczaka i grupa oazowa, a z nimi nie jedna, nie dwie Japonki, ale czterdzieści, słuchające Merzbow (wiesz w ogóle co to Merzbow, gnojku?) na cały regulator, nich w ten dzień konduktor ma urodziny i jubileusz trzydziestolecia pracy na kolei, niech wtedy będzie Sylwester i Andrzejki naraz, a potem niech zacznie się wojna i pogrzeb Jaruzelskiego”. Wysiedli w Warszawie, a niosąc zdurniałej matce ostatnią z  jej dziesięciu toreb byłem pewien, że nic już się nie zdarzy. Ledwo wlazłem do przedziału, ledwo spłynąłem na fotel, przyszła inna baba. I baba do mnie, że muszę pomóc. Ja na to, że dobra, pewien, że chodzi o kolejny toboł, a tu nie. Szło o jej przyjaciółkę. Jedną z rozlicznych wad kolei jest niedostosowanie taboru do potrzeb niepełnosprawnych, po prostu nie da się przejechać wózkiem inwalidzkim. Konsekwencja? Konsekwencją jest Orbitowski z niepełnosprawną dziewczyną na plecach, zlany potem i pędzący od przedziału do przedziału w poszukiwaniu wolnego miejsca przy drzwiach a przynajmniej człowieka na tyle szlachetnego, że zgodziłby się przesiąść. Było to w Warszawie. Do domu dojechałem spokojnie, nie wierząc, że takie rzeczy się dzieją.
Opowieść o Ukraińcu może potwierdzić Andrzej Pilipiuk, za resztę ręczę sam – niczego nie wymyśliłem, a tłumaczę się z tego ponieważ coraz lepiej rozumiem, że mój intensywny kontakt z dziwnością budzi raczej podejrzenia, tak samo jak ja dziwię się ludziom, w których życiu nic się nie wydarza, nie mają swoich Japonek i Ukraińców, trupów i wrednych gnojków, bo dla mnie z kolei spokojny tydzień bez jednego zaskoczenia, nie zostawiający wspomnień i osadu cudowności jest czymś kompletnie niewyobrażonym.

Zapraszam do Wrocławia

Posted on 19 marca 2009

Oto oficjalna informacja o spotkaniu.

Premiera „Świętego Wrocławia” we Wrocławiu
– spotkanie z Łukaszem Orbitowskim

25 marca (środa), godz. 18.00
Kawiarnia Literatka
Rynek 56/57, Wrocław

Prowadzenie:
Agnieszka Wolny-Hamkało
Marta Mizuro

Nieoficjalnie, myślę, że też będzie fajnie.

Tydzień z głowy (18)

Posted on 15 lutego 2009

Na pisanie wpływa także to, na czym i jak się pisze, a raczej, to na czym się pisze, wpływa na to, jak. Żeby mniej mętnie, w dawnych pięknych czasach sama cena papirusu nadawała wagę każdej kartce i nie można było marnować słów, potem przyszedł papier i nośniki cyfrowe, w konsekwencji czego słowo potaniało i dalej, leci na pysk. Nośnik determinował też miejsce, pisarze tworzyli w pociagach, knajpach i burdelach, zapełniając kolejne kartki, a potem, w imię wygody własnej (a nade wszystko, wygody wydawcy) przesiedli się na nieprzenośne kląkry: maszyny do pisania i komputery stacjonarne. Era tanich, przenośnych komputerów zwraca twórcy jakąś cząstkę wolności, którą utracił, dając się usadzić za biurkiem – zaraz przychodzi mi do głowy Przybyszewski, mordujący kolejne, bezduszne dramaty w domu, za szklankę wódki i cierpki uśmiech Jadźki, którą na własne nieszczęście podprowadził Kasprowiczowi. Wydaje mi się, że zwiększenie mobilności twórcy, za sprawą notebooka polepszy jakość literatury jako takiej, gdyż pisarzyna będzie mógł wreszcie wystawić nos ze swojej kanciapy.  A piszę to wszystko, ponieważ właśnie wracam z Pragi, na kolanach trzymam notebooka, a siedzę w pociągowym kiblu, do drzwi dobijają się Czesi. Jedyne gniazdko znajduje się właśnie tutaj, chcę podładować baterię i chyba nie mam innego wyjścia – w odróżnieniu od kibli, którymi szczyci się tabor PKP, ten przynajmniej nie śmierdzi, no i piję piwo Koźlak.

Tajemnica piwa czeskiego leży w jego procentach, otóż, stężenie alkoholu jest gdzieś o dwa promile mniejsze, niż w naszym, polskim, podejrzewam, że dodatkowo, to w knajpach jest rozcieńczane, w konsekwencji czego można siedzieć, sączyć i nie być pijanym – widywałem na ulicach, w praskich knajpach masę ludzi podchmielonych, za to nikt chyba się nie urżnął, a jak się urżnął, to przynajmniej opanował. Niezapomniana pozostaje figura czeskiego barmana, nieodmiennego w każdej kolejnej knajpie: jest to człowieczyna wysoki na metr siedemdziesiąt, z wielkim tyłkiem, brzuchem i fryzurą, którą upodabnia go do umorusanego Palikota. Pali taki mnóstwo fajek i kolibie się nieustannie, od stolika, do stolika, zbierając kufle i donosząc nowe, jak tylko zobaczy, że jakiś uległ opróżnieniu. Ma wąskie ślepia i takie też usta, w które lubi wtykać papierosa, pali go z taką miną, jakby chciał przypalić turystę żarzącą się końcówką. Postać barmana, znosząca z pewnym wysiłkiem, w poczuciu konieczności obecność turysty, zwłaszcza mówiącego po polsku wpisuje się w praski krajobraz tak samo jak zamki na wzgórzach, złota uliczka,  wszędobylskie portrety Szwejka, świadcząc, że bycie czechofilem nie jest tak proste, jak się wydaje.

Największym błędem wyprawy okazala się wizyta w knajpie “Pod kielichem”, tam, gdzie ożywione pięknym piórem Jaroslawa Haska muchy obsrywały portret Najjaśniejszego Pana. Miałem pełną świadomość, że największe turystyczne atrakcje są najczęściej najwyżej średnie, wie to każdy, kto widział poznańskie koziołki albo zawędrował do Wierzynka, zarazem, wydawało mi się, że Czesi ze swoim piwnym spokojem okażą się mniej sprawni w uśmiercaniu własnych legend. A skąd, tętniąca życiem knajpa za Haska, dziś jest ponurym grobowcem, gdzie snują się nachalne duchy kelnerów. Powitały mnie rzędny pustych stołów i paskudne obrazki namalowane na ścianach, mające, w zamyśle, nawiązywać do literackiego wymiaru tego miejsca. Pal sześć, że piwo jest drogie i takie jak wszędzie, w końcu nikt nie musi ruinować swojego portfela zamawiając cokolwiek do żarcia z karty dań, za to obsługa jest po prostu nie do zniesienia, obłapia człowieka i próbuje wcisnąć jakieś dziwne fanty: czapki, kufle i tym podobne, zachowując się niczym domokrążca, który nasra najpierw komuś na dywan a potem zaoferuje płyn do wywabiania plan. Zapalniczka, warta złotówkę w kiosku, tam kosztuje piętnaście razy tyle, a dałbym więcej, byleby przegnać trupi zaduch z tego miejsca i sprowadzić wesołych, pijących Czechów.

Za to inne knajpy są po prostu cudowne, dopowiadam, że bywałem raczej w mordowniach, co prowadzi do wniosku, że Polacy – naród posiadający w prowadzeniu mordowni wielkie doświadczenie – są daleko w tyle. Na przykład, “pod Niedźwiadkiem” siedzi się w ogromnej sali, piwo leje się strumieniami, dają pyszny, smażony ser, talerze wędlin, a jak przyjdzie do rachunku, płacimy sumę, za jaką w Krakowie nie dojechalibyśmy taksówką do rynku. Kluczowe pozostaje wrażenie braku jakiejkolwiek kreacji (być może mylne), knajpa ta nie została wykoncypowana, ani nawet wymarzona, ona zrodziła się z czeskiego przyzwyczajenia, czeskim manier i oczekiwań względem życia towarzyskiego, żarcia, picie i miejsca, w którym te czynności się łączą.

Przykrą zmianą ostatnich lat jest wprowadzenie wysokich płatności na zwiedzanie co fajniejszych miejsc, na przykład za złotą uliczkę i mam tylko nadzieję, że część kasy z biletów wraca do Habsburgów, którzy w końcu fundnęli miastu to miejsce. Oczywiście, opłaty za wstęp są czymś sensownym, o budynki trzeba dbać, co przekłada się na monetę, niestety, Czesi zdecydowali się na sprzedaż wiązaną i żeby iść w jedno miejsce, należy wkupić bilet na dziesięć, w wysokości kilkuset koron, co niekoniecznie wydaje się dobrym pomysłem – zwłaszcza, że najfajniejsze rzeczy są za darmo.

Na przykład Wyszehrad – ten kompleks budynków o niemal tysiącletniej historii leży poza ścisłym centrum i nie każdemu wpadnie do głowy, żeby tam pojechać – zwłaszcza, jeśli zawitał do Pragi na dzień lub dwa. Zapomnienie przekłada się na urokliwość, widok z murów pozwala zapomnieć nawet o wściekle lodowatym wietrze, można przejść się cmentarzem i podziwiać nowe pomysły w zakresie tworzenia nagrobków, wreszcie, pójść do pobliskiego kościoła i podumać. Zaraz przypomniała mi się maleńka cerkiew w Pradze i paryski kościół świętego Rocha, stare świątynie położone poza systemem turystycznych szlaków, gdzie, jakkolwiek by głupio to nie brzmiało, myśli się lepiej, a i człowiek czuje się mniej samotny. Obserwując – dość kiczowate – portrety na ścianach i słupach zrozumiałem po części, czemu jestem niewierzący, czy raczej, dlaczego katolicyzm wydaje mi się czymś organicznie nie do przyjęcia, jakby chciano mi rtęć z krwią w żyłach zmieszać. Zarazem rtęć jest ciekawa, katolicyzm też – nie ma sensu, bym pisał o tym teraz. Wydaje mi się jednak, że w mojej niechęci dużą rolę odgrywa estetyka skupiona na drobiazgu, tu konkretnie: na wizerunkach świętych. Otóż święci, których podobizny widywałem w polskich kościołach wydawali się smutni w histeryczny wręcz sposób, jakby ktoś całą rodzinę im zarżnął, albo nawet dawali czytelny sygnał, że bycie świętym to nic fajnego, że kto jak kto, ale właśnie święty ma szczególnie smutno, ciężko, źle i wiedzie żywot pod aureolą z jakiś trudnych do zrozumienia powodów – zabrnął w uświęcenie tak daleko, że powrót na cieplejsze łąki nie jest już możliwy. Tymczasem, święci w wyszehradzkim kościele sprawiają wrażenie miłych, pogodnych ludzi, najwyraźniej cieszących się z prostego faktu, że Bóg ich szczególnie umiłował. Stąd, nawet w ich strapieniu znajduję pogodę ducha, zwyczajną radość w klimacie jasnego “nie dam się” i to wrażenie zapamiętałem mocno, pamiętam nawet teraz, gdy przywołuję twarz świętego Rocha, tutaj też, w kiblu spieprzonego pociągu, gdy podmieniają lokomotywę.

Miejsce w którym mieszkałem także było niezwykłe: pałac kultury, taki jak w Warszawie tylko mniejszy, przerobiony na hotel zupełnie dobrej jakości, z szerokim łóżkiem i śniadaniem, po które wystarczyło zejść, czyli przykrości związane z porannym pitraszeniem były mi oszczędzone. Codziennie wyłaziłem stamtąd i wędrowałem aż po starcie zelówek, zatrzymywałem się w knajpach, pisałem, mieliłem ozorem, rozumiejąc coraz lepiej, że spokój to nie cień ani garnek złota, jest nie sposób poprosić, żeby przyszedł, ani wyciągnąć za kudły z jakiejś bramy, po prostu, pojawia się nagle, wędrujemy razem, a on potem chce zostać albo nie. Ja też mam cos do powiedzenia, ten sam wybór stoi przede mną, tylko trzeba być głupcem, żeby w taką pogodę wędrować samotnie.

Plusem wyjazdu jest też ograniczenie kontaktu z Internetem, dzięki czemu nie mam pojęcia co dzieje się w Polsce. Pojawiają się strzępy, z czego najbardziej przejmują mnie czarne chmury, gromadzące się nad lokalami dla palących, nadgryzłem tylko pudelka i stąd wiem, że człowiek czasem może się pomylić, a ja to już na pewno. Jakiś rok temu chwaliłem Dodę na łamach Dozy Kultury i wyszło, że chyba miałem rację, laska zawsze miała drętwe te kawałki, nowy jest po prostu straszny, co jeszcze nie jest niczym złym, straszne z definicji jest dziewięćdziesiąt procent czegokolwiek, ale wygląda na to, że szczęście kompozytorów się skończyło. “Rany” jako żywo przypominają “Słodki krem” Kata, czyli diamentowa suka rżnie z klasyki polskiego metalu który osobiście uwielbiam. Przynajmniej, zżynę imputuje Pudelek.pl. Słucham obu wersji, jest to co najmniej zbieżne, ale co mam powiedzieć, skoro siedzę dalej w pociągu, a nawet jak z niego wysiądę, dalej będę głuchy jak pień?

Skory przy Kacie – tego kawałka nigdy dosyć, zwłaszcza w podroży. Tabory, hej!

[ytorbit]VXWTlYzVFUA[/ytorbit]

Jubot

Zastanawiam się nad sensem istnienia konwentów, poza tym oczywistym – jest na ich, ogólnie rzecz biorąc, miło, co nie czyni jednak tych imprez niczym wyjątkowym. Z punktu widzenia autora, wartość polega głównie na spotkaniu z czytelnikami najwierniejszymi z wiernych, którzy z miłości, ciekawości lub hejta ruszyli na spotkanie z pisarzyną, blokując go w sali na godzinę lub dwie. Na sprzedaż nie ma to żadnego przełożenia, najwyżej publicity można sobie popsuć. Z pewną nutką nostalgii przysłuchuję się opowieściom fandomowych sierżantów sierżantów tym, jak to było wspaniale w latach osiemdziesiątych, kiedy to o ksiażakch dyskutowano do świtu i to z determinacją godną obrońców Stalingradu. Ale nie chcemy, żeby te czasy wróciły, prawda? Dziś dyskusje literackie przeniosły się do netu, konwenty mają sens głównie w oczach graczy, zdychają też pomalutku. W Krakowie nie ma ani jednego i trzeba będzie coś z tym zrobić.

Póki co, o tym co jest i bardzo dobrze, że jest. Zapraszam wszystkich na UBOT w pięknym mieście Łodzi, już w nadchodzący weekend. Będzie tam też NURSocon, na którym przyznają Nagrodę Nautilus, do której nominowano Jarka i mnie za „Pies i Klecha. Przeciwko wszystkim”. Także zapraszam serdecznie na panele, spotkania, pogaduszki przy bronku i inne różnorodne atrakcje, do których dojdzie, jeśli nie zabije mnie clubbing.

Program tutaj

Machaj głową dla Szatana czyli relacja z Brutal Assault.

Uświadomiłem sobie niedawno, że słucham metalu już prawie dwadzieścia lat – oznacza to, że w tych wszystkich opowieściach o starzeniu się tkwi odrobina prawdy. Zresztą, metal starzeje się razem ze mną. Zespoły, które zabijały drapieżnością w końcówce mojej podstawówki dziś cieszą się szacunkiem seniorów i głaszczą po głowach swe artystyczne pacholęta. Te odwzajemniają się ślepym uwielbieniem. Jeszcze na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, muzyka metalowa korespondowała z potrzebą buntu młodych, dziś to zaniknęło – religia, którą atakowali metalowcy nie interesuje dzisiaj już niemal nikogo, a już na pewno nie obchodzi Czechów, gdzie odbył się się trzydniowy festiwal Brutal Assault.

Czesi mają osobliwe rozumienie znaczenia Eurocity, to znaczy każde city na ich ziemi jest euro i trzeba się w nim zatrzymać, w skutek czego wlekliśmy się siedem godzin. Na miejscu było jeszcze gorzej. Jaromer jest uroczą dziurą koło Pardubic, za to z uroczością ich mieszkańców bywa różnie. Zawsze strasznie lubiłem Czechów i okazało się, że to miłość nieodwzajemniona. Może wciąż pamiętają polskie czołgi? W każdym razie zapytanie kogokolwiek z lokalnego plebsu (by Tomek) o drogę kończyło się wzruszeniem ramion i zapewne nigdy nie trafilibyśmy do hostelu gdyby nie kumpel, który udawał Rosjanina. Z nimi jednak gadają. W hostelu było tak fajnie, że obsługa pozakręcała wszystko na amen, żeby nikt nie wyskoczył, nie mogąc znieść piękna czeskiej prowincji.

Sam festiwal odbywał się w pobliskim Josefowie, w austriackim forcie. Już po drodze było metalowo – namioty stały wszędzie łącznie z ryneczkiem, z głośników samochodowych szedł sympatyczny hałas i nawet weszliśmy bez większych kłopotów na koncert. Wielkie brawa należą się organizatorom za pomysł dwóch scen, ustawionych obok siebie. Na jednej grał sobie zespół, na drugiej rozkładał się kolejny, by dać czadu gdy poprzednicy skończą. W ten sposób zlikwidowano uciążliwe przerwy między kapelami, a zawieszony po środku telebim czynił pełnię szczęścia jeszcze pełniejszą.

Z obsługą szło trochę gorzej, jakiś bałwan wymyślił żetony, którymi należało płacić zamiast pieniędzy, co generowało dodatkowe kolejki – te po browar były wystarczająco pokaźne. Nie wiem jakim cudem ludzie upijali się tym piwem, przechodziło przez człowieka jak woda i głownie z wody się składało. Niektórzy jednak umieli. Metale spali pod namiotami i w błocku, na deszczu i w zimnie, przytuleni do kibli i siebie nawzajem, solidarni w alkoholowym zamroczeniu.

SAMAEL widziałem już kilka razy i zawsze robili na mnie porządne wrażenie. Tak było tym razem, choć show Szwajcarów był ciutkę statyczny, a Vorph wyszedł na prekursora nowej mody, czyli metalowca w sukience (farbowane włosy gratis). Potem sukienkowców było jeszcze kilku ze wskazaniem na polski HATE (wszyscy minus garowy, którego nie widziałem). Klucz do doboru utworów SAMAELA obowiązywał potem u innych, Niespełna godzina to mało, by zagrać wszystko co się chce, więc ludzie koncentrowali się na hitach. Zabrakło tylko On Earth, swoją drogą jednego z najzimniejszych, nieludzkich kawałków jakie znam (do wglądu).

[ytorbit]iNrKndyCVOg[/ytorbit]

Wszyscy łącznie ze mną twierdzili, że koncert EXODUS był w pytę, kłopot w tym, że jak przyszło do niedzielnych podsumowań nikt go nie wymienił, a ja z całej zawieruchy pamiętam głównie debilowatego wokalistę, wygadującego pierdoły o wojnie, Arabach czy czymś podobnym. Rozczarowaniem dnia okazał się za to MAYHEM. Uwielbiam ich płyty, tam rzeczywiście jest mrok z szatanem, to muzyka dla dorosłych kompletnie wypłukana z umowności, trudno ją też oddzielić od osobliwej legendy zespołu – połowa starego składu jest już w piekle, o którym tyle śpiewali. Co zostało? Bezładna ściana dźwięku i Atilla Csihar, którego chłopaki po latach przygarnęli na powrót, w idiotycznej masce, wymachujący stryczkiem sprawiał wrażenie faceta, który nie wie co się dzieje, co robi i właściwie gdzie są te cholerne Czechy.

Tak bardzo spalałem się na SOILWORK (dzień drugi), że na nich nie dotarłem i wylądowałem w forcie gdzieś w końcówce setu PRIMORDIAL, usiłujących przekonać wszystkich na siłę, jacy to nie są świetni i osłuchani. Za to wyszedł ENTOMBED, których kocham pasjami i mam nawet za nowego SLAYERA. Dali czadu jak miło i wszystko było dokładnie tak jak trzeba. Lars Petrov, cudownie przeżarty wódą należy do mojej ukochanej grupy łysych z długimi włosami, ale jemu akurat wolno. Od bandy ponurych kolegów z konkurencji wyróżniał się szerokim uśmiechem, tan gośćt jest urodzonym metalowcem, scenicznym zwierzakiem, który padłby w dwa dni gdyby nie mógł sobie poryczeć. Ludzie mu wierzą jak papieżowi, zespół się nie starzeje i wali w mordę jak miło.

Czesi szaleją na punkcie BEHEMOTH których sobie odpuściłem, zrezygnowałem też z anemicznego koncertu ANATHEMY. Za to występ CRADLE OF FILTH okazał się milą niespodzianką. Wiadomo, panowie to malowane małpy, ich nowe płyty to kaszana, a Dani Filth to kurdupel poniżej przyzwoitości, ale na żywo dali radę, głównie za sprawą starych numerów, które nie straciły nic ze swojej piorunującej siły, Śpiewała z nimi jakaś gruba niewiasta, próbowali być gorsi niż zło (by Rogoża) i jeśli znalazłem w nich coś nieludzkiego to opętańczy głos wokalisty, doprawdy nie mogę pojąć, jakim cudem człowiek wydobywa z siebie tyle rodzajów wrzasku, będąc zarazem tak skończonym karakanem.

Zastanawiam się kto dał bardziej czadu: SODOM czy KATAKLYSM. Drudzy wycisnęli z death metalu wszystko co się dało, trudno też o bardziej trafną nazw. KATAKLYSM to selektywny czad, obłęd, tornado dźwięków popychane betonowym rykiem wokalisty. Za to Niemcy, świadomi własnej legendy (kto by to przewidział w latach osiemdziesiątych), zagrali cholernie profesjonalnie, selektywnie i z kopem, czego zupełnie nie spodziewałem się po ostatnich, dość przeciętnych płytach. Może to wynik bycia krową niezmienną, zwany czasem wiernością sobie? Pamiętam recenzję płyty Better off Death (1990), gdzie dziennikarzyna napisał że zespół przypomina brytyjski pociąg, który pewnie lecz wolno zmierza do celu. Nie ma wątpliwości, chłopaki dojechały i nie muszą się z nikim ścigać.

Czasy, kiedy byłem kultowcem-demówkowcem szczęśliwie minęły i kopara mi się szczerzy na dźwięki solidnej metalowej komerchy ze wskazaniem na melodyjną Szwecję. Wystawiam takie fucki wszystkim kultowcom, uwielbiam THE HAUNTED, DARK TRANQUALITTY i IN FLAMES, więc koncert ARCH ENEMY wszedł mi bez mydła. Drobniutka Angela Gossow drze ryja jak facet, będąc zarazem marzeniem każdego metala (ciut przeterminowanym). W naszej ekipie, jednakowo zachwyconej występem wywołała zresztą żywiołowy spór – naćpała się dziewczynka, czy światło daje jej w twarz i dlatego miała takie oczy.

PARADISE LOST dało koncert fatalny a nawet żenujący, czesi zresztą olali ich gremialnie – pod sceną znalazło się o połowę mniej luda niż przy innych składach. Być może PARADAJSI są popularni głównie w Polsce, być może powinni się rozwiązać a wypieprzyć wokalistę to napewno. Grali zupełnie sensownie i koncert położył właśnie Nick Holmes, niezdolny do zaśpiewania poprawnie jednej linijki. Dawał do zrozumienia, że to przez odsłuch, gapił się głupio i machaniem łapek usiłował udowodnić sobie i światu że jest kimś więcej niż brytyjskim, głuchym cepem.

Wreszcie CARCASS. Wielu przyjechało do Jaromera specjalnie na ten zespół i wątpię, żeby ktokolwiek był zawiedziony. Pieniądze służą czasem do czynienia świata lepszym i dobrze się stało, że ktoś posmarował zgnilcom w zamian za powrót. To już nie ten sam band co w latach dziewięćdziesiątych, są czujni i zdystansowani, ich żywioł ma mechaniczny posmak, ale kawałki nie straciły nic ze swej energetyczności. Zastanawiam się, czy ci kolesie przewidzieli kiedykolwiek, że staną się kultem w ciapki, czymś na kształt metalowego biskupa. Zbędny okazał się tylko były ich pałker po wylewie, którego wożą ze sobą, żeby wylazł na scenę i pomachał przez chwilę pałeczkami.

Ale najlepszy koncert Jaromera dało dwóch pijanych gości w namiocie piwnym, jeden darł się jakby go ze skóry obdzierali, drugi tłukł się w co mógł,, czym umiał, wreszcie dostał śmietnik więc w niego napieprzał, wlazł w końcu doń i bił się w głowę klapą, ku ogólnej uciesze zebranych. W tym momencie zrobiło się tak metalowo że hail satan, ludzie poszaleli, robili zdjęcia i gratulowali nietrzeźwym, jakby czując, że w nich właśnie przetrwała odrobina magii, konieczna dla tej starzejącej się muzyki.

Zapiski z Lwowa

Posted on 2 czerwca 2008

Wrzucam Wam luźne notatki jakie popełniłem podczas podróży do Lwowa. Dziękuję fundatorom stypendium Homines Urbani, Willi Decjusza, Renacie i Ostapowi za jej umożliwienie.

Jeśli pierwszy raz w historii Bóg wysłucha polskich modlitw i nie odbiorą nam Euro 2012 to będzie jeszcze konieczny cud maleńki na granicy. Jak głosi legenda, do cara przyszedł sobie facet, który miał budować tory kolejowe i zapytał uprzejmie, czy monarcha życzy sobie takie jak wszędzie, czy może szersze.

-A na chuj szersze? – odpowiedział car.

Wykonało się.

Nie chodzi nawet o tę szerokość z różnicą równą męskości monarchy (89mm), akurat podmianę wykonano na granicy sprawnie. Mam na myśli trzy godziny z kawałkiem spędzone bezczynnie, w oczekiwaniu trudno stwierdzić na co, gdzie jedyną rozrywką – oprócz picia piwa kupionego od ukraińskiej obsługi pociągu – jest obserwowanie nerwowej szamotaniny przemytników, pędzących przez korytarze ze swymi tobołami. Nieznośna też jest sytuacja zamknięcia, nie sposób wysiąść, pójść zjeść, a momentami nie ma gdzie siusiać, bo kible zaryglowane. Nie mogę pojąć tego trybu odprawy, na przejściu autobusowym jest jeszcze gorzej, a o pieszym lepiej nie wspominać. W ten sposób, miasto leżące 70 kilosów od Unii, sto razy bardziej europejskie niż ona, oddala się niemal do innej gwiazdy. Odległość jest względna, liczą się przepisy.

czytaj więcej

Wyruszam do Lwowa

Posted on 25 maja 2008

W ramach stypendium Homines Urbani wybieram się na prawie tydzień do Lwowa. Właściwie lubię to miasto, sympatią trudną, mam masę wspomnień miłych i niemiłych, w każdym razie, Lwów był punktem zwrotnym w moim życiu, co rozumiem teraz, po prawie trzech latach. To akurat nieważne, ważne, że zobaczę miasto na nowo, popatrzę na ludzi i budynki, wpadnę do Drochobycza wraz z innymi stypendystami i może nawet przekonam się do Brunona Schulza. Postaram się porobić jakieś notatki z podróży, zdjęcia – na pewno i całość wrzucę tutaj, jak tylko ogarnę się, wróciwszy do Polski.

Nie wiem jak będzie z netem, więc przepraszam z góry za brak kontaktu, ze względu na koszta mogę skąpić w odbieraniu telefonów. A, zapowiadałem powrót do opowiadań i jest, długa, myślę że straszna historia napisana do antologii o diable, przygotowywanej przez Red Horse. Tekst nazywa się „Imp”.

Kraków, Warszawa, Częstochowa, Kraków

Posted on 15 maja 2008

Zawsze chciałem grać w zespole i pewno grałbym nawet, lecz jestem głuchy jak pień. Zresztą, kapela to masa problemów, trzeba robić próby, kłócić się z pijanym perkusistą, targać sprzęt i jeszcze siedzieć w studio. Wyciągam więc z posiadania zespołu esencję całej zabawy, czyli trasę.

Oto rozpiska:

Piątek, Kraków, Willa Decjusza, godzina. 20.30. Spotkanie, czytam nowe opowiadanie „Noc na Moście Zakochanych” (docelowo SFFH), całość w ramach Nocy Muzeów i pewnie chodzi o to że przekroczyłem trzydziestkę.

Niedziela, Warszawa, Targi Książki w Pałacu Kultury (Pekin), podpisuję książki na stoisku firmy Olesiejuk. Godzina 14.00

Poniedziałek, Częstochowa, 20.00. Spotkanie autorskie wraz z Zygmuntem MIłoszewskim („Domofon”) w Miejskiej Galerii Sztuki przy ul. Najświętszej Marii Panny.

Wtorek, Kraków, klub Lokator na Krakowskiej (przy Domu Norymberskim), krakowska premiera książki „Prezes i Kreska. Jak koty tłumaczą sobie świat”.

Obiecuję respektować wszystkie zwyczaje przebywania w trasie łącznie z demolką miejsc w których śpię.

 

Older Posts