porusza i prowokuje...

orbitowski

tydzień z głowy (518)

Cztery dni w Trójmieście

 sea-monster-drawing-63

Końcówkę lata spędzamy w Gdyni. To moje ulubione miasto w zatoce. Gdańsk jest za duży. Sopot ma Monciak. Monciak czyni piękny Sopot miastem nie do zniesienia. Tymczasem Gdynia, ze swoim bogactwem życia i krótką historią jawi się miejscem stworzonym specjalnie dla mnie. Pojawiłem się na świecie jak ona, bez żadnej uprzedniej historii.

Przez cztery dni spacerowaliśmy po plaży, stanowczo za długo leżeliśmy w hotelu i jedliśmy mnóstwo dobrego jedzenia. Zazwyczaj nie robię żadnych z tych rzeczy. W Krakowie mamy tylko brudną Wisłę. Nie wyleguję się w łóżku, a w konieczności spożywania posiłków widzę konieczność zdolną zniszczyć każdy, najlepszy nawet dzień. A jednak jadłem, leżałem. Kupiłem sobie winyl z muzyką z filmu „Szczęki”. W końcu to morska historia.

Patrzyliśmy na morze, na ten szary placek zatoki, światła stoczni, masywne frachtowce i meduzy kołyszące się przy brzegu. Przypomniałem sobie, jak byłem nad morzem po raz pierwszy z moim wujkiem. Kamienie rozrywały delikatne ciała meduz wyrzuconych na brzeg. Nie mogłem się z tym pogodzić i zanosiłem te meduzy z powrotem do wody, a potem z wujkiem skakaliśmy na fale. Nie uratowaliśmy wszystkich meduz. Wujek zmarł rok temu. Niczego, nikogo nie ocalimy.

A może jednak? Siedziałem z dwojgiem ludzi, którzy uratowali siedmioletniego chłopczyka. Nieważna kto. Nieważne w jaki sposób. Ważne, że od małego życia oddalono nieszczęście, co nie musiało się stać, a jednak się wydarzyło. Żadne słowa nie oddadzą mojego podziwu dla tych dwojga. Dzień później popiliśmy z moim starym przyjacielem. Chłop miał ciekawe, trudne życie, które większości ludzi odebrałoby radość i nadzieję. Nie on. Otwiera knajpę w Trójmieście, ma nową dziewczynę, wiedzie intensywne życie nocne, ma jasne oczy i nieustannie się śmieje. Zapytałem go, czy jego zdaniem ponad tym światem jest Bóg, zaświat, cokolwiek, co nada nam sens i nadzieję. Zaprzeczył, śmiejąc się. Objął nas oboje i poszliśmy napić się wódki.

I myślę sobie, że tak właśnie jest na tym smutnym świecie, że to wszystko czym żyjemy, co nas buduje i rzuca w przyszłość zawiera się jakoś w tej pustce po Bogu, w jamie gdzie są statki, meduzy przy brzegu, uratowany chłopiec i lęk dławiący przed świtem.

 

Tydzień z głowy (517)

Dlaczego gołąb?

pigeongrafika: Kat Houseman 

Byłem we Lwowie na zdjęciach. Kręciliśmy po czternaście godzin dziennie. Lwów jest brudny i tak zniszczony, że można by robić tam film wojenny. Wszystko jest szare, jak zakurzony rupieć. Wieczorem, w tę ruinę wypuszczają się piękne, zadbane dziewczęta. Włóczyłem się, całkiem sam, nocą, po cmentarzu Łyczakowskim. Stałem dwanaście godzin na granicy. Zjadłem znakomity obiad w Atlasie, gdzie sto lat temu balowała polska inteligencja. Ale najlepiej pamiętam gołębia.

Gołąb rezydował w bezpośredniej bliskości dworca. To ogromny budynek, trochę podobny do tego we Wrocławiu. Przy wejściu tłoczą się ludzie i samochody. Posępni, śniadzi taksówkarze łowią klientów, przewalają się wycieczki, mrówki z towarem, studenci z Polski, a młodzi pijaczkowie proszą o drobne robiąc przy tym szpagat. Dalej rozciąga się rodzaj wyjątkowo zabiedzonego zieleńca, gdzie w słońcu przysiadła sobie rodzina Cyganów.

Byli bardzo ładni, ci Cyganie, wszyscy bez wyjątku. Przewodził im tłuściutki senior z wąsem, podobny trochę do don Wasyla, tego piosenkarza. Towarzyszyła mu tęga równolatka o wydziaranych ramionach. Rozsiadała się na trawie jak czarownica. Prócz tego było dwóch postawnych kryminalistów koło czterdziestki, wyrostki w tym jeden z gitarą, oraz rozbrykany narybek. Przyjemnie się na nich patrzyło.

Cyganie, jak wiadomo, nie ruszają się bez tobołów (w tym przynajmniej ten dumny i pogardzany naród łączy się z Polakami). Ci też obłożyli się bambetlami, a do największej z toreb, szmacianą taśmą długą może na dwa metry przywiązany był gołąb. Tłuste, bogato opierzone ptaszysko o ładnym umaszczeniu. Był zupełnie spokojny i nic nie wskazywało na to, że trapi go poczucie krzywdy. Najwyraźniej zapomniał o lataniu. Siedział na gałęzi, kręcił głupim łbem i tyle z tego było.

Dlaczego gołąb? Nie umiem tego pojąć. Co sprawiło, że Cyganie przytroczyli go do swoich bambetli? Ma to związek z jakimiś wierzeniami tych ludzi? Sądzą na przykład, że obecność ptaka przynosi im szczęście? Gołąb mógł by pełnić rolę wczesnego ostrzegania, na podobieństwo kanarka w kopalni. Wyczuwałby jednak nie gaz, a duchy. Co jeśli to gołąb pocztowy, skomunikowany z innymi grupami Cyganów jako ważne ogniwo systemu ostrzegania przed policją? Gołębie doskonale się do tego nadają – przenosiły rozkazy o nalotach jeszcze podczas I wojny światowej. Może wreszcie w tym gołębiu mieszka dusza jakiegoś ważnego Cygana? Ciągnie się za nimi ich opierzony przodek. Istnieje też możliwość, że ten ptak znalazł się na tasiemce z czystego kaprysu, przyczepili go dla hecy, a on to sobie upodobał. Co robią z nim w zimie? Co, gdy lądują na komendzie? Co z kłopotliwymi przecież odchodami gołębia? Pytania. Mnóstwo pytań. Oto jedna z tajemnic zaszyta na powierzchni świata-cygański gołąb.

Tydzień z głowy (516)

Bezsenność i lęk

 dragon

Przez lata łóżko miało kolce i kły. Leżało mi w mieszkaniu, milczące i wrogie jak smok. W domu zawsze znajdował się mebel, który był mi nieprzyjacielem.

Nie przyjmowało mnie do siebie. Kaleczyło palce i drapało w oczy. Wiłem się na jego białym języku. Szarpałem się z nim i prosiłem o litość. Próbowałem zabić to łóżko, tego smoka, a ponieważ długo nie potrafiłem, usiłowałem niezdarnie zabić przynajmniej siebie. Gniotłem własny kark i tłukłem się po brzuchu.

Potwór żuł mnie i mlaskał. Wypluwał nad ranem, całego oślinionego. Miałem suche płuca, a pod skórą brud. Nienawidziłem siebie suchego i brudnego. Za dnia smok spał smacznie, w odróżnieniu ode mnie. Wiedział, że nocą spotkamy się ponownie. W jakiś sposób całe moje życie  – pisanie, kochanie – było niczym więcej jak ucieczką przed nocą.

W końcu zwyciężyłem. Z cudzą pomocą jak Herakles – pokonałem smoka. Jego martwe ciało osiadło w mieszkaniu jak powalone drzewo i zmieniło się w bagno.

Śpię w wodzie. Mam mokro. Wiercę się w kokonie z wilgoci. Ta wilgoć oblepia mnie całego i wpycha się do ust. Jestem tuż pod powierzchnią trzęsawiska i naprawdę czuję się jak ci nieszczęśni wojownicy, których Frodo spotkał w rozlewisku topielców. Leżę sobie, żółty i ślepy. Czuję jak ktoś mi się przygląda. Jak ktoś nade mną wędruje.

Nawet nie próbuję z tym walczyć. Jestem wojownikiem i zabijam smoki. Ale żaden miecz nigdy nie pokonał bagna.

Tydzień z głowy (515)

Już dosyć

unnamed

Jak co roku siedzę sobie w domu, nieco zmęczony po festiwalu Brutal Assault, który odbywa się w Czechach. Jeżdżę tam od dziesięciu lat i jeśli mnie pamięć nie myli, odpuściłem tylko raz, w 2010 roku.

To piękna powtarzalność – to samo miejsce, ci sami ludzie, ta sama muzyka i ten sam kurz, którego tumany wznosiły się w palącym słońcu. Paskudne piwo festiwalowe. Najgorsze żarcie na świecie. A także basen i rozmowy trwające do nocy. Pogaduchy, zwierzenia, poczucie bliskości. Oraz owce, które mijaliśmy zawsze przemierzając trasę między bursą a terenem festiwalu. Stały się już symbolem Brutala. Mam nawet oficjalny kufel z taką właśnie, złowrogą, metalową owcą.

Z wrażeń muzycznych najmocniej wszedł mi Tormentor, nie tylko dlatego, że niewiele kapel świeżo po reaktywacji prezentuje tak wysoki poziom wykonawstwa. Metal jest w swojej najgłębszej treści niepoważny, bajkowy. Jego zło i ciemność mają, powiedzmy sobie szczerze, dość dziecinny charakter. Nie mam z tym problemu, ale oglądając występ Tormentor niepodziewanie poczułem, że obcuję z czymś naprawdę złym i niebezpiecznym. Przez moment (krótki ale jednak) przestraszyłem się muzyki.

Usłyszałem niedawno, że już mi nie przystoi, bo w końcu mam 41 lat, udane życie zawodowe i generalnie przystoją mi rzeczy poważne, a nie niepoważne. Wcale tak nie sądzę. Moja powaga wyraża się także przez niepowagę, przez zgodę na głupotę i śmieszność. To także jest rodzaj odwagi.

Ale odpuszczam. Po dziesięciu latach pora zakończyć tę brutalną przygodę. Myślę, że lepszej okazji nie będzie, bo ta edycja festiwalu wyróżniała się wysokim poziomem kapel i tzw. spokojem towarzyskim. Nie było żadnych przygód. Nikomu właściwie nic się nie zdarzyło. A odpuszczam, bo w te wakacje byłem w domu może przez trzy tygodnie, żyję na walizkach i wiem, że prędko się to nie zmieni. Tęsknota za bliskimi, za domowym śniadaniem i własnym łóżkiem przeważa i tyle.

A zatem dziękuję wszystkim za dziesięć lat brutalnej przygody. Mam na myśli zwłaszcza ludzi, których widywałem tylko raz do roku w Czechach. Trzymajcie się ciepło. Oczywiście nic nie jest przesądzone i dopuszczam możliwość, że jeszcze kiedyś przyjadę na Brutala. Na przykład za trzydzieści lat. Jako staruszek z laseczką. Przykuśtykam obok owiec, jeśli będą jeszcze jakieś owce, jakiś metal, jakiś Brutal i ja.

Tydzień z głowy (514)

Posted on 6 sierpnia 2018

Na Mazurach

 mazur

Przez całe życie wzbraniałem się przed pływaniem na łódkach. Jestem wolny od wszelkiego romantyzmu, więc żagiel i bezkres wód niewiele mi robią. Nigdy nie byliśmy, nie jesteśmy i nigdy nie będziemy wolni. Właśnie – zamknięta przestrzeń łódki, niemożność jej opuszczenia, ludzie tam się tłoczący kojarzyli mi się z więzienną celą.

No ale popłynąłem. Trochę dlatego, że mój przyjaciel mnie namówił, a trochę ponieważ łódki rozstrzygnęły problem wakacji z moim synem. Chciałem, abyśmy pojechali gdzieś razem na parę dni. Nie mogłem wymyślić miejsca. Zasłaniałem się brakiem czasu, branżowymi wyjazdami, koniecznością pisania książki, poza tym dom jest także od tego, aby siedzieć w nim w wakacje.

Pogoda ducha zasadza się na konsekwentnym poszukiwaniu powodów do radości. Na łódkach miałem mnóstwo uciechy. Radowałem się, że ani razu nie wypadłem za burtę, a z deski, na której tak pięknie śmigały obecne z nami dzieci zleciałem jedyne trzy razy. Nie oberwałem grotem w głowę (grot, jeśli dobrze pamiętam, to taki drąg na którym trzyma się żagiel, ustawiony równolegle do pokładu), a nade wszystko nie upuściłem kotwicy razem z liną za burtę, na głębokości piętnastu metrów. Tego bałem się najbardziej. Nie wiem co byśmy wówczas zrobili.

Jest jakaś łagodna, lecz wyczuwalna przyjemność w obserwowaniu dzieci oderwanych od ekranów. Dzieci w wodzie. Dzieci budują zamki z piasku. Dzieci grają w karty. Dzieci na desce. Dzieci biegają po poniemieckich bunkrach. Dzieci wchodzą na wieżę widokową. Dzieci wybierają liny. Dzieci moczą nogi. I tak dalej. Wówczas miałem mocne, choć mylne zapewne wrażenie, że przepaść między mną a nimi zostanie kiedyś przekroczona.

Dowiedziałem się też innej, ważnej rzeczy. Żeglowanie polega na siedzeniu w przystani, nad rybą i kufelkiem. Ten rodzaj przygody pod żaglami akceptuję.

Tydzień z głowy (513)

Posted on 30 lipca 2018

Poranek w przystani

IMG-4796

Jestem sobie na łódce, jest kwadrans przed ósmą, ale siedzę tak już od godziny. Reszta załogi śpi. Dzieci coś tam szepczą.

Jeszcze przed chwilą panowała tutaj niemal całkowita cisza. Szeleściła woda. Skrzeczał ptak. Chlupotały się ryby, a najgłośniejszym dźwiękiem tutaj było niewątpliwie moje kichanie. Nabawiłem się kataru przez tę żeglarską przygodę. Teraz ludzie naokoło wstają, kręcą się po pokładach, coś tam mówią. Jakiś dureń, gdzieś daleko, puścił muzykę.

Jestem na mazurskim jeziorze, którego nazwy zapomniałem i nigdy sobie nie przypomnę. Nadbrzeże idzie zielonym łukiem z którego wyrastają kępy sitowia. Brzęczą muchy. Ptaki latają nad niską wodą, a właśnie w tej chwili słońce wzniosło się nad białe obłoki i runęło na jezioro, z którego umyka strwożona mgła.

Ludzie wciąż szepczą. Nasi ludzie, na naszej łódeczce. Dzieci, przyjaciel. Zabawne, bo nikt nie śpi, a jednak szepczemy. Nikomu przecież nie przeszkadzało by normalne, głośne gadanie, zwłaszcza, że przed chwilą ktoś odpalił Lady Pank na pełen regulator. Ale szepczemy konsekwentnie, na wszelki wypadek, jakby głośniejsze dźwięki nie przystawały do spokoju poranka, do tych ptaków i spokojnej wody. Zagrała trąbka.

Być może takie chwile powinny sprzyjać jakiejś refleksji. Powinienem zdobyć się na jakąś refleksję odnośnie ludzkiego losu, najlepiej w kontekście naszej trudnej relacji z przyrodą. Ale nie. Myślę o rzeczach prostych i przyziemnych. O kłopotach najbliższych, o pracy, o dzieciach, o pisaniu, treningach, książkach i tym podobnych. Tylko konkret, mięso. Inaczej nie umiem.

To zabawne jak wiele życia mi zeszło na jałowych przemyśleniach o Bogu, Polsce, świecie, moralności, kondycji ludzkiej, moim i twoim powołaniu do celów zapisanych w życiu. Przecież nic nie ma. Nic nie zostało zapisane. Z tego całego wieloletniego myślenia nic nie wyniknęło, nic ono nie znaczą. Są tylko jednostkowe życia niezwiązane żadnym sensem. Jesteś ty, jestem ja. I świat w którym utoniemy.

Wstali. To i ja kończę.

Tydzień z głowy (512)

Posted on 23 lipca 2018

Traktat przeciwko marchewce

fire 

Już samo istnienie czegoś tak potwornego jak marchew stanowi niezwyciężony oręż w rękach ateistów. Marchew, jej sataniczna obecność na stołach i w warzywniakach bezdyskusyjnie przeczy istnieniu miłosiernego Stwórcy troszczącego się o dobro swego stworzenia. Co najwyżej wskazuje na bolesną obecność bezlitosnego i głupiego Demiurga gnostyków, który, nienawidząc iskierek światła zatopionego w ludziach, do kruchej i brudnej materii dorzucił i marchewkę.

Niestety, ta sama straszliwa marchew odbiera zasadność wiary w celowość ład doboru naturalnego, w co jakże naiwnie wierzą niektórzy ludzie nauki. Przeciwnie, marchew ze swoją barwą, konsystencją, wonią i tak zwanym smakiem jednoznacznie wskazuje, że przyroda to chaos i festiwal pomyłek, to nieme i ślepe piekło urządzone w cieniu tronu bezlitosnej dyktatury genów, zdolnych wydać z siebie okropności przy których Apokalipsa św. Jana wydaje się weekendem w Ciechocinku.

Co zrobić, co z tym zrobić? Możemy ostrzegać ludzi, ja Ciebie, ty mnie. Ratujmy nasze dzieci.

Marchew musi zostać wyrugowana z restauracji, sklepów spożywczych i warzywniaków. Na wszelki wypadek należałoby zlikwidować same warzywniaki. Jeśli ten szlachetny cel okaże się niemożliwy do osiągnięcia winniśmy stworzyć system wczesnego ostrzegania. Twórzmy mapy i grupy na portalach społecznościowych, gdzie będziemy mogli wymieniać haniebne miejsca, w których nowi barbarzyńcy sprzedają tę mroczną pomyłkę przyrody. Sklepy i restauracje gdzie oferują tę potworność musimy oznakować, najlepiej wielkim neonem UWAGA MARCHEW widocznym z kilkuset metrów.

W wypadku zetknięcia się z marchwią musimy zachować daleko idące środki ostrożności. Usuwanie marchwi winno dokonywać się z udziałem wyspecjalizowanych lekarzy i techników medycznych powiązanych z wojskiem. Odziani w szczelne, białe skafandry znane z amerykańskich filmów o epidemiach wynosiliby marchew ze stołówek szkolnych, barów mlecznych i tym podobnych. Postuluję również stygmatyzację wielbicieli marchwi, a konkretnie wypalanie im żelazem znaku królika na czołach.

Co zrobić z zarekwirowaną marchwią? W mojej opinii należy wywieźć ją do jakiegoś dzikiego kraju i tam unicestwić ogniem. Innymi słowy należy powtórzyć tę samą metodę, którą bogate kraje Europy zachodniej zastosowały względem Polski, wwożąc do nas swoje śmieci. Czym jednak są tony plastiku, czy nawet odpady radioaktywne wobec tej nagiej grozy, Belzebuba flory – marchewki?

Noblesse oblige!

 

 

tydzień z głowy (511)

Posted on 16 lipca 2018

Na Białorusi

 IMG_4528

Pojechałem na Białoruś kręcić film dokumentalny. Do diabła z filmem, sam kraj jest ciekawy.

Zawsze gdy jadę na wschód mam wrażenie, że granica przesuwa się nie o kilkadziesiąt, kilkaset, ale o parę tysięcy kilometrów. Jestem w innym świecie. Tak było na Ukrainie, na Łotwie i w Estonii, za każdym razem z innego powodu. Przypomina mi się pierdolenie polskich eurosceptyków i rewizjonistów. Złapaliśmy Boga za rogi z tą Unią Europejską, żeby zacytować językową pomyłkę zacnej koleżanki.

Białoruś z wszystkich wschodnich krajów jest najsympatyczniejsza i najciekawsza, w ogóle jest najbardziej w każdym możliwym kierunku. W wioskach, które mijaliśmy można by kręcić „Nad Niemnem”, albo film o UPA. Mowa o dziesiątkach drewnianych chatek krytych popękaną dachówką, otoczonych przez chwierutne płoty, skrytych w bezczelnym przepychu drzew.

Za to budownictwo miejskie jest sowieckie w najlepszym sensie tego słowa. Między blokami na gigantycznych osiedlach można by urządzać defilady, albo – co sensowniejsze – pograć w piłkę, wyprowadzić psa na spacer, albo obalić flaszkę na łączce między blokami. Pisze to jako chłopak z tłocznego Kazimierza, który niedawno wylądował w nowoczesnym blokowisku i zerka sąsiadom w cyce. Inna przestrzeń, odmienne myślenie o niej, do tego wszelkie budynki użyteczności publicznej, od urzędu miasta aż po szalet łączą w sobie cechy kościoła oraz twierdzy. Lubię monumentalizm minionej epoki i źle się czuję w architektonicznej, szklanej skromności późnego kapitalizmu.

I ludzie, wspaniali ludzie. Jestem za stary i na ludzi już się nie nabieram. Gdy słyszę, że ktoś gdzieś był i spotkał „takich miłych ludzi” uśmiecham się do jego własnej naiwności, a także swojej – minionej. Ludzie są wszędzie tacy sami. Ale chwile powierzchownej serdeczności, takiej radości ze spotkania zapadły mi w sercu. Pamiętam dobrze staruszki, które spotkaliśmy w Bohatyrowiczach. Miały jakoś tak pod dziewięćdziesiątkę. Robiły zakupy w sklepie obwoźnym, który przyjeżdżał dwa razy na tydzień. Sprawiały wrażenie zachwyconych tym, że ktoś mówi do nich po polsku i jeszcze się nimi interesuje. Przyjemne wrażenie pozostawił też podchmielony staruszek, który zaczepił nas rano pod hotelem. Powiedział, że bardzo interesuje się Polską, zna filmy Wajdy i Zanussiego. Uścisnął mi rękę z pięć razy i poszedł.

Wszędzie było czysto, czyściej niż u nas. Na ulicy nocą czułem się bezpiecznie. Celnicy białoruscy są dużo bardziej pomocni niż polscy. A, jedna z tych staruszka w Bohatyrowiczach kupiła sobie dwie flaszki wódki. I tak właśnie tam było.

tydzień z głowy (510)

Posted on 9 lipca 2018

W zamieszaniu

ancient-warriors-georges-marie-rochegrosse

Zawsze gdy dzieją się rzeczy nowe obawiam się, że nie dam rady, że w jakiś sposób zawiodę. Za mało czasu, za wiele obowiązków.

Właściwie dwa ostatnie lata poszły na sprawy, o których nie bardzo chcę tutaj pisać. Są albo bardzo nudne, albo zbyt osobiste. Zmarł mój ojciec, kupiłem mieszkanie, założyłem rodzinę, a na robotę nie było zbyt wiele czasu. Napisałem jednak powieść, nagrałem kolejny sezon „Dezerterów”. Te rzeczy się udały. Ale wiele innych spraw musiałem odpuścić i miałem poczucie, że kwestie biznesowe pozostały w tyle, że coś się psuje. Do tego jednak nie doszło.

Po raz pierwszy w życiu obiecałem sobie, że zabiorę się za tak zwaną karierę. Nie bardzo wiem jak takie rzeczy się robi, bo nigdy nie chciałem robić żadnej kariery. Nigdy w życiu nie wykonałem telefonu w swojej sprawie, nie słałem żadnych mail aby sobie pomóc. Nie zgłaszałem się do żadnej roboty. To ludzie do mnie dzwonili. Pomyślałem, że to jedyna rzecz, którą mogę zrobić – odbierać telefony, odpowiadać na maile.

Mam trochę projektów w tak zwanym developmencie, ale nie chcę o nich mówić dopóki nie doprowadzę ich do końca. Może jakaś gra. Może jakiś film. Jutro rano ruszam za granicę, na Wschód, w pewnej bardzo ważnej, literacko – filmowej sprawie. Niedługo mam nadzieję napisać coś więcej. Swoją drogą, tak zwana „kariera telewizyjna” nieustannie bawi mnie i cieszy. Nigdy nie przypuszczałem, że będę zajmował się czymś podobnym, lata temu nie przyjęli mnie na dziennikarstwo, a od wielu ludzi słyszałem, że po prostu nie nadaję się do mediów.

Zacząłem pisanie nowej książki. Bardzo tego się bałem, czemu zresztą dałem świadectwo tutaj, tydzień temu. Nie wiem, czy to co powstaje jest dobre. Tak mi się wydaje. Ale robota idzie szybko, sprawnie, a efekt wydaje się dokładnie taki, jakiego oczekiwałem.

Do tego przecież jest mój syn, synek mojej dziewczyny, dwóch chłopców którymi muszę i chcę się zajmować. Dzieci są przecież męczące, głośne i nie obchodzi ich coś takiego jak książka do napisania. I nagle okazało się, że godzę to wszystko. Jest czas na spacer i rower, książka się pisze, projekciki idą do przodu (to takie żałosne, „mieć projekciki”, dziwię się, że nikt nie myśli o tym w ten sposób), mam czas, żeby przygotować posiłki i na dużo więcej. Wciąż chodzę na treningi, na piwo, a i remaster „Dark souls” nie przejcie się przecież sam, do ciężkiej cholery.

Jestem wydajny tylko w ścisku i zgiełku. Tylko w biegu – szczęśliwy.

 

 

 

Tydzień z głowy (509)

Posted on 2 lipca 2018

Wigilia pisania

 bosz

Ostatnie miesiące przeznaczyłem na przygotowania do pisania nowej powieści. To był bardzo owocny czas, przynajmniej do niedawna tak sądziłem. Lubię ten czas gdy powstająca książka funkcjonuje całkowicie w czasie niedokonanym. Jest koncepcją, mgławicą, festiwalem duchów. Na ścianie jaskini kotłują się cienie bohaterów, których jeszcze nie ma, których dopiero coś zapowiada.

Od czasu „Innej duszy” przygotowuję wszystkie materiały przed pisaniem książki, tak by potem móc zająć się samym lepieniem słowa do słowa. Przyjąłem ten styl z jego wszystkimi wadami i dwojgiem wielkich zalet: pewnością dokąd jadę i brakiem znienawidzonej spontaniczności.

Spędziłem wiele dni w Oławie. Byłem na trzydziestopięcioleciu objawień na działkach, przemówił do mnie Jezus i zamieniłem słowo z Matką Boską. Spotkałem się ze świadkami wydarzeń kojarzonych z osobą Kazimierza Domańskiego, z dziennikarzami, z przyjaciółmi samej Oławy i jej historii najnowszej. Wielką pomoc okazała mi rodzina Domańskich, biblioteka oraz redaktor miejscowego czasopisma. W wolnych chwilach kupowałem wódeczkę miejscowym pijakom, przysiadałem się i zagadywałem o pana Kazka, o Matkę Boską którą zobaczył.

Przeryłem się przez wszystko co napisano na ten temat. Mam kserokopie przesłuchań z SB i głos Matki Boskiej nagrany na taśmę magnetofonową. Zgłębiłem też zagadnienia nie związanej bezpośrednio z Oławą i tamtejszymi objawieniami, od historii herezji i kacerstwa po tajemnice fachu fryzjerskiego. Wreszcie, wymyśliłem język, bohaterów, ułożyłem całą historię, spisałem wszystko w formie skrótowych, czytelnych tylko dla mnie punktów i tyle. Był wtorek. Praca koncepcyjna się skończyła.

A wczoraj, z powodów których ani myślę zdradzać spisałem streszczenie „Kultu” tak, aby ktoś to zrozumiał. Praca poszła szybko, streszczenie wyszło dość konkretne i szczegółowe. Przeczytałem je i zrozumiałem co właściwie próbuję napisać. Wszystko co miałem wcześniej przygotowane nagle wydało mi się ułomne, bezsensowne i dalekie od prawdy. Mam wrażenie, że przeszedłem długą i trudną drogą tylko po to by znaleźć się w miejscu, z którego wyszedłem. Nic nie wiem. Nie mam pojęcia co zrobić.

Jutro, w poniedziałek, zaczynam pisanie.

Newer Posts
Older Posts