porusza i prowokuje...

okazjonalnie

wojna z kibicami

Posted on 9 maja 2011

Padłem ofiarą wojny rządu z kibicami – wojny, która najprawdopodobniej zostanie przez rząd przegrana. Stanie się tak z kilku powodów. Pierwszym, chyba najważniejszym jest zbytnie zaufanie językowi. Idiotyczne słowo „pseudokibic” semantycznie sytuuje się w opozycji do „kibica”, kibic winien dystansować się od swojego brutalnego kolegi. Tymczasem, wedle mojej wiedzy jest zgoła inaczej: „pseudokibicie” czyli chuligani cieszą się poparciem kibiców zwykłych. Poniekąd realizują ich sny. Kibice, jak każdy człowiek, marzą o znalezieniu ujścia dla swej agresji i chcieliby – kto by nie chciał? – raz na czas pookładać kogoś po gębie, coś rozpierdolić. Chuligani stanowią ucieleśnienie ich marzeń, marzeń odpowiedzialnych ojców i pracowitych księgowych. Bo my, ludzie, przynajmniej śnimy o przemocy. Ci ojcowie, ci księgowi, być może, sami się za młodu napierdalali. Jeśli mam rację z tym wszystkim, to siła z którą rząd się zmaga nie wyraża się w liczbie chuliganów polskich, lecz do tej liczby należy dopisać jeszcze jedno zero z tyłu. Jedźmy dalej. Każdy, kto ma przynajmniej blade pojęcie o kibicach i chuliganach wie o podziałach środowiska, słynnych kosach. Lecz powinien też wiedzieć, że czasem te podziały ulegają zasypaniu, choćby wtedy, gdy wszyscy razem napieprzają się z policją. Bywa i lepiej. Chuligani jednej drużyny potrafią zorganizować przyjazd swoich uzbrojonych wrogów na stadion, skryć ich przed policją, a po meczu się trzaskać. Taki numer wykonali przecież kibice Lecha i Legii jakiś czas temu, czego świadectwem był słynny transparent LEGIO NIENAWIDZIMY CIĘ LECZ Z NASZYCH WSZYSTKICH WROGÓW WAS SZANUJEMY NAJBARDZIEJ rozpostarty na trybunie Kolejarza. Przykładów jest więcej, kto chce sobie znajdzie – rząd bynajmniej nie walczy z grupą agresywnych osiłków, lecz zdołał, jak mi się wydaje, rozdrażnić rzeszę ludzi dobrze zorganizowanych i inteligentnych, dla których piłka nożna, ich klub, ich stadion są częścią składową tożsamości. Rozpisałem się o tym wszystkim, a chciałem tylko wspomnieć pewne wydarzenie. Mam widok na Stadion Narodowy, mieszkam na cichym osiedlu i właściwie nigdy nic tutaj się nie dzieje. W noc po deklaracji wojny z chuliganami, tak w rejonach piątej rano, do mych uszu dobiegł ryk, zwany również pieśnią, spływający z ust jakiegoś maszerującego legionisty. Wył on co sił i był niestrudzony. Wędrował, jak sądzę przynajmniej kilometr, prosto pod mój blok i tam wrzeszczał dalej. W sobotę wieczorem poszedłem na piwo i znów go usłyszałem. Ryczał niczym rycerz wygnany z królestwa. Cóż, myślę sobie, każdy kraj ma swoje własne Banshee, a wywoływanie duchów do niebezpieczna sprawa.

Thor

Posted on 5 maja 2011


Kenneth Branagh ekranizuje komiks. Lubie filmy Branagha i wiele adaptacji komiksowych, żeby wymienić tylko „Historię przemocy”, „Hellboya”, „Strażników” i „Iron mana”, za to nie wiedziałem nic o rzeczonym Thorze. Ten ochłap popkultury do mnie nie dopłynął. Wiedziałem, że jest taki bohater, zetknąłem się z wariacją na jego temat w bardzo słabym albumie „1602” Gaimana i właściwie tyle. Tymczasem „Thor” jest dziełkiem ciekawym, nie tylko dlatego, że kwatera główna bogów w Asgardzie żywo przypomina kościelne organy. Mamy do czynienia z opowieścią superbohaterską bez superbohatera: Thor na początku filmu traci swe moce i musi radzić sobie na Ziemi wykorzystując swoje niezbyt rozbudowane człowieczeństwo oraz wymachiwanie piąchą. Akcenty humorystyczne rozłożono prawidłowo, Natalie Portman wyżywa się w słodkości i szkoda tylko, że większość figur ludzkich pojawia się i znika, jakby reżyser przypominał sobie o nich raz na czas i nawoływał, by wrócili na plan, jeśli tylko mają ochotę. Zwraca uwagę przesunięcie „tych złych”, czyli lodowych gigantów na margines akcji, jej oś stanowią zmagania między braćmi, próbującymi zjednać sobie ojca, każdy swoim sposobem. Anthony Hopkins jest zaś tatuśkiem władczym, mądrym i jednookim. Ale „Thor” odznaczył się jeszcze z innego powodu. W roli boga (tu raczej kosmity) Hajmdala obsadzono Idrisa Elbę („The Wire”) , który jest czarnoskóry, a więc umiarkowanie nordycki. W Ameryce rozległy się protesty, generowane między innymi przez The Council of Conservative Citizens, aktor się wściekł, a Branagh tłumaczył. Tymczasem efekt końcowy jest zgoła odmienny niż oczekiwałaby przewracająca się w grobie poprawność polityczna. Biali bogowie (kosmici) ucztują sobie na pokojach, odbywają narady i maleńkie przewroty pałacowe, tymczasem ich jedyny czarny reprezentant tkwić musi na końcu jakiegoś pieprzonego mostu, o suchym pysku i na głodniaka pilnuje bramy międzyświatowej, wpuszczając i wypuszczając gości. Któż jednak ma większą władzę niż odźwierny, ile głów koronowanych spadło za sprawą decyzji ciecia? Tak jest i tym razem.

[ytorbit]aymaqCbaik4[/ytorbit]

Nike, grindhouse

Posted on 23 lutego 2011

Pojawił się nowy krótki metraż Roberta Rodrigueza, reklamówka butów Nike z udziałem Kobe Bryanta, Bruce Willisa, Kayne Westa i Danny’ego Trejo. Oczywiście grindhouse, zrobione z jajem i gatunkowym respektem, nie wątpię w rozgłos tego dziełka przełożony na wzrost notowań sponsora, ale za to mam innego rodzaju wątpliwości. Doskonale rozumiem fascynację „złym kinem” i moja miłość do niego składa do oglądania złych filmów właśnie, a nie wariacji na ich temat. Stąd niechęć do Tarantino i przekonanie, że najlepszą rzeczą Rodriqueza jest „Sin city” do którego wciąż boję się wracać. Za to historia kina pokazuje, jak młodzieńczość się kończy. Terry Gillam i Tim Burton, wychowani na filmach wytwórni Hammer realizowali wysokobudżetowe sny w tym stylu aż nagle zabrakło pary, tak długo byli dziećmi, aż nie dostrzegli, że już nimi nie są. Ostatnie filmy znamionują zmęczenie, zwłaszcza „…Dr Parnassus” jest okropny i to doświadczenie pozwala mi sądzić, że podobny los czeka Rodriqueza, wyrosłego na barwnym bezładzie lat osiemdziesiątych: w tym przypadku pułapką jest fajność, poczucie humoru, doskonałe rozeznanie schematów i lekkość kamery, co da się powtarzać w nieskończoność, aż straci całą swoją siłę, zwłaszcza, że cała ta siła tkwi w przeszłości. Za Nietzschem: źle się odwdzięcza mistrzowi uczeń, na zawsze pozostając uczniem.
[ytorbit]1TO4yeUIPWE[/ytorbit]

horror, horror (25): Paranormal activity 2

Posted on 1 lutego 2011

Pierwszą część obejrzałem z przyjemnością. Ba, raz nawet się przestraszyłem. Filmów mockumentary” (tu raczej „fake home video”) jest na tyle niewiele, że każdy zachowuje świeżość. Tę konwencję, ten sposób kręcenia uważam za najwłaściwszy dla nowoczesnego horroru, ze względu na zmniejszenie dystansu pomiędzy dziełem i odbiorcą. Potwór jest jakby bliżej. Dwójka „Paranormal…” przynosi rozczarowanie, warto jednak o niej wspomnieć przynajmniej z dwóch, czysto technicznych powodów. Akcja nie rozgrywa się przed wydarzeniami z jedynki (wówczas mielibyśmy prequel), nie po nich (nie jest sequelem), lecz w trakcie, dopowiadając i wyjaśniając znane już wydarzenia. Gdyby oba filmy zmontować, mielibyśmy jeden długi i spójny. Może tak należało zrobić? Część pierwsza była sympatycznym straszydłem, ale nie znów tak wspaniałym, bym wszystko zapamiętał, co znów skazało mnie na gubienie się w domysłach i niewiedzy. Teraz, podczas kolejnej odsłony opowieści o nawiedzonym domu (nawiedzonej maniurce) w największe zdumienie, miast widma, wpędziła mnie praca operatora. Gdyby nie wyraźny sygnał, że kamerę dzierżą kolejni bohaterowie, myślałbym, że mam do czynienia z normalnym, niskim budżetem kręconym z ręki. Żadne to mockumentary (fake home video), tylko coś znacznie ciekawszego. Mockumentary udaje film dokumentalny, tu jednak mamy do czynienia z filmem niskobudżetowym udającym mockumentary, które, jak już wiemy, udaje film dokumentalny. W takim zamieszaniu, wiadomo, blakną nawet upiory.
[ytorbit]j399fd3xV94[/ytorbit]

życie na gorąco

Wracałem od ojca i syna. Z Julkiem klocki, z tatą browar w Lokatorze. Tramwaj jak szklanka, w połowie pusty, w połowie pełny. Przede mną usiadł dziwny człowiek, z ubioru i postawy przypominający nieco zabiedzonego ekologa. Wsadził nos w książkę, dosłownie: czytał przykładając oko do lupy, lupę do kartki, a jego głowa przesuwała się ruchem maszyny, w ślad za kolejnymi linijkami. Zasmuciłem się, jak zawsze (no dobrze, nie zawsze) kiedy stykam się z ludzkim nieszczęściem, a on przerzucił kartkę i zobaczyłem tytuł rozdziału, w którym natychmiast się zagłębił. Brzmiał on „Zadania snajpera”.

metal na dziś (30)


Pierwszy wokalista Iron Maiden, Paul DiAnno powiedział, że odszedł z zespołu bo nie wytrzymał rozwleczonych kompozycji Harrisa i to jest taka prawda, że gówno prawda, tyle, że teraz rzeczywiście nie da się ich słuchać. Na poprzedniej płycie dynamiczna struktura wielowątkowych kawałków umiała jednak porwać, to było jak wielki samolot bojowy, który wbrew wszystkiemu śmiga w chmury razem z człowiekiem na pokładzie, teraz to jest bidne jak sierota spod sklepu, jak niedopity bełt tyle, że za miliony dolców: już teraz „The Final Frontier” jest numerem jeden na liście w Wielkiej Brytanii. Dobrze, że metal się sprzedaje, tylko szkoda, że taki. Zdaniem Dickinsona to ludzie są winni że im się nie podoba, bo słuchają tego szajsu na tanich słuchawkach czy, o zgrozo, wprost z komputera. Strzeliłbym sobie w głowę, ale taki „The Trooper” można zagrać nawet na grzebieniu i chwyci za serce. Nie każdego oczywiście. Maiden zawsze wykorzystywało kilka prostych komponentów by porwać słuchacza: odpowiednio był to śpiew, pęd zmieszany z podniosłym charakterem poszczególnych kawałków plus szczególna otoczka dodająca poszczególnym numerom baśniowego uroku. Teraz to powoli ulega rozkładowi i „Final Frontier” zaczyna przypominać pokój zabaw w którym starcy zaprowadzili porządek, niespodziewanie, najgorszym dziadem okazuje się sam Dickinsonm śpiewający jak zwykle tylko dużo gorzej. Być może to wiek, może zanik umiejętności pisania piosenek, których tu po prostu nie znajdziecie, zapewne – próba odkupienia własnej metaliczności w drodze ukłonu do rocka progresywnego. W sumie kumie dobrze się stało, że takie to nędzne, bo można zająć się czymś zgoła ciekawszym, czyli analizą fenomenu Iron Maiden w oderwaniu od samej muzyki, co jest zadaniem dla kogoś poważnego. Sam tutaj wypowiadam się językiem wkurwionego bahora, dwunastolatka bo i Ironi zawsze zabierali mnie do krainy dziecinności: zasłuchany byłem uroczym brzdącem choć życie waliło mi się na głowę. Teraz niczym dziecko któremu strzaskano zabawkę drę się, bo nie rozumiem skali zmiany. Nawet teledysku tu nie cisnę, pieprzę to. Niech będzie Henry Rollins, standup na temat, polecam zwłaszcza nieprzyjaciołom muzyki metalicznej.
[ytorbit]YgkKBQj5ntQ[/ytorbit]

horror, horror (2): antychryst

[ytorbit]Z5tKBGcWQZE[/ytorbit] Recepcja filmu zależy od stanu, w jakim rzeczony film przyjmujemy, a kiedyś byłem w takim, że uznałem „Gulczas, a jak myślisz” za coś całkiem zabawnego. Może gdybym obejrzał „Antychrysta” bez wódeczki z kolegą Urbaniukiem zwyczajnie rzecz bym wyłączył, tak przetrawiłem i nie wiem po co – czegoś tak kompletnie nieudanego, źle nakręconego i fatalnie zagranego dawno nie widziałem. Zdjęcia są piękne, zgoda, ale już zachwyty nad aktorstwem spiętego Defoe wydają się mocno przesadzone. Czy oni nie mogli znaleźć ładniejszej pani? Walorem, zdaje się ma być atmosfera niedopowiedzenia, tu konkretnie sprowadzająca się do kwestii, że nie wiadomo o co chodzi, człowiek siedzi i myśli, czy czegoś nie przegapił. Odpowiedź: nie ma co szukać, w „Antychryście” brak jakiejkolwiek treści, to bezładne ślizganie się po wodzie najtańszej symboliki, pozbawione jakiegokolwiek sensu. Myślałem, że kino jest władne wyleczyć się z Freuda, tymczasem pan von Thier najwyraźniej przeczytał streszczenie „Objaśnienia marzeń sennych” i nawet nie udaje, że rozumie. I jeszcze podkręcanie całości bezsensowną brutalnością i tanim porno, na jasną cholerę ten pretensjonalny wstęp w czerni i bieli, dziecięce pac z okienka i detal z rupu-tupu? Defoe ma jazdę na kino awangardowe, jemu akurat wolno, tylko nie rozumiem na jakiej podstawie von Thier doświadczył mentalnego oralu ze strony krytyki w Cannes, czemu ten film w ogóle jest komentowany i pchany na arcydzieło, w ogóle nic nie rozumiem i nie wiem jakim cudem nakręcono taki bezsens. Ten film nie jest trudny tylko durny, żaden to horror, lecz trochę mgły i ucięta łechtaczka i żaden dramat pary ale tępe zaciskanie szczęki. Gdyby młody twórca grozy spróbował sprzedać ten scenariusz, zleciałby ze schodów, choć żyjemy w świecie, gdzie ruszyła już preprodukcja siódmej „Piły”, więc ja tez domagam się odrobiny sprawiedliwości: w tym wypadku von Thiera obijającego się o stopnie.

tydzień z głowy (50)

Jestem bardzo niezadowolony, bo w ostatniej chwili dowiedziałem się, że nie jadę na Hard Rocker fest, gdzie, wedle mej najlepszej wiedzy, miałem pomagać kumplowi przy stoisku, pić piwo i słuchać zespołów na które w życiu bym się nie wybrał gdyby nie okazja szerzenia dobra tkwiąc na stoisku z winylami. Mekong Delte jeszcze jakoś zarejestrowałem jako fajny skład z lovecraftowskimi inklinacjami, ale już taki Wild Knight zwyczajnie nie mieści mi się w głowie ze względu na samą ich historię, otóż, chłopaki, jeśli tak można mówic o zacnych pięćdziesięciolatkach rekrutowali się z ruin grupy X-wild, rekrutującej się natomiast z byłych członków Running Wild, tych samych co przebierali się za piratów, niedawno zagrali ostatni koncert i poszli się jebać razem z papugą i Jolly Rogerem. Boję się myśleć, co będzie, gdy w Wild Knight nastąpi jakiś rozłam, na szczęście mam inne problemy, na przykład taki, że nawet ich sobie nie posłucham, a nie posłucham dlatego (o czym chcę napisać od pierwszej linijki), że obudziłem się z zapaleniem torebki stawowej w kostce, wiec o machaniu  głową dla Szatana mogę zapomnieć, w gruncie rzeczy samo kiwnięcie nogą przywołuje łzy. Przyjmijmy więc, ze są to łzy za grzechy.

Ból w nodze uprzytomnił mi pojęcie komfortu, o którym ładnie pisze Tyrmand w dziennikach i zorientowałem się, że komfort oznacza dla mnie tę tylko sytuację, kiedy nic mnie nie napierdala, kiedy gnam przez miasto, klepię w kompa z obłędem w oczach, siedząc na twardym krześle mam poczucie jasnej komfortowości.  Mieszkam bez żadnych wygód, co nawet sobie chwalę, choć niejasno przeczuwam konieczność jakichś porządków, choćby zawalczenia z agresywną kulturą pajęczyn. Co ważniejsze, nie pomyślałem nigdy, żeby to zmienić. Gdyby w skutek cudownego zdarzenia nagle wylądowałbym na miękkiej kanapie w przestronnym mieszkanku, przede mną pyszniłby się wielki telewizor a na ścianach wisiała sztuka, wyraziłbym pewno jakiś rodzaj zadowolenia ze zmiany mojego losu, nie znajduję jednak w sobie nic, co pchnęłoby mnie do czegokolwiek, poza wyczekiwaniem cudu właśnie. Jest we mnie jakieś głębokie poczucie, że tak właśnie jest dobrze, że może nie zasłużyłem, a w życiu trzeba walczyć o to, co ważne i nic więcej.

Nie mam pamięci do nazwisk, a wraz z nogą popsuło mi się wyszukiwanie w kompie, więc będzie bez konkretów. Najpierw przeczytałem rozpaczliwy artykuł o tym, że wściekły naród połapał się, że nie musi płacić bandyckich składek ubezpieczeniowych w ZUSie, wystarczy zatrudnić się na jedną setną etatu w UK (załatwiają to odpowiednie firmy) i haracz ponad ośmiu stówek kurczy się o połowę. Wypowiedzi urzędników wyższego szczebla zdradzały strach z trudem maskowany oburzeniem, było coś o ABW, bezpieczeństwie państwa z cudowną puentą, że jak to, bo co, przecież nie można składek nie płacić. Podobne przerażenie może odczuwać wampir, zaskoczony przez świt. Furtkę dla spryciarzy otworzyła dyrektywa Unii, a taka dyrektywa jest jak słonce, niewiele można z nią zrobić – stąd paniczny strach. Zaraz potem jaki facet orzekł, że ZUS niedługo trafi szlag, co właściwie należy uznać za potwierdzenie opinii wyrażanej gdzieś od dekady z kawałkiem. Oczywiście, można nie płacić składek, sam, jako artycha, jestem tego dobrym przykładem. Mógłbym, skruszony perspektywą biednej starości zacząć bulić, mam jednak świadomość, że choćbym wpłacał tysiąc złotych dziennie, to prędzej Christina Ricci wpadnie do Krakowa kibel mi przepchać niż ja cokolwiek zobaczę z odkładanych pieniędzy. W cieniu każdego wydarzenia, czy nawet ujawnienia słabości naszego tytana ubezpieczeń podnoszą się głosy oburzenia, że ZUS kupił sobie nowa siedzibę, ma tam złote klamki i tym podobne. Każda nowa nieruchomość nabyta przez tę instytucję, choćby był to garaż na merole zarządu budzi mą radość, wynikającą z troski o starzejące się społeczeństwo, pragnę, by tych nieruchomości było jak najwięcej i cieszyły me oko rozmachem nowoczesnej architektury. Uważam zresztą, że ZUS czyni to z rozmysłem i gdybym sam wylądował na stołku prezesa postąpiłbym podobnie. Zawsze to jakaś inwestycja, nieruchomości raczej nie tanieją i gdy system ubezpieczeń wreszcie szlag trafi znajdzie się przynajmniej coś, co będzie można zlicytować, sprzedać, wynająć, dać najbardziej oszukanym, najbardziej potrzebującym na margarynę i bełta, w ostateczności w dawnych gabinetach powstaną przytułki i noclegownie, co brzmi teraz zupełnie nieprawdopodobnie czyli najpewniej doczeka się spełnienia.

Pisałem już o mojej drodze do domu (awaria nogi wyłącza mnie z przykrej konieczności spaceru pod wiaduktem, choć, jak znam swe szczęście, zaraz jakieś ważne wydarzenie zmusi mnie do kuśtykania). Za to nie wspomniałem o zniczach. Znicze przydrożne najczęściej mijamy w samochodzie i wówczas myślimy o sobie. Jak to dobrze, że żyjemy. Ja nie jeżdżę tylko chodzę, więc mogłem choć raz pomyśleć o innych. Często zdarza mi się wracać koło dziesiątej, jedenastej i wówczas się palą, to znaczy, mogą palić się i wcześniej, ale w słońcu nie umiem ich zobaczyć. Dwa albo trzy, zmieniane nieregularnie. Czasem, pod wiaduktem nic się nie świeci przez długie tygodnie i muszę schylić się, by zobaczyć zimne szkło. Zeschłe kwiaty. Ktoś je jednak wymienia na nowe. I tak sobie stoją. Miedzy mocnymi słupami podpierającymi wiadukt. Zacząłem się zastanawiać, co tam się stało i w jaki sposób ktoś umarł. Przyglądałem się miejscu. Najpierw myślałem o zderzeniu dwóch samochodów. Tylko jak to możliwe, skoro albo sa ta korki na całą długość albo luz, nie ma po co wyprzedzać? No i kto by wyprzedzał na ostrym podjeździe? Chyba nie. Skoro znicze błyszczą po lewej stronie, jak idę do mojego domu, to może jakiś kierowca stracił panowanie nad samochodem, zwyczajnie zasnął i walnął w słup wiaduktu? Albo spieszył się do domu? I też walnął z pośpiechu. Musiał mieć sakramenckiego pecha, bo można tam uderzyć głównie w te słupy, jakby prasnął w skarpę to chyba by przeżył. Jakby nie, to znicze stałyby gdzie indziej. Nie przy słupie. Czyli słup jednak. Bez śladu na żelbecie. Wydaje mi się, ze po uderzeniu samochodu coś by pozostało. Musiałem wreszcie pomyśleć o sobie i zrozumiałem. Raz na jakiś czas przechodzę w poprzek ulicę, żeby szybciej wrócić do domu, światła są daleko i musiałbym robić kółko. Nie zawsze się chce. Człowiek, zapewne młody i pijany zrobił podobnie, tylko nie popatrzył, zapewne też wyłonił się spomiędzy słupów (padało?), będąc niewidocznym dla kierowcy. Wyskoczył pod koła, trach. Tu uspokajam wszystkich, zazwyczaj chodzę jednak na około, a jeśli przejdę na rympał to rzeczywiście ostrożnie. Nie o mnie jednak, o tym człowieku miało być – nie mam pojęcia kim był, kto mu te znicze pali. Domyślam się, że mieszkał na moim osiedlu, no bo gdzie indziej? Może szedł, wracał, do pracy w KFC? Tego już się nie dowiem, nie widziałem nikogo, kto by te znicze zapalał, nie miałbym zresztą odwagi zapytać. Ale, kierowany dziwnym impulsem poszedłem do sklepiku osiedlowego, kupiłem dwa znicze i postawiłem obok starych. Pomyślałem, że jeśli ktoś we mnie wjedzie, teraz właśnie, w momencie zapalania to będzie niezła heca i zaraz pokrzepiłem się innym wyobrażeniem. Nikt tam nigdy nie umarł, nie pod moim wiaduktem, zwyczajnie, jakiś gówniarz zapalił znicz dla zgrywy, a może żeby ostrzec kierowców przed rozwijaniem nadmiernej prędkości i tak to już się kręci, ktoś kto tak jak ja drepta tą najsmutniejszą trasą w całym Krakowie znicze te zauważy, zżyje się z nimi i nie wytrzyma, jeśli zgasną.

Older Posts