porusza i prowokuje...

orbitowski

tydzień z głowy (502)

Posted on 7 maja 2018

O dzieciach

children

Ludzie często pytają mnie, czy warto mieć dzieci. Otóż, kurwa, nie warto. Lepiej jest jeździć po świecie, palić cygara i wciągać kokainę. Ale to źle zadane pytanie. Dzieci to ludzie, a ludzie nie są po coś. Ja nie jestem po coś, moja mama nie jest po coś, nawet pani w sklepie nie jest po to by sprzedawać mi chleb,  dziewczyna, kumple nie są po coś, więc czemu do diabła dzieci miałyby być?

Złoszczą mnie argumenty praktyczne. Czasem ktoś bredzi, że dziecko mu na starość szklankę wody poda. Mówię: daj bachorowi żyć swoim życiem, a samemu wsadź łeb do kubła i się utop, durniu jeden.

Ale – jeśli facet ma dzieci, łatwiej mu będzie zostać mężczyzną. Nie mówię, że wszyscy ojcowie są mężczyznami, a bezdzietny facet nigdy nie sięgnie po ten rzadki status. Po prostu, ojcostwo ułatwia wyzwalanie się z niezgulstwa, tchórzostwa i kultury przyjemności. Jest tym, czym dla biegacza dobre buty.

Jako ojciec niesłuchanie spoważniałem, przy czym nie należy mylić powagi ze smutkiem. Myślę dużo o poważnych sprawach, na przykład o pieniądzach, o przyszłości, o wyborze szkoły, o przygotowaniu do dorosłości i znów o pieniądzach. Rozważam wzorce jakie mogę przekazać i te, których nie mogę także. Do tego, samo tłumaczenie natury rzecz, odpowiedzi na najprostsze pytania (Dlaczego świeci słońce? Czy jest życie na innych planetach? Czy Rzymianie mieli Internet?)  prowadzą do jasnych wniosków odnośnie świata i człowieka: jesteśmy krusi, nieistotni. Tak szybko znikamy.

Jednocześnie staję się bardziej chłopięcy, radosny, skory do zabawy. Bawię się z dzieckiem, uczestniczę w jego dziecinnym, opartym na zabawie świecie. Karczuję dawno zarośnięte ścieżki prowadzące do szczęścia – przypominam sobie co znaczy świeżość spojrzenia i dobra zabawa. To doświadczenie niosę dalej, w tę część świata bez dzieci. Lepiej się bawię na koncertach, w pracy, przy książce, konsoli i piwku z kolegami.

 

Może o to chodzi? Jestem bardziej. Bardziej mężczyzną i bardziej chłopcem.

 

 

Tydzień z głowy (501)

Pięćset plus

cheshire 

Napisałem pięćset odcinków „Tygodnia z głowy”. Może trochę mniej, bo niektóre były łączone. Nie pisałem kiedy byłem na wakacjach. Tak czy inaczej, daje to jakieś dziesięć lat klepania czegoś w gruncie rzeczy bezsensownego.

Kiedy zaczynałem pisać, potrzebowałem tego dzienniczka. Chciałem się jakoś poukładać. Dziś już wiem, że pisanie nie może pełnić żadnych funkcji terapeutycznych. To śmierć literatury. Od terapii jest terapeuta, a jeszcze lepiej – przyjaciel i litrowa flaszka między nami.

Nie potrzebuję tego dziennika i odnoszę wrażenie, że czytelnikom również przestał być potrzebny. Patrząc z dowolnej perspektywy, jest on (niegdyś tak ważny) marginalną częścią moich rozlicznych aktywności. Tak też należy go odbierać. Zamierzam pisać go nadal. Lubię rzeczy bezsensowne.

Przeglądam sobie stare wpisy. Dziesięć lat temu był sobie człowiek, który bardzo cierpiał. Nie wiedział kim jest. Co może, a czego nie zdoła. Żył marzeniami, potrzebą miłości, a tak naprawdę pętał się po gruzach minionego życia. Nie przewidział, że sam stanie się miniony, że będzie gruzowiskiem rozrywanym przez korzenie drzew, drążonym przez wodę i szczury.

Nie chodzi o to, że jestem kimś zupełnie innym. Przecież w moim ciele nie ma ani jednej komórki z 2008 roku. Inaczej żyję, myślę, pragnę rzeczy odmiennych. Ale przecież sam znów ulegnę przeobrażeniu i za dziesięć lat (jeśli będzie to możliwe) ktoś zupełnie inny, uwięziony w czaszce bardzo podobnej do tej, którą teraz wolną ręką ściskam, przeczyta te słowa ze zdziwieniem.

Dziesięć lat temu, trzydziestoletni chłopak krzyczał „ja jestem”. Dziś wiem, że ja nie istnieję. Moja praca, relacje z ludźmi, zainteresowania i pasje są ledwo czymś więcej niż zapychaniem pustki. Biorą się z potrzeb bezgłowych jak węgorz trzepoczący się na patelni, z pragnienia miłości, dzielenia się przeżyciem, ciągłości miedzy zniszczonym wczoraj, ulotnym dziś i niepewnym jutrem. Do tego, żyję ze sprzedawania fikcji. Nie istnieję i handluję nieistniejącym.

Ja się wam tylko przyśniłem.

 

 

tydzień z głowy (500)

O nocach ciemnych

nightmare

Miałem bardzo dobre dni. Nagrałem dwa udane odcinki Dezerterów, z udziałem gości o których długo zabiegałem, a jakich rzadko widuję się w telewizji. Podpisałem dwa dość lukratywne kontrakty (jeden już ujawniłem, o drugim będzie wkrótce), zrobiłem sobie nowy tatuaż, a i podatek do płacenia wyszedł odrobinę mniejszy niż przewidywałem. W czwartkowy wieczór siedziałem sobie w knajpce, piłem piwko i myślałem o tym jaki jestem szczęśliwy, jak bogate, wspaniałe mam życie.

Obudziłem się w hotelu, o piątej rano, zdjęty niewysłowioną grozą: jakby ciężki but dociskał mi głowę do ziemi, a kark chłodziła lufa pistoletu. Byłem pewien, że niedługo stracę wszystko, mój dom spłonie, kariera runie, bliscy mnie opuszczą, a ja zdechnę gdzieś w bramie, w przytułku, znajdą mnie zimnego w rowie i już. Taka perspektywa wydawała się równie pewna jak prognoza pogody o nadciągającym niżu, więc trząsłem się w mokrej pościeli.

Oczywiście, przez cały czas wiedziałem, że są to bzdury. Jestem pierdolonym Orbitowskim i zawsze poradzę sobie w życiu. Nic mnie nie zdoła zmiażdżyć – tak podpowiadał rozum. Serce wiedziało coś przeciwnego.

Uświadomiłem sobie, że tak jest zawsze. Gdy tylko spotyka mnie coś miłego – na przykład spędzę uroczy wieczór z ciepłymi ludźmi, albo co gorsza dostanę prezent – budzę się o tej piątej rano dygocząc ze strachu i przeklinając siebie. Mam nawet ochotę dzwonić do ludzi, którzy byli dla mnie dobrzy, przepraszać ich za wczoraj i pytać, co im odpierdoliło, że poświęcili mi czas. Im więcej dobra oddania i życzliwości doświadczam, im więcej fajnych rzeczy mi się uda, tym głębsza jest otchłań, w którą wpadam o świcie.

Zdaję sobie sprawę, że to jakiś nonsens, dysfunkcja mózgu, emocjonalny błąd i zastanawiam się, co mógłbym z tym zrobić. Najprościej – musiałbym przestać być dla siebie dobry. Akurat w tym jestem dobry, bo przez większość życia byłem bardzo niedobry dla siebie. Czy wówczas ta groza nocy ciemnych, ten cyrk autonienawiści odstąpi? Nie, bo jeśli w tym celu zrezygnuję z bycia dobrym dla siebie, to przecież będę dobry dla siebie. I co teraz?

Tydzień z głowy (499)

O „Amadeuszu”

 amadeo

Zmarł Milos Forman, reżyser ważny dla mnie na kilku poziomach. Weźmy drogę tego faceta. Wyjechał z bratniej Czechosłowacji, nakręcił oskarowe arcydzieło z Nicholsonem, „Hair”, „Amadeusza”, po czym obrońcę wolności ujrzał w dystrybutorze pornografii. Może w tym jest jakaś słuszność, może miarą naszego rozumienia wolności jest stosunek do porno? Spokojnie tworzył, żył. Roman Polański wyjechał z Polski, nakręcił niemal oskarowe arcydzieło z Nicholsonem, po czym wlazł na trzynastolatkę od zakrystii, po czym musiał spieprzać. Polak za granico zawsze gnoju narobi.

„Amadeusza” widziałem po raz pierwszy w szkole średniej. Nasza polonistka zabrała nas do kina. W tym miejscu przesyłam podziękowania dla pani Gidlewskiej, naprawdę wiedziała co robi. „Amadeusz” otworzył mi oczy na inne kino. Dotąd byłem dzieckiem kultury VHS, oglądałem filmy z Brucem Campbellem i Dolphem Lundgrenem, czego nigdy się nie wyprę. Wprost przeciwnie, bardzo wiele mi dały jako artyście i istocie ludzkiej. Za sprawą „Amadeusza” zobaczyłem inne filmy Formana, ale także Antonioniego, Bergmana, Malicka i innych. Nie wyparłem się hałaśliwego, przerysowanego świata z którego przyszedłem, ale go ubogaciłem. „Amadeusza” po raz drugi zobaczyłem dopiero wczoraj, po dwudziestu pięciu latach.

Ten film zawiera w sobie wielką prawdę, ale i wielkie kłamstwo o artyście. To kłamstwo jest również prawdziwe, jak wszystkie wielkie kłamstwa. Nie bardzo wierzę w takich Mozartów (mówię o postaci z filmu, niewiele wiem o tym prawdziwym, zresztą, co to znaczy „prawdziwy Mozart”?). Ten brak wiary jest chyba rewersem zagubienia Salierego. Jasne, nie mam wątpliwości, że istnieją geniusze, którzy niosą w głowie całe symfonie, tomy książek czekających na napisanie i obrazy wyglądające płótna. Powiem więcej, spotkałem w swoim życiu paru takich Mozartów. Mieli pomysły i talent pozwalający na ich wykonanie. Zabrakło chęci do pracy, odrobiny pokory i woli uczenia się. Dwadzieścia lat temu mieli u stóp domy kultury. Dziś stoją grzecznie w kolejce do pośredniaka.

Być może Mozart według Formana był depozytariuszem nie tylko ogromnego talentu ale i niezwykłego szczęścia. Zyskał szansę aby być wysłuchanym i kilka lat życia. Nie umarł przedwcześnie – wprost przeciwnie, jakimś cudem ten genialny baran dokulał się do połowy swych lat trzydziestych. Przecież tacy goście toną w butelce albo wywracają się na bananie. Co go ocaliło? To kolejna prawda o artystach, którą w tle, dyskretnie, może nie intencjonalnie pokazuje film.

Otóż, ocaliła go żona, prosta kobieta przy genialnym prostaczku. W jednej z ostatnich scen widzimy, jak pędzi do Wiednia, aby ocalić męża. Przybywa jednak za późno, Amadeusz jest martwy. Ale przez resztę jego życia zawsze była na czas.

 

tydzień z głowy (498)

Posted on 9 kwietnia 2018

Ani słowa, ciepło jest.

all_work

Dziś nie piszę bloga, nie ma chuja we wsi.

Nie piszę, bo jest pierwsza prawdziwie wiosenna niedziela, przez okno wpada mi słońce, słucham sobie nowego Voidhanger, gram Dooma i czekam co przyniesie dzień. Pisanie bloga – czegoś tak archaicznego, niszowego, zbędnego tak z artystycznego, jak i biznesowego punktu widzenia – po prostu mija się z celem.

Nie piszę, bo przejdę się na miasto. Pod galerią Kazimierz mają jakiś festiwal foodtrucków, przejdę się i zjem burgera, jakąś fikuśną kiełbaskę, ostatecznie pizzę czy coś. Jest już ciepło, będzie jeszcze cieplej, poparuję sobie, pośmierdzę na świeżym powietrzu a potem, wracając do domu, wychłepczę jakiegoś browara w tak zwanym centrumie. W perspektywie takich szczególnych wydarzeń pisanie bloga jawi się czymś niedorzecznym.

Wieczorem znajomy ma wystawę swoich prac, na którą pójdę albo i nie pójdę, zależy jak mi się będzie chciało, no ale jednak pewno nie, bo na wystawy chodziłem za bajtla i w sumie mam ich dosyć. Prócz Voidhanger mam jeszcze płytę Iperyt i demówki Deicide na winylu, które też mam ochotę przesłuchać. Pooglądam sobie serial „Terror”, poczytam książkę pod tytułem „Terror” w konsekwencji czego terroryzowanie się blogiem uważam za nadmiar okrucieństwa względem siebie.

Nie interesuje mnie ciekawe życie, ze wstrętem odwracam głowę od wszelkich ekscytacji, lecz i tak czuję się przeżarty kleikiem wrażeń, że każde słowo wyrażone na blogu spowoduje odruch wymiotny, którego wolałbym uniknąć. Internet jest pełen filmów czekających na kradzież, mogę przecież przejść się do pubu Drewutnia, albo – co wydaje mi się daleko rozsądniejszym pomysłem – wziąć jeszcze jedno piwo i poczłapać na balkon. Posiedzę w wieczornym słońcu, popatrzę sobie na plac budowy, na samoloty schodzące do Balic, na cały ten świat bez znaczenia, na jego bezsensowne piękno.

Nie napiszę dziś bloga i już.

 

 

 

 

 

 

tydzień z głowy (497)

Posted on 2 kwietnia 2018

O prawdziwej samotności

cave

Ostatnio zrozumiałem coś ważnego: nie posiadam łączności sam ze sobą w wersji minionej. Jestem bardzo świadomym człowiekiem. Wiem kim jestem. Co mogę, czego nie mogę. Potrafiłam wyznaczać sobie cele. Znam drogę na szczyt. Umiem też wygrzebać się z kanałów. Ale człowiek, którym byłem kiedyś pozostaje mi kompletnie obcy. Swoje dzieciństwo, liceum, wielką imprezę obłąkanej młodości, życie za granicą, miłości i miłostki, przyjaźnie, idee, książki wymarzone, słowem wszystko wspominam z rozsądną czułością – jak doświadczenie kogoś innego. Równie dobrze mógłbym oglądać film o jakimś młodym Orbitowskim. Dziwiłbym się co ten dureń wyrabia i trochę martwił się o niego.

To wszystko wiedziałem już dawno, ale ostatnio zrozumiałem, że ludzie tak nie mają. Wręcz przeciwnie. O swojej przeszłości myślę w trzeciej osobie. On poszedł, on zrobił. On bawił się klockami. Inni (tak sądzę) używają pierwszej. Ja poszedłem. Ja zrobiłem. Ja bawiłem się klockami. Ten rodzaj objawienia towarzyszy mi od wielu lat a potem reaguję nerwowym zdziwieniem na informację, że inni różnią się ode mnie. Jestem jedyny. To takie niepokojące.

Tej obserwacji towarzyszy obraz mniej więcej dziesięcioletniego chłopczyka. Chłopczyk ma sztruksy z łatami naszytymi na kolana, kalosze, szalik i sweterek. Stoi sobie i wyciąga rękę – biedne dziecię, które zgubiło drogę i potrzebuje przewodnika. Obok pręży się gówniarz-kabanos w obcisłych spodniach, plecaku kostce i okularach upodobniających go do zagniewanej muchy. Wyciąga rękę w stronę studenta w wojskowym swetrze.  I tak dalej aż do teraz. Ale nikt nikomu tutaj ręki nie podaje, nie chwyta, nie podtrzymuje.

Kiedyś ja także zniknę, to znaczy stanę się swoim własnym duchem, straszącym niemal za życia. Wiem, że niesłychanie to zawiłe, że mącę, ale próbuję tutaj mówić o sprawach, które tak naprawdę nie mogą zostać wyrażone. Po prostu, kiedyś stanę się człowiekiem minionym, widmem złożonym w ofierze na rzecz nowego życia. Będę matką, kokonem i zniknę. A to, co zostanie po mnie przystanie na pustkowiu, zagubione tak samo jak oni wszyscy, jak ten chłopczyk w kaloszach trzydzieści lat wcześniej i wyciągnie rękę, której nikt nie chwyci, bo nikt nie sięga po takie ręce, bo taka jest kolej rzeczy.

Tydzień z głowy (496)

Posted on 26 marca 2018

O wiośnie

 wiosna

Giuseppe Arcimboldo, Wiosna, XVI wiek.

Z początkiem marca pisarze zaczynają się wiercić w swoich zimowych legowiskach. Najśmielszych przedstawicieli tego ginącego gatunku da się zaobserwować na balkonach, jak palą cudzesy, odziani w spodnie dresowe i klapki. Nieco śmielej zapuszczają się do pobliskich Żabek i Biedronek, a w internecie umieszczają piosenki o śmierci z nieco mniejszą częstotliwością.

Wydłużające się dnie oznaczają zmianę futra z zimowego na letnie. Do łask wracają ramoneski narzucone na podkoszulki. Prawdziwego pisarza nic nie odwiedzie od odwieszenia kurtki zimowej na kołek, a z pewnością nie uczyni tego nawrót ujemnych temperatur. Pisarz uzurpuje sobie prawdo do nieomylności, jak również kreacji rzeczywistości. Skoro nastała astronomiczna wiosna, to musi być ciepło, choćby nasypało śniegu pod drugie piętro. W konsekwencji, pisarz spędza pierwsze, prawdziwie słoneczne dni z nosem czerwonym jak lamborghini. Żre tabsy, chłepcze gripex i przekonuje samego siebie, że ani trochę nie jest chory.

Pisarskie myśli wcale nie ciążą ku twórczości. Wręcz przeciwnie – składaniu słówek sprzyja raczej zima. Zasmarkany pisarz rozmyśla o tych długich, słonecznych dniach kiedy przysiądzie sobie z książką w parku, gdzie będzie przygadał się zakochanym parom oraz rodzicom z dziećmi, nie kryjąc swego obrzydzenia. Czarne, pisarskie serce wyrywa się ku ogródkom piwnym, w których można zasiąść, chłeptać bronka, pocić się w słońcu i śmierdzieć. Ulubionym gadżetem pisarza są ciemne okulary. Pozwalają na bezwstydne podglądactwo, tak ważne w tym trudnym zawodzie.

Wiosna oznacza początek pisarskiej pełni, jasny ruch w kierunku lipca, i mnóstwo nowych nadziei. Pisarz, nim strąci śpik z kinola westchnie ku perspektywie wkurwiania rowerzystów i rozjaśnia swą duszę obietnicą nocnego powrotu z knajpy w samym podkoszulku. A potem drży, że to wszystko nie nastąpi. Przecież ma katar. Dla pisarza (który przecież nigdy nie choruje) oznacza to bliskość śmierci. Więcej nawet: pisarz pisze swój dziennik świadom, że nastała jego ostatnia godzina.

tydzień z głowy (495)

Posted on 19 marca 2018

O normalnej pracy

 slaves1

Pracowałem w bardzo wielu miejscach. Kopałem doły i byłem ankieterem, dymałem na budowie i kleciłem słownik najwybitniejszych Krakowian, jeśli coś takiego jak wybitny Krakowianin w ogóle istnieje. Działo się to w czasach tak zamierzchłych, że niemal ich nie pamiętam. Od lat jestem przedstawicielem klasy próżniaczej, który namiastkowo wspomina własne kombatanctwo.

Z tego powodu bardzo trudno mi zrozumieć ludzi, którzy chodzą do pracy: ochroniarzy, menedżerów, kasjerki i innych. Jako pisarz mam z tym kłopot. Łatwiej mi opisać los żołnierza niż pracownika korporacji. Do tego ulepiłem się sam, działam jako freelancer w konsekwencji czego doskonale odnalazłem bez jakichkolwiek praw pracowniczych. Nie wiem co to płatny urlop. Nie mogę chorować a zatem nie choruję.

Jestem mieszaniną naiwności oraz gniewu, brak mi też konsekwencji. Czytam sobie teraz o nowym kodeksie pracy, właściwie przeciekach z projektu, ujawnianych w odłamkach jakby chodziło o jakąś ezoteryczną księgę, o ułatwianiu zwolnień, jakichś robotnikach sezonowych i zastanawiam się w jakim kraju kurwa żyję. Z drugiej strony znam też tę prostą prawdę, że jak sobie nie pomożesz, nikt ci nie pomoże. Sami wyciągamy się za włosy z bagna. Albo w nim toniemy.

W gruncie rzeczy, jak sobie teraz siedzę w fotelu, to dochodzę do wniosku, że każdy, kto płaci człowiekowi mniej niż pięć koła za pracę w pełnym wymiarze godzin jest albo cymbałem, albo kawałem gnoja.  Przyjaciel opowiadał mi o jakieś piździe z korpo, która – dosłownie – zadręczała ludzi. Pytał, czy mogę jakoś pomóc. Nie wiedziałem jak. A czasem wiem. Niedawno  dziewuchę wywalili mi z roboty, w barbarzyński i przykry sposób. Już ma nową. Ale ja tego chuja co ją zwolnił pamiętam. A teraz chuj już wie, że że jest pamiętany.

Nie mogę pomagać tak jak czynią to inni. Nie nadaję się do zadań społecznych, nie potrafię działać w grupie. Potrafię pamiętać i krzywdy innych, wszystkie krzywdy zapamiętuję. O swoich mogę zapomnieć, o cudzych nigdy. Mam też w głowie tych krzywdzicieli i wiem, że Kraków jest mały, Warszawa jest mała, Polska to malutki kraj i nasze ścieżki, gnoje, kiedyś się przetną. A ja będę wiedział, co zrobić.

tydzień z głowy (494)

Posted on 12 marca 2018

O uszczęśliwianiu

 red

Wenzel Jamnitzer, Daphne, 1550

Kiedy byłem młody próbowałem uszczęśliwiać innych. Miałem z tym kupę roboty, bo ludzie zawsze i wszędzie są nieszczęśliwi.

Zawsze wyglądało to mniej więcej w ten sam sposób. Spomiędzy bliskich wynajdywałem jednego człowieka i usiłowałem mu pomóc. Najczęściej była to kobieta, ale nie zawsze. Jak nie miała pracy, to taką załatwiałem. Spłacałem długi. Podsuwałem sensy, pasje, rozwiązania zawikłanych sytuacji, byłem na każde skinienie i tak dalej, i tak dalej.

Osoba uszczęśliwiana nie stawała się od tego szczęśliwsza. Przeciwnie, było jeszcze gorzej. Przecież tak naprawdę nie chciała żadnej pracy. Z długami można żyć, podobnie jak z brakiem poczucia sensu. Człowiek na każde skinienie jest tylko kłopotem. Reagowałem na to źle maskowanym żalem i złością. W końcu marnowano mój, niemały wysiłek. W efekcie osoba uszczęśliwiana była jeszcze bardziej nieszczęśliwa. Psuły się kontakty ze mną, na których jej, tej osobie zależało.

Dziś już wiem, że nikomu nie da się pomóc ani nikogo nie uszczęśliwić. Kto idzie, niech idzie. Kto padnie – niech leży.  Sami wyciągamy się za włosy z bagna. Nikt za nas tego nie zrobi.

Jeden raz w życiu udało mi się kogoś uszczęśliwić. Jechałem z Krakowa, przez Sosnowiec na Śląsk, do mojego przyjaciela. Zabrałem do torby piwo, żeby wypić je w pociągu. Ale w końcu go nie wypiłem, po prostu zapomniałem o nim i już.

Poranek zastał mnie w centrum Katowic trawionych przez remont. Kręciłem się, czegoś szukałem. Podleciał do mnie skacowany człowiek, żaden tam żul, po prostu facet który ostro zapił i teraz miał z tym problem. Zażenowany popatrzył na mnie, powiedział, że nigdy o takie rzeczy nie prosi, ale teraz chyba musi – miałbym dorzucić jakiś grosz do piwa? W jego oczach zobaczyłem wstyd i pogardę do siebie. Powiedziałem, że nie dam żadnych pieniędzy, bo zaraz dostanie coś lepszego.

Wręczyłem piwo. Twarz mężczyzny – dosłownie – uniosła się lekko, a w oczach zaszkliły łzy wdzięczności. Był jak zbrodniarz, który dostał komunię od papieża. Jeszcze chwilę wcześniej jego życie było przesycone bolesną niepewnością. Bał się czy uzbiera pieniądze w wystarczającej kwocie. Musiał odnaleźć sklep. Może zdarzyłaby się kolejka? Piwo ode mnie rozwiało te czarne chmury, odpędziło wątpliwości, oferując procentowy konkret. Mężczyzna odszedł dziękując mi po stokroć, a ja dużo później zrozumiałem, że był jedynym człowiekiem, którego kiedykolwiek zdołałem uszczęśliwić.

 

 

 

Tydzień z głowy (493)

Posted on 5 marca 2018

 

O lęku

hercules-lion-e1484581671297

Thomas Bulnfinch

Mojego przyjaciela napędza wściekłość. Dzięki niej zdobywa kolejne szczyty. Nie chce jawić się małym i słabym w oczach nieprzyjaciół. Nie dopuszcza do swojego upadku. Wie, że najlepszą zemstą jest długie, dobre życie mściciela.

Mnie nakręca lęk. Towarzyszy mi odkąd pamiętam. W szkole średniej bałem się, jakże bezsensownie, że nie zdam do następnej klasy. Dlaczego miałbym nie zdać? Czemu powtarzanie klasy wydawało mi się jakąś potworną tragedią? Nie zadawałem sobie takich pytań. Potem bałem się, że nie zdam studiów i tak jest aż do teraz.

Dziś boję się, że nie dam rady, że zaraz wydarzy się jakaś potworna katastrofa. Jaka? Tego oczywiście nie napiszę, bo tylko głupiec odsłania detale swoich lęków. W każdym razie czuję się mocno odpowiedzialny za siebie i swoich bliskich. Nie wolno mi ich zawieść. Trawi mnie obsesja, że jednak zawiodę.

Cieszę się z tego lęku, bo nie pozwala mi zasnąć. Jestem czujny i mam pospinane mięśnie. Mój sen jest płytki, noce krótkie, a dnie wypełnione aktywnością. To wszystko jest możliwe właśnie dlatego, że istnieje lęk – to drżące, bezwłose zwierzę rozdrapujące mi brzuch, ten węgorz w gardle, ta rtęć we krwi. Moje książki zrodzone są lęku i lękiem pisane. Mój program, moje teksty w tym ten to nic więcej jak zaklinanie niewesołego losu. Teraz też piszę, by bać się trochę mniej.

A przecież na dnie serca wiem, że nie grozi mi nic strasznego, że każdy wariant mojego życia będzie dobry. Byłem wielki i mały, bogaty i biedny, słaby i silny, kochany i niekochany, tak sobie żyję, aż w końcu sobie umrę i już.

Newer Posts
Older Posts