tydzień z głowy (300)

Posted on 22 czerwca 2014

Cysta

Dziennikarz: Jak ty to zrobiłeś, że jeszcze żyjesz?
Lemmy: Nie umarłem.

lemmy

Trzysta odcinków tego dzienniczka. Zmieniała się forma, nastrój, sposób pisania, no bo i ja się zmieniałem.

Trzysta wpisów temu nie miałem nic, tylko długi i wory pod oczami od przepicia. Mieszkałem w gołych, odrapanych ścianach, wśród starych mebli. Miałem tylko jeden nóż i dwa widelce, parę starych dresów i chujową kurtkę. Większość fuch przepadła, gdyż nie potrafiłem o nie zadbać w końcowym okresie rozpadu mojego małżeństwa. Julek uczył się chodzić.

Byłem też dziki, odważny i nie wierzyłem w istnienie żadnych granic, a jeśli nawet, rozwaliłbym je talentem bądź piąchą. Codziennie ganiałem do syna i potrafiłem zmienić swoje życie w kwadrans. Pisałem wściekłe, nieokiełznane teksty, a wieczór kończyłem z półwytrawną kadarką za siedem złotych, sprzedawaną w całodobowym przez panią z wielkimi cyckami. Skakałem przez balkon i robiłem wiochę na imprezach.

Potem: Warszawa ze świerszczami cykającymi za oknem i restauracją „Pikanteria” pod domem, gdzie biesiadowałem samotnie, jak i z przyjaciółmi. Pamiętam, jak czytając tam „Wyborczą”, ryknąłem niepohamowanym śmiechem, widząc nagłówek „Centrum Wiesenthala rozpoczyna »Operację Ostatniej Szansy 2«”. Siłownia Olimpia. Knajpa na Pradze z piękną i bezczelną barmanką. Kolacje u Kasi i Rafała. Wieczory na Francuskiej.

Kurhany na bałkańskich szczytach osuwających się w srebro zatoki. Papieros w Dolinie Śmierci i światła Las Vegas. Lampart tańczący w świetle reflektorów naszego samochodu na afrykańskiej drodze. Pomarańczowa linia wypalanej trawy.

Kopenhaga, czyli luksusowy klasztor nawiedzany przez dobre duchy, z wielką siłownią i sklepem prowadzonym przez Włochów na dole. Zawsze ciepły chleb. Fotel i podnóżek, muzyczka z PianoCrafta na świeżutkich kompaktach. Dobre wino i ławeczka w Christanii. Dużo, o wiele za dużo samolotów. Mój syn ułożony do snu w pokoju dziennym. Mówi: Cieszę się, że tutaj jestem.

Te same twarze przyjaciół, tylko bardziej okrągłe. Ta podkulona ręka o sztywnych palcach. Idiotyczne bajki puszczane w polskich kinach. Zabawa w Jedi, w smoki, gra pomiędzy dobrem a złem, piłka i kometka, „Plants vs Zombies”. Zarośnięte ruiny poniemieckich domów na obrzeżach Rykusmyku.

Dzikość jakby osłabła, wiem już, co mogę, a czego nie mogę zrobić, odwaga toczy nieustanny spór z rozsądkiem. Mój talent nie nadaje się do rozwalania, lecz budowania. Wiem, że rozprostowana pięść doskonale sprawdza się w układaniu klocków. Wiem też, że wciąż potrafię ją zacisnąć. Znam też jakiś horyzont siebie, swojego życia i życia innych. Istnieje policzalna ilość zadań, którym mogę sprostać.

Nic na to nie poradzę i nie chcę poradzić. Ludzie nie zmieniają się na lepsze. Ludzie nie zmieniają się na gorsze. Ludzie po prostu się zmieniają.