porusza i prowokuje...

obejrzane

King’s speech

Czasem niewiele trzeba – wystarczą proste prawdy, że osoby ze świecznika są dość szczelnie izolowane od świata, a najciekawsze przyjaźnie powstają w poprzek podziałów. Profesor z robotnikiem. Policjant ze złodziejem. Król z logopedą. Jest to do zrobienia, przy czym każdy może pozostać sobą. Jako Polak umiem to zrozumieć. Oczekiwałem nie wiadomo czego, dostałem przyzwoity film. Colin Firth odwalił kawał znakomitej roboty, niemniej odbijam się od niego, podobnie jak w wypadku zeszłorocznego „Single man”, w którym występował. Świetny aktor, którego nie lubię. Moja wina, a nie Colina. Kino to kameralne, ciepłe, wzruszające, a gdyby nie barwne wiąchy fucków, ciskane przez poddawanego pedagogicznej presji monarchę, seans filmowy mógłby zgromadzić całą rodzinę. Myśl krzepiąca: człowiek dzielny, człowiek o historycznym znaczeniu może być w jakiś sposób miernym człowiekiem. Tak sobie myślę o tym filmie, o wszystkich jąkałach na mojej drodze i chyba powinienem coś wyznać. Podczas rozmowy, raz na czas, zacinam się trochę. Niewielu do dostrzega, jak już dostrzeże, pewno myśli, że zdarzył się wypadek podczas gadulstwa, nie mamy do czynienia ze stałą zasadą. A jednak tak. Moja drobna wada przeobraża się raptownie w towarzystwie jąkały kiedy to sam zaczynam się jąkać. Jąkała oczywiście myśli, że robię sobie z niego jaja, zaś mi jest głupio, potwornie głupio, czuję się jak ten król przed mikrofonem, oczekuję ciosu w mordę (z punktu widzenia sytuacji, zasłużonego) i umykam czym prędzej. W ten sposób świat ludzi jąkających pozostaje dla mnie zamknięty, a przecież dostałem tam zaproszenie. Swoją drogą, kto odpowiada za tłumaczenie tytułu? Polskie „Jak zostać królem?” pozostaje w więcej niż luźnym związku z treścią i ktoś tutaj, najwyraźniej, powinien się p… p… u… puknąć.
[ytorbit]OsxjM03ME7s[/ytorbit]

Czarny łabędź


Streszczenia filmu są wszędzie, wiadomo: młoda baletnica usiłuje sprostać niezwykle trudnej roli. Zastanawiałem się, czy „Czarnego łabędzia” nie zmilczeć ze względu na strukturalne podobieństwo do „Wrestlera”, ale jednak nie zmilczę. Najpierw polemizowaliśmy z Jarkiem Urbaniukiem na fejsie odnośnie tego czy Portmanówna dźwignęła odegranie przemiany, przejścia bieli w czerń. Potem, mój znawca filmów ulubiony a nawet jeszcze ulubieńszy, czyli Paweł T. Felis z Wyborczej zasugerował łabądkowi miałkość i pretensjonalność, brawo mistrzu, applause, równolegle w nieco podobnym tonie wypowiedział się Guru, zwracając też uwagę na „dualistyczny charakter bohaterki”. Rozbełtajmy tę banalność. Film jest stosunkowo prosty i traktuje o ambicji, oraz o niebezpiecznych ścieżkach, którymi z człowieka wychodzi artyzm. Rzecz opowiedziana wielokrotnie. Są mi znane dwa sposoby mówienia o człowieku. Pierwszy ma mi przybliżyć te emocje, których nie posiadam, których nie bardzo mogę sobie wyobrazić, bo są albo niemożliwe w naszym świecie (miłość człowieka do androida), albo nie zdarzają się często (Co czuł Amundsen maszerując na biegun? A co czuł Scott?). Drugi sposób opiera się na prostej prawdzie, że wszyscy ludzie doświadczają rzeczy podobnych. Kochają, rozstają się, pracują, chcą zrobić karierę w pracy. I tak dalej. Dobry film opowiada o takich ogólnych doświadczeniach w sposób jednostkowy i zindywidualizowany, a zarazem zrozumiały dla szerszego odbiorcy. Innymi słowy, mówi mi o tym co wiem, tak, jakbym tego nie wiedział, tutaj w „łabądku” ten zabieg się udał i zarzut banalności uważam za rozpędzony. Dualistycznego charakteru bohaterki, całej tej przemiany za to nie potrafię dostrzec. Zwyczajnie nie umiem. Jedyne przeobrażenie, jakiego jestem świadkiem to przedzierzgnięcie się rzemieślniczki w artystkę, Salieri staje się Mozartem. Dzięki Arnofskiemu wiem, że to możliwe, tylko za cenę życia. Na planie osobowościowym nic takiego nie zachodzi, Portmanówna jest cały czas jednym łabędziem, mianowicie czarnym. Kto nie wierzy, niech obejrzy raz jeszcze lub przypomni sobie tytuł. Przecież to zimna karierowiczka, gotowa wskakiwać reżyserom do łóżka i dźgać koleżanki w brzuszek, jej wrażliwość zatrzymała się na pluszakach, do tego pozostaje seksualnie wycofana – scenarzysta odmówił jej nawet tego aspektu człowieczeństwa. O ileż wolę sympatycznego Rama z „Wrestlera”! Portmanówna białego łabędzia tańczy gładko, gdyż umie go sobie wyobrazić. Ten rodzaj czystości, naiwności mieści się jej w głowie. Taki pluszowy. Z czarnym ma kłopot, gdyż, aby zatańczyć go dobrze musiałaby przyznać przed sobą, kim jest naprawdę, co jest trudne, przykre, wymaga czasu. Koniec końców sama siebie nie ołga, sama o siebie się upomni. W tym sensie, wszelkie majaki, jak kruki, zwiastują jej wyłuskiwanie się ku prawdzie, ku ciemności.
[ytorbit]5jaI1XOB-bs[/ytorbit]

horror, horror (24): Mgła

Film Johna Carpentera z 1980 roku pozostaje dla mnie wzorcową opowieścią o duchach. Sto lat temu grupa ludzi z Antonio Bay zawarła układ z przywódcą trędowatych, zezwalając mu – za sowitą opłatą – na osiedlenie się w pobliżu. Zadowolony z umowy pan Blake zapakował chorych na statek i popłynął. Był kwiecień. Niedaleko wybrzeży okręt spowiła gęsta mgła. Kierowano się więc ku ogniom, rozpalonym na brzegu przez mieszkańców Antonio Bay, zgodnie z wcześniejszą umową. Ale ogniska płonęły na skałach, trędowatych wprowadzono w błąd i statek poszedł na dno, stając się grobem dla pasażerów. Stulecie później Antonio Bay jest pięknym miejscem gdzie żyje się dostatnio. Zbliża się wielki jubileusz. Wówczas powracają krwiożercze widma, tytułową mgłą spowite. Oczywiste jest też, że gdyby nie ta ingerencja, sekret założycielski miasteczka pozostawałby bezpieczny gdyż naturalnym odruchem człowieka jest maskowanie własnych niedociągnięć.
[ytorbit]cwSbRKd_J8k[/ytorbit]

social network

Posted on 23 grudnia 2010


Nie wnikam, czy znakomity film Finchera opowiada prawdę o powstaniu facebooka. Facebooka zresztą nie cierpię, nie zamierzam dowiadywać się, z jakich źródeł wypełzło to plugastwo; zwracam się chętnie ku samym opowieściom. Więc, mamy historię o małej, bystrej kanalii która zmienia świat. Człowiek ten, lepiej powiedzieć „istota ludzka” wyprana jest z wszelkiej barwności, jakby rodzice topili go w Arielu, dla równowagi okładając laptopem po głowie. Zasmarkany szczurek buc. Kanalii, przynajmniej tych smutnych, unikam w życiu prywatnym, lecz nie mam nic przeciwko temu, by rzeczy wielkie właśnie kanaliom powierzyć. Bardzo często właśnie tak się dzieje. Sztuka nie usprawiedliwia wszystkiego. Zmiana rzeczywistości, to także zbyt mało. Domagam się jakiejś barwności, dzikości i wyłamania poza szablon na płaszczyźnie życia, charakteru. Niech będzie to choćby złowroga dzikość geniusza. Caravagiio był sobie mordercą, Mozart to pijak i dziwkarz, sami Brytyjczycy zwali Churchilla potworem. Norwid śmierdział. William Blake pił z Jezusem zaś Nietzsche zwariował ze szczętem. Znamy to wszystko. Chcę więc potworów ciekawych i kolorowych, wyróżniającym się czymś z reszty społeczeństwa, a nie płaskiego monstera, który wszedł pijany do netu popluć na dziewczynę, potem dziewczyny pooglądał, dalej już tylko sprzedawanie kumpli za kasę, z którą nie wie co zrobić. Potwierdzenie znajduje też teza, że kluby uniwersyteckie w Stanach robią za koszmar na jawie, na domiar złego taki, do którego każdy musi się odnieść. Zabiega o przyjęcie lub płacze w związku z odmową. Szczęściem zjawisko nie dotarło do Polski. Jesteśmy maleńkim, czterdziestomilionowym krajem, a naszego wysłannika nie widać nawet w teledysku Kate Perry.
[ytorbit]lB95KLmpLR4[/ytorbit]

The Walking dead

Posted on 20 grudnia 2010


Nie lubię już filmów o zombie; umęczyłem się nimi. Doskonale rozumiem ich popularność. Żywe trupy, w odróżnieniu od ducha czy wampira wpasowują się w każdą konwencję gatunkową i mogą służyć do przenoszenia treści najróżniejszej wagi. Stąd komedie, satyry społeczne, wreszcie serial pod auspicjami Franka Darbonta, faceta, moim skromnym zdaniem, przecenianego. Tymczasem wyszło. Słyszałem, że „The Walking Dead:” ma ujawniać sceny tak bezkompromisowe, że dotąd w telewizji nieobecne. Wypatrywałem więc kaszany. A tu proszę, zupełnie przyzwoity kawałek telewizji o napięciach międzyludzkich w obliczu żywiotrupiej śmierci. Cieszy jakiś rodzaj humanizmu. Większość horrorów realizuje idee wyrażone we „Władcy much”. Dzikość świata budzi dzikość człowieka. Tu grupa trzyma się, mimo ostrych tarć. Inaczej już myślimy o człowieku, czy inaczej nie dało się wydrapać kasy od producenta? Pewno bramka numer dwa. Tradycyjnie, główny bohater jest okropny. Za to podoba mi się, chyba najbardziej ze wszystkiego, otwarta formuła serialu, pozostająca zresztą w zgodzie z komiksowym pierwowzorem. W takim „House” każdy odcinek stanowi osobną całość, sezon „Sons of Anarchy” to również zwarta opowieść. Tu mamy trzecią metodę. Otwarty świat. Niektóre historie się kończą, inne trwają, można wywalić wszystkich bohaterów, w każdej chwili wprowadzić kogoś nowego. Nie ma żadnej tajemnicy. Reżyser umrze. Umrą aktorzy. A serial może trwać w nieskończoność, a nawet dłużej niż „Moda na sukces”.
[ytorbit]R1v0uFms68U[/ytorbit] Trzeba dopowiedzieć, że zombie Darbonta są retro w najsympatyczniejszym sensie tego słowa. Niestety, nigdy nie będzie już tak pięknie, jak lata temu, w słonecznej Italii.
[ytorbit]zfDiQ99f1-4[/ytorbit]

The Town

Posted on 13 grudnia 2010


Szacunek dla Bena Afflecka. Producentem będąc wsparł doskonale energetyczny horror „Feast”, wielokrotnie ujawniał poczucie humoru, rekompensujące aktorskie niedostatki. jego reżyserski debiut „Gdzie jesteś, Amando?” mam za jeden z lepszych filmów mijającej dekady, tu jest trochę gorzej, choć wciąż bardzo dobrze. Ponownie Boston, a w Bostonie czwórka łotrów zawodowo rabująca banki. To zacne zamaskowane bandziory, czyli próbują nie zabijać, nie wahają się jednak przed zabraniem zakładnika. Pada na uroczą kierownik placówki. Zafundowawszy jej najgorszy kwadrans w życiu, jeden z członków bandy (Affleck) zaczyna panią śledzić, umawiać się, ściskać, widząc w tym szansę na zmianę życia swojego i nie tylko. Wychodzi na to, że bankowców i bandziorów łączy coś więcej niż zapał do cudzych pieniędzy, a mianowicie niezadowolenie z własnej pracy. Trudny ten romans złości kumpla od brudnej roboty, martwi byłą kochankę, cieszy bezwzględnych gliniarzy, a i sprawia kłopot Affleckowi po obu stronach kamery. Jako aktor radzi sobie lepiej niż kiedykolwiek, reżysersko jest świetnym rzemieślnikiem i tylko nie bardzo wie, czy planuje nakręcić tę historię o policjantach i złodziejach półgębkiem czy na serio. Wychodzi mu raz tak, raz inaczej, czyli „The Town” to kawał porządnego kina sensacyjnego w starym stylu. Morał też konserwatywny. Kobieta wybaczy mężczyźnie niemal wszystko. Facet weźmie ją na muszkę, pookłada kolbą kolegę zza biurka, następnie przewiezie nad ocean gdzie porzuci, z zawiązanymi oczyma i taśmą na nadgarstkach, by koniec końców odsłoniwszy twarz zacznie się za dziewczęciem włóczyć, zbajeruje udając kogoś innego i zaciągnie do łóżka. Będzie mu wybaczone. Kobiety, tej czy innej, nie wolno puścić w trąbę. Zemsta takiej jest straszna jak dożywocie.
[ytorbit]C7FDNvfKKRI[/ytorbit]

sons of anarchy. sezon trzeci.

Posted on 9 grudnia 2010


Trzeci sezon za nami, zapowiadają jeszcze i trochę szkoda ze względu na dobre, optymistyczne i przede wszystkim przemyślane zakończenie, które, z niewielkimi modyfikacjami mogłoby wieńczyć całą tę historię. Z bandą sympatycznych motocyklistów jestem od początku, z żalem zaobserwowałem lekki spadek formy, zwłaszcza w początkowych odcinkach. Namnożono wątki: tu Gemma walczy o wolność, tam Jax kombinuje, jak odzyskać syna, zaczyna też donosić, cała awantura w Belfaście, problemy miłosne i rodzinne, niby dobrze, gdyż serial uzyskał odpowiednią gęstość. Busz ten, niestety, pochłonął cały drugi plan nad którym ktoś wcześniej się napocił. Poszczególni członkowie gangu, tak pracowicie skonstruowani zlali się w jedną czarną masę, zjednoczoną w słusznej sprawie. Słuszna sprawa też powinna różnić, więcej nawet, najczęściej znajdujemy jedność w nikczemności. Oglądam filmy nie dla sytuacji scenariuszowych, lecz dla bohaterów w te sytuację wrzuconych. Mogę sobie smęcić, ale „Sons opf Anarchy” to dalej pierwszorzędna sprawa, realizująca podstawowe założenia popkultury, czyli ofiarowanie ludziom świata, emocji i wartości i emocji, których ludzie nie posiadają na co dzień. Banda współczesnych kowbojów staje w obronie wartości rodzinnych i lojalnościowych, a że strzelają na potęgę, także w tył głowy, handlują bronią i szczypią gwiazdy porno, to jeszcze dodaje im człowieczeństwa rozumianego jako pochodna sympatyczności.

valhalla rising


Jeden z najdziwniejszych filmów jakie widziałem w tym roku: bezimienny, jednooki zabijaka wiedzie grupę świeżo nawróconych wikingów ku Ziemi Świętej. A tam Indianie i Szkocja udająca północną Kanadę. Jednookiego uzupełnia chłopiec. Odpowiada w jego imieniu wydaje się znać jego myśli, choć sensu całej wyprawy najwyraźniej nie przeczuwa. Być może wyprawa nie posiada – jak i ten film – sensu, albo jest on przed nami zakryty. „Valhalla Rising” oferuje kino ascetyczne, by nie rzec ubogie. Ani jednego budynku, tylko klatka, łódź i krajobrazy spowite we mgle. Nie wiem czy chwalić tu operatora, czy takie kadry to zwyczajny samograj. Ale jeśli nawet ten film przynależy do wąskiego grona wielkich nieudanych filmów, jeśli zarzucimy mu wszystko, co tylko można zarzucić (gra aktorów, braki budżetowe, udźwiękowienie i tak dalej), jeśli ociosamy go jak pień, pozostanie ostra drzazga samej wizji. Niemowa i dziecko wiodą mężczyzn przez piekielne kręgi. Nie więcej, pozostałem jednak z wrażeniem przepełnienia. Niesłychanie leniwy klimat, statyczne ujęcia w rodzaju „gęba frasobliwa na tle cumulusów” kojarzą się z Bergmanem, fabularnie czka tu odrobinę „Aguirre gniew Boży” i przynajmniej ja nie umiem znaleźć właściwej interpretacji. Gdy znajduję, nie jestem pewien. Chętnie bym podyskutował, jeśli ktoś z czytelników tego bloga także go zobaczy. Może to blaga. W takim razie wielka: jakby napuszony kołnierz jaszczurki nieoczekiwanie wypełniły stalowe mięśnie. A może i nie ma o czym rozmawiać, bo kino nie zawsze musi być intelektualne, nie będąc zarazem kinem rozrywkowym. Wolno mu przekazywać treści totemiczne, ślizgać się poza rozumowaniem: ono zaoferuje tylko pozór sensu. Odyn daje odpowiedź Chrystusowi,składając swoje pogańskie świadectwo w godzinę zmierzchu starej wiary. Chłopiec jego towarzyszem. Człowiek i chłopiec, chłopiec i jego bóg. Będę o tym śnił.
[ytorbit]0RI0Y3jI4S0[/ytorbit]

horror, horror (24): Reykjavik Whale Watching Massacre

[ytorbit]AQgNRCHfgMk[/ytorbit] Film wyróżniający się głównie tytułem i lokalizacją – nakręcili go Islandczycy na swoich wodach. W epizodycznej roli pojawia się Gunnar Hansen, który prawie czterdzieści lat wcześniej ganiał w masce z ludzkiej skóry na potrzeby „Teksańskiej masakry piłą mechaniczną”. Jak rozumiem, tytuł i obecność aktora ma zapewnić pewną ciągłość straszącą. Istotnie, dziełko pana Kempa jest wariacją na temat tamtego kawałka, tylko przeniesioną w warunki kutrowe. Znów psychopatyczna rodzinka skonfrontowana z grupą przybyszy, tym razem międzynarodowych, barwnych i wyjątkowo niezgranych. Zrezygnowano z nieaktualnych już, podtekstów społecznych (od czasów „Teksańskiej…” dekonstrukcja rodziny wielopokoleniowej dokonała się w pełni”) na rzecz bezpiecznej makabry, ot takiej, żeby puścić sobie w kinach. Mordowanie, jakość mordowania, jego pomysłowość jest tutaj wartością, stąd najróżniejsze fikuśne sceny: potrójne podpalenie, fruwająca główka, japończyk przekuty harpunem. Całość jednak sprawia dość mdłe wrażenie: nowością ma być sama sceneria statku i islandzki pejzaż, czego reżyser nie umie wykorzystać, a przecież w naszych czasach nie wypada już wierzyć w samograje. A ten, prosty przecież schemat gatunkowy wciąż ma coś do zaoferowania, żeby wspomnieć tylko australijski „Storm warning” czy norweski „Cold prey”. Takie sobie to, no.

machete

O czym jest ten film, wiadomo i nie ma co streszczać: maleńki wzwyż Danny Trejo przez półtorej godziny zabija straszną ilość ludzi, umilając sobie czas kolejnymi panienkami. Wydaje mi się, że Rodriguez jako reżyser dużo trafniej rozumie „złe kino” niż reżyser Tarantino, którego w większości przypadków nie da się oglądać, taki jest inteligentny. W każdym razie, uśmiałem się jak norka, a potem zacząłem się zastanawiać, w jaki sposób ten film – podobnie jak „Desperado” czy „Planet Terror” obejrzy ktoś o perspektywie zupełnie innej niż moja, to znaczy taki osobnik, który nie zetknął się ze złym kinem lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Dlaczego nie? Sam ledwo pamiętam tamte filmy, zostały we mnie już prędzej chwyty reżyserskie, montażowe, czy poszczególne sceny, młodsi, urodzeni w ostatniej dziesięciolatce nie mają obowiązku znać nawet tego. I nie znają. W jaki sposób odbiorą tę archaizację, trudno mi stwierdzić, zastanawiałem się i trudno, bo też nie sposób przewidzieć, jak zareagowałbym na pierwszego, powiedzmy, Freddy Kruegera gdybym zobaczył go dzisiaj. Lekkość „Machete” sprawia nielichą uciechę, skład ekipy aktorskiej nasuwa skojarzenia z „Niezniszczalnymi” grają tam ci, którzy z różnych przyczyn się nie załapali do ekipy Stallone’a. Zarazem, ten kawałek kina ze swych założeń zupełnie nie poddaje się krytyce, gdyż to wszystko, co świadczyłoby na jego niekorzyść – dziury scenariuszowe, bezładny montaż w końcówce, dziwna kompozycja – tłumaczy się filmowym kontekstem. Innymi słowy, gdyby „Machete” który jest złym filmem z założenia okazał się jednak dobry, rozczarowałby swych docelowych odbiorców, oczekujących złego filmu, zarazem byłby to właśnie zły film w ich oczach, gdyż nie spełnił oczekiwań i koło się zamyka. Znów nie do końca: są różne rodzaje rzeczy niedobrych, sprawiających nam przyjemność. W każdym razie, mamy kolejne dziełko, zdolne, w piątkowe wieczory, szturmem zawojować akademiki i mieszkania studenckie. Tylko boje się, że ludzie po takim seansie zaraz uznają, że to takie łatwe kręcić bzdury, chwycą kamery pójdą do lasu czy pijanego sąsiada robić swoje, bawić się w aktorów, reżyserów i scenarzystów, następnie owoce swego wysiłku upublicznią, w skutek czego internet stanie się jeszcze gorszy, w złym sensie gorszości.

[ytorbit]hIxcVzwLR1k[/ytorbit]
Newer Posts
Older Posts