tydzień z głowy (300)
Cysta
Dziennikarz: Jak ty to zrobiłeś, że jeszcze żyjesz?
Lemmy: Nie umarłem.

lemmy
Trzysta odcinków tego dzienniczka. Zmieniała się forma, nastrój, sposób pisania, no bo i ja się zmieniałem.
Trzysta wpisów temu nie miałem nic, tylko długi i wory pod oczami od przepicia. Mieszkałem w gołych, odrapanych ścianach, wśród starych mebli. Miałem tylko jeden nóż i dwa widelce, parę starych dresów i chujową kurtkę. Większość fuch przepadła, gdyż nie potrafiłem o nie zadbać w końcowym okresie rozpadu mojego małżeństwa. Julek uczył się chodzić.
Byłem też dziki, odważny i nie wierzyłem w istnienie żadnych granic, a jeśli nawet, rozwaliłbym je talentem bądź piąchą. Codziennie ganiałem do syna i potrafiłem zmienić swoje życie w kwadrans. Pisałem wściekłe, nieokiełznane teksty, a wieczór kończyłem z półwytrawną kadarką za siedem złotych, sprzedawaną w całodobowym przez panią z wielkimi cyckami. Skakałem przez balkon i robiłem wiochę na imprezach.
Potem: Warszawa ze świerszczami cykającymi za oknem i restauracją „Pikanteria” pod domem, gdzie biesiadowałem samotnie, jak i z przyjaciółmi. Pamiętam, jak czytając tam „Wyborczą”, ryknąłem niepohamowanym śmiechem, widząc nagłówek „Centrum Wiesenthala rozpoczyna »Operację Ostatniej Szansy 2«”. Siłownia Olimpia. Knajpa na Pradze z piękną i bezczelną barmanką. Kolacje u Kasi i Rafała. Wieczory na Francuskiej.
Kurhany na bałkańskich szczytach osuwających się w srebro zatoki. Papieros w Dolinie Śmierci i światła Las Vegas. Lampart tańczący w świetle reflektorów naszego samochodu na afrykańskiej drodze. Pomarańczowa linia wypalanej trawy.
Kopenhaga, czyli luksusowy klasztor nawiedzany przez dobre duchy, z wielką siłownią i sklepem prowadzonym przez Włochów na dole. Zawsze ciepły chleb. Fotel i podnóżek, muzyczka z PianoCrafta na świeżutkich kompaktach. Dobre wino i ławeczka w Christanii. Dużo, o wiele za dużo samolotów. Mój syn ułożony do snu w pokoju dziennym. Mówi: Cieszę się, że tutaj jestem.
Te same twarze przyjaciół, tylko bardziej okrągłe. Ta podkulona ręka o sztywnych palcach. Idiotyczne bajki puszczane w polskich kinach. Zabawa w Jedi, w smoki, gra pomiędzy dobrem a złem, piłka i kometka, „Plants vs Zombies”. Zarośnięte ruiny poniemieckich domów na obrzeżach Rykusmyku.
Dzikość jakby osłabła, wiem już, co mogę, a czego nie mogę zrobić, odwaga toczy nieustanny spór z rozsądkiem. Mój talent nie nadaje się do rozwalania, lecz budowania. Wiem, że rozprostowana pięść doskonale sprawdza się w układaniu klocków. Wiem też, że wciąż potrafię ją zacisnąć. Znam też jakiś horyzont siebie, swojego życia i życia innych. Istnieje policzalna ilość zadań, którym mogę sprostać.
Nic na to nie poradzę i nie chcę poradzić. Ludzie nie zmieniają się na lepsze. Ludzie nie zmieniają się na gorsze. Ludzie po prostu się zmieniają.
Zaczynało się trochę jak ostatni felieton Tomasza Beksińskiego. Końcówka na szczęście inna. Powodzenia.
Odpowiedz