tydzień z głowy (257)

Posted on 1 września 2013

Użalcie się nad nami, biednymi zbójami

Pewien człowiek kochał tylko broń i książki. Gdy był młody pisywał opowiadania, które cieszyły się powodzeniem, marzył też o powieści. Miał już wiele notatek. Powołany do szkoły podoficerskiej zdecydował się zostać w wojsku, gdyż perspektywa służbowego mieszkania odpowiadała niepracującej narzeczonej. Obiecywał sobie, że wróci do pisania na emeryturze mundurowej. Dzieci poszły na studia, potrzebowały pomocy, pojawiły się wnuk i nasz człowiek wylądował na kierowniczym stanowisku w agencji ochrony. Czasem patrzy na książki i zastanawia się, co mu przypominają, dlaczego czuje smutek, z którym nie potrafi sobie poradzić. Nie wie czemu chleje, a bliscy stali mu się obcy.

Był sobie raz chłopak z dobrej rodziny, który sprzeciwiał się ojcu. Nienawidził mieszczańskiego stylu życia i tego, co się z nim wiąże. W młodości wszystko robił wbrew ojcu: tatuował się, pił, rzucił studia i dobierał znajomych, odnośnie których miał pewność, że tato ich znienawidzi. Doprowadził do tego, że sam musiał o siebie zadbać i znakomicie wywiązał się z tego zadania. Potrafił niewielkim kosztem zarobić duże pieniądze, a ludzie z ochotą gromadzili się wokół niego. Wkrótce zaczął wieść spokojne, dostatnie życie pozbawione trosk, dokładnie tak jak jego ojciec. Skonstatował to z przerażeniem. Dobre życie stało się dla niego piekłem, z którym nie potrafił sobie poradzić. Brakowało mu słów dla określenia tego bólu, choćby we własnym sercu. Nie umiał wytłumaczyć własnego cierpienia nawet przed sobą samym i nienawidził siebie za to. Uważał, że obraża tym innych, głodnych i skrzywdzonych. Zapragnął mieć syna.

Tych dwoje zarabiało podróżując. Spływali ku nieznanym źródłom rzek. Ona pisała, on robił zdjęcia, opowiadali bliskim, że wygrali los na loterii. Wszyscy im zazdrościli. Sądzono, że z upływem lat osiądą i będą jeździć nieco rzadziej, ale stało się zupełnie inaczej. Wyjeżdżali coraz częściej i na dłużej, kolejne wyprawy przygotowując w pośpiechu. Zaprzestali ogłaszania zdjęć i tekstów. Nie było to im już do niczego potrzebne. Zawsze pragnęli być gdzie indziej. Postój i myśl stały się czymś nie do zniesienia. Dom w Warszawie był już ich wrogiem. Aż pewnego razu, gdy płynęli łodzią w górę rzeki, dostrzegli spieniony nurt pełen wirów, nad którymi unosiły się smocze grzywy piany. Mogli jeszcze uniknąć śmierci, ale on rzekł „Nie mogę przestać wiosłować”. „Dobrze”, odpowiedziała.

Cesarz Witeliusz skazał pewnego człowieka na ukrzyżowanie. Skazany protestował tłumacząc, że jest obywatelem rzymskim i nie godzi się, by umarł śmiercią niewolnika. Cesarz w swojej łaskawości rozkazał przybić go do krzyża większego od innych i pobielanego. Tak też się stało. Krzyż obywatela rzymskiego różnił się od pozostałych w tej szkółce leśnej dla nieszczęśliwców. Jedynie gwoździe pozostały takie same. Niedługo później, z zupełnie innej przyczyny, lud Rzymu wywlókł Witeliusza z komórki na szczotki, gdzie ten się schronił. Wsadzono mu szyję w widły i powleczono do Tybru, obrzucając gnojem.

Gwoździe wbijają się tak samo w grube i chude ciało. Gówno cuchnie jednako. Widły obejmą każdy kark. Cierpienie zawinione także jest cierpieniem.