Najnowsze komentarze

Kategorie

porusza i prowokuje...

tydzień z głowy (253)

Posted on 4 sierpnia 2013

 Głosy najżyczliwsze

„Ty ciągle oszczędzasz, prawda? Zapewne mniej niż wcześniej. Życie na Zachodzie jest bardzo drogie.”

„Wiem, że cię to złości, ale powinieneś pójść do pracy. Na pewno coś tam u was mają. Nie myślisz o przyszłości. Wam się wydaje, że system emerytalny runie. A właśnie że nie. Będziesz miał siedemdziesiątkę ani się obejrzysz. I nie mów mi, że umrzesz wcześniej. Bo nie umrzesz. Ty będziesz długo żył. Jeszcze się zdziwisz, mówię ci.”

„Jesteś osobą publiczną i najwyższy czas, żebyś zrobił coś z tą szparą między zębami. Wiem, że ciebie to nie razi, ale są tacy, których razi. Byłbyś dzisiaj dużo dalej, gdyby nie ta szpara.”

„Kiedy się pobierzecie? Kobiety są takie same, każda co do jednej, i tego samego też chcą, bez dwóch zdań. Dlatego musicie się pobrać i dlatego ty powinieneś wyjść z inicjatywą.”

„Powinniście mieć dzieci, póki nie jest dla was za późno. Natury nie można oszukać, w każdej babie jest ten sam dzwon i zacznie bić, ten dzwon, prędzej czy później. Oby nie później, bo będziecie żałowali do końca życia. Jaka starość was czeka, tak bez dzieci? Dzieci nadają sens. Prędzej czy później znudzicie się sobą, zresztą, tak jak mówię, biologia ma swoje prawa, ciebie to może nie dotyczy, ale jej już tak.”

„Tylko dziecka nie zrób, niech Bóg cię broni. Teraz masz cudowne życie. Żadnych obowiązków! Wszystko to stracisz razem z dzieckiem. Skończy się to twoje jeżdżenie, kombinowanie, wychodzisz, kiedy chcesz, wracasz, kiedy chcesz, śpisz do kiedy chcesz, Łukasz, chyba nie chcesz tego stracić. Nie miej już dzieci, pod żadnym pozorem.”

„Długo będziesz się tak włóczył? Rok tam, rok siam. Przecież to nie jest żadne życie. Ty zawsze, odkąd pamiętam, podporządkowywałeś się kobiecie. Co chciała, tak robiłeś, z każdą jedną tak było. To do niczego nie prowadzi.”

„Mógłbyś wreszcie przestać myśleć tylko o sobie. Ja, ja, ja, bez przerwy na pierwszym miejscu. Kochasz tylko siebie.”

„Powinieneś kupić sobie mieszkanie. Gdybyś to zrobił trzy lata wcześniej, miałbyś już trzy lata spłaconego kredytu i miejsce, do którego mógłbyś wrócić.”

„Najważniejsza dla ciebie jest wolność. Nie masz prawa o tym zapomnieć. Z tego brały się wszystkie twoje kłopoty. Ktoś próbował ograniczać ci przestrzeń, a ty się męczyłeś, męczyłeś, aż w końcu nie mogłeś wytrzymać. Nikt tego nie mógł zrozumieć, zrozum wreszcie chociaż ty. Może postawimy tamtym dwóm pannom drinka?”

„To dobrze, że w twoich książkach jest coraz mniej fantastyki. Tak naprawdę nigdy jej nie potrzebowałeś. Nikt nie będzie cię poważnie traktował, jeśli będziesz dalej pisał fantastykę”

„Niepotrzebnie odcinasz się od fantastyki. Wybacz, że to mówię, ale nie powinieneś dystansować się od swoich korzeni. Ludzie to zauważą i odwrócą się od ciebie. Nie zyskasz nowych czytelników, a starzy odwrócą się od ciebie. Naprawdę tego chcesz?”

„Wytrzeźwiej wreszcie”

„Jak piłeś byłeś fajniejszy”

„Masz trzydzieści sześć lat. Dlaczego wciąż nosisz koszule z obrazkami?”

Kamień niech nie uczy ptaka, jak fruwać.

Ptak niech nie wyjaśnia kamieniowi natury spadania.

tydzień z głowy (252)

Posted on 28 lipca 2013

Klucz do duszy

Nad pisuarem w restauracji dopada mnie fala wspomnień. Uruchomieniu spłuczki towarzyszy dźwięk, jaki mogą wydawać dwie uderzające o siebie gazrurki.

Do mojego pierwszego kibla wchodziłem przez dzielony z sąsiadem korytarz. Prawo użytkowania kibla, w odróżnieniu od korytarza, przysługiwało wyłącznie mnie. Obok stała żeliwna wanna, jeśli mnie pamięć nie myli, umywalki brakowało, za to pomieszczenie dalej znajdowała się moja kuchnia. Aby zrobić sobie jedzenie, musiałem przejść przez toaletę. Woń przechodziła nieustannie.

Droga do mojego drugiego kibla wiodła już przez kuchnię, właściwy porządek uległ przywróceniu. Prócz klopa i wanny trafiła mi się nawet umywalka. Byłoby tam dość znośnie, gdyby nie umiejscowienie jedynego źródła ogrzewania w tym mieszkaniu. Mowa o piecu kaflowym stojącym w najdalszym rogu ostatniego z pokoi. Stare, nieszczelne okna niweczyły wszelkie nadzieje na ocieplenie mojej świątyni dumania. Próbowałem radzić sobie za pomocą farelki. Nie pomagało. Pamiętam kłęby pary unoszące się znad wanny napełnionej wodą i moją siną rękę sięgającą po papier toaletowy.

Kibel w mieszkaniu, które wynajmowałem jako trzecie w kolejności, spełniał stosunkowo wysokie standardy. Mogłem nawet wyprostować nogi i cieszyłem się temperaturą, generowaną przez gęsto splecione rury ciepłownicze. Niestety, ów klozet mi wykipiał. A było to tak: w rurach coś zaległo, spływ przestał działać, toaleta straciła nawet podstawową funkcjonalność, w całym pomieszczeniu unosił się smród. Po wielogodzinnym, bezowocnym tańcu ze żmijką zdecydowałem się na użycie kreta. Do klozetu wlałem dwie półtoralitrowe butelki tego żrącego specyfiku i najprawdopodobniej wszystko poszłoby dobrze, gdybym nie zamknął dekla. Kiedy po kilkudziesięciu minutach stanąłem w progu łazienki, kiedy spojrzałem na brązowawy płyn wypełniający całą podłogę, na brunatną pianę wciąż wylewającą się spod dekla, popłakałem się jak nigdy wcześniej czy później. Żadna dziewczyna nie wycisnęła za mnie tylu łez. Dodam, że zawartość toalety zmieszana z kretem wydziela bardzo szczególny zapach, z lekką nutą orzecha.

Moje czwarte mieszkanie było ogromne, za to kibelek malutki. Poza tym niewiele mogę o nim powiedzieć. W pomieszczeniu z trudem mieścił się sam klozet, jakby projektant w ogóle nie przewidział obecności człowieka. Poznałem każdy szew na swoich dżinsach i każdą żyłkę, która pękła na kolanie. Kibel przylegał do prysznica, przedzielony wysoką na dwa metry ścianką działową. Siadywał tam kot, bacznie mi się przyglądał i skakał na pochylone plecy.

Z piątym, szóstym i siódmym kiblem nie posiadam szczególnych wspomnień poza tym, że nazbyt intensywne korzystanie z tego siódmego kończyło się zalaniem sąsiadki. Podejrzewam, że wspomnienia sąsiadki są bardziej intensywne od moich.

Mój ósmy kibel był nawiedzony. Podczas burzy wył niczym demon, któremu wydarto z gardła świeżo upolowaną duszyczkę. Przez jakiś czas napawało mnie to pewnego rodzaju niepokojem, dopiero potem zrozumiałem, że układ rur na ósmym piętrze warszawskiego bloku generuje takie, a nie inne dźwięki. Gdy ostro wiało, woda w toalecie chlupała i to ostro, jakbym zaraz miał runąć z całym budynkiem między ogródki działkowe.

Najbardziej przerażający kibel nie należał do mnie, lecz do przyjaciela zajmującego dziuplę w centrum Krakowa. Z toalety, umieszczonej na korytarzu, prócz przyjaciela (skądinąd wyjątkowo zadbanego) korzystał okoliczny element niepracujący. Kibel przechodził przez liczne fazy, podczas tej schyłkowej stał się po prostu czeluścią w podłodze, z której sterczał odrażający kopczyk, na domiar złego obrobiony przez gołębie, zaglądające tutaj za potrzebą przez wybite okno. Mój przyjaciel dawno się wyprowadził. Budynek, zagrożony zawaleniem, zamknięto. Czeluść została zatrzaśnięta.

Nie wiem, dlaczego piszę o tym wszystkim. Może nie mam już o czym pisać, może zajmuje mnie inne pisanie, a internet jest ściekiem. To ostatnie akurat na pewno. A może trzasnął mi dekiel w  dziesiątej bodaj ubikacji w moim samodzielnym życiu? Kupiliśmy nowy. Człowieka w ogromnym stopniu budują chwile spędzone w samotności, w tych samych miejscach, w ciasnej przestrzeni.

tydzień z głowy (251)

Posted on 21 lipca 2013

Scrabble są na piecu

Wydaje mi się, że ludzie, którzy naprawdę lubią grać w scrabble, są nieszczęśliwi. Po prostu, jeśli lubisz grać w scrabble, jeśli dużo grasz w scrabble, to jesteś dobry w te scrabble i nikt nie chce z tobą grać, bo i tak przegra. Tak ma Joasia. Ogrywa wszystkich i ma trudności ze znalezieniem partnera.

Jest sobie w Podgórzu taki facet, którego czasem odwiedzamy. Wujek ma duże mieszkanie i uwielbia grać w scrabble. Jest, z tego co wiem, niebezpiecznym przeciwnikiem. Spotykam go, umawiamy się na wódkę, mówię, że przyprowadzę Joasię pod warunkiem, że nie będą grali w te pieprzone scrabble. Scrabble rozkładają imprezę skuteczniej niż śmieszne filmy z tubka, słowem, są potrzebne jak granat w piździe. Oni będą grali, a my z Urbaniukiem, dwa smutne ciule, siądziemy w kącie i nikt nie będzie nas kochał. Żadnych scrabbli, wujek, mówię, a wujo się zgadza.

W czwartek meldujemy się u wujka, targamy flachę, wujo siedzi przy kuchennym stole, ćmi szluga i nawet się ogolił, łasi się uszczęśliwiona psina, a mi oczy zalewa czerwona plama. Na stole, prócz wódy, leżą sobie scrabble i zeszyt do scrabbli. Wujek, co ty odpierdalasz, miało nie być żadnych scrabbli. Tak właśnie mówię i się śmieję. Wujo też rechocze i odpowiada, że niby te scrabble leżą tutaj od paru tygodni.

Na to nie będzie zgody. Nie zważając na protesty Joasi i uroczego gospodarza, unoszę scrabble do drugiego pokoju. Upewniam się, że nikt mnie nie śledzi, szukam kryjówki, mój wzrok pada na wysoki piec kaflowy i zaraz scrabble lądują na tym piecu. Aby je tam wepchać, muszę wspiąć się na palce. Wujek jest niższy o głowę, co dodaje psocie uroku. Wracam i przysięgam, że oddam te scrabble, jak będziemy wychodzić. Albo przynajmniej powiem, gdzie są. Wujek weźmie krzesło i je ściągnie. Tak będzie, obiecuję sobie. Pijemy wódkę i jest bardzo przyjemnie.

Impreza przybiera nieoczekiwany obrót, z miasta schodzą się ludzie, a ja nie potrafię, nie umiem przebywać w większym towarzystwie, gdzie na domiar złego znam mało kogo, poza tym mam ostro w czubie, rano pędzę do Julka i muszę się wyspać. Dzwonimy po taksówkę, wychodzimy, ściskając czule melancholijnego gospodarza.

Rano budzę się bez śladu kaca i natychmiast przypominam sobie o scrabblach. Toż wujo będzie chciał sobie z kimś pograć, a przeze mnie nie zdoła tego zrobić. Zrobiłem mu przykrość, pozbawiłem czegoś, na czym mu zależało, i bardzo chcę to naprawić. Wujo nie ma telefonu. Komputer mu się spieprzył, nie ma więc wyjścia, zabieram Julka i wspólnie wyruszamy na wielkie poszukiwanie wuja. Dwukrotnie odwiedzamy go w domu. Tam nikogo. Dzwonię po wspólnych znajomych. Próbuję zgadnąć, w jakich rejonach wujo spaceruje z tą swoją radosną psiną, wreszcie oblatujmy kawiarnie w Podgórzu, gdzie wuja zazwyczaj można spotkać. Wszystko na próżno. Wracamy, a ja nie wiem, czy scrabble znalazły się, czy też nie.

Dlaczego piszę to wszystko? Wyobraźcie sobie coś takiego. Po krakowskim Podgórzu łazi sobie rosły chłop w towarzystwie rozbawionego sześciolatka. Chłop ma koszulkę Kinga Diamonda bez rękawów, mordę jak przedwojenny bokser i zagaduje kogo tylko może, zwracając się tymi oto słowy:

„Jak spotkasz wuja, powiedz, że scrabble są na piecu”.

tydzień z głowy (250)

Posted on 14 lipca 2013

Julek na północy

Mój syn twierdzi, że Herakles był Niemcem. Jest sześcioletnim nietzscheanistą i gdy chce opowiedzieć o czymś, co wydarzyło się dawno temu, wieki przed jego narodzinami, mówi, że było to „w czasach Boga”. Kiedyś były takie czasy, że Bóg żył i spacerował między ludźmi, ale teraz już go nie ma. Julek jeszcze nie przeczuwa tej nieobecności. Wszystkie dzieci są nietzscheańskie. Dlatego warto zachować w sobie dziecko.

Julek po raz pierwszy odwiedził mnie w Kopenhadze. Cały ciąży ku kotom i pogrąża się w smutku, ponieważ Prezes odpowiedział pazurem na jego miłość. Nie ma słów, aby oddać rozgoryczenie tego chłopca. Julek rozumie, że kot Prezes nigdy nie będzie częścią jego świata. Może się w nim zjawić. Nie będzie należał. Julek mówi, że kot Prezes jest półgrzeczny. Julek mówi, że każdy ma prawo do swoich uczuć. Kot także.

Do Legolandu jedziemy wielkim, stalowym mostem. Przęsła wystają z morza. Czeka na nas domek z łóżkiem piętrowym. Zameldowaliśmy się na ulicy Bananowej. Niedaleko mieszkają kozy, króliki i osiołki. Dzieci wspinają się na wielką pajęczynę. Pierwszego dnia Julek starannie wypakowuje walizkę i układa swoje ubrania na półkach. Jest dumny z faktu posiadania swojej własnej szafy.

Legoland to kolorowa patelnia rozpalona słońcem. Z klocków zbudowano Kopenhagę, Amsterdam, Sztokholm i szkocką wioskę na wybrzeżu. Jest lotnisko, jeżdżą pociągi. W akwarium pływa rekin z płaszczką, nieco dalej można zobaczyć pingwiny. Wędrujemy przez tematyczne zakątki poświęcone piratom, rycerzom, wikingom i tak dalej. Na Dzikim Zachodzie Julek wypłukuje kruszec z piasku. Zamienią mu go na medal, a medal zostanie zgubiony. Pędzimy kolejką ponad plastikowymi murami bajkowej warowni. Urządzamy też bitwę na wodę. Nasz stateczek sunie krętym kanalikiem, mamy armatki wodne i prowadzimy ostrzał nadbrzeża. Ląd się broni rękami dzieci i ojców. Wychodzimy przemoczeni. Pracownik sklepu z pamiątkami robi nam zdjęcie.

Wieczorem Julek błyskawicznie składa klocki przeznaczone dla dzieci o dwa lata starszych. To statek kosmiczny z „Gwiezdnych wojen”. Zasypuje nas pytaniami o Jedi i Sithów, próbuje dowiedzieć się, na jakich planetach żyją, a wytłumaczenie mu tej zawiłości jest co najmniej skomplikowane. Zresztą A. radzi sobie dużo lepiej ode mnie.

W domu znów koty, bajki, konsola, wyprawa do zoo. Gdy, już w Polsce, zapytam małego, co mu się najbardziej podobało, bez wahania odpowie, że koty. A. twierdzi, że to dobrze, i ma rację. Julek wybrał stare zwierzęta zamiast pięknych rzeczy.

Jesteśmy rodziną patchworkową, ja niezbyt nadaję się na ojca i budowanie relacji idzie mi, delikatnie mówiąc, nie najlepiej. Zauważyłem też coś innego. Zwracam się do niego tymi samymi słowami, którymi zwracał się do mnie mój ojciec, traktuję tak, jak mój ojciec mnie traktował. Czyli dobrze. Ale czy myślę o nim tak, jak mój ojciec myślał o mnie, czy kocham go tak, jak ojciec mnie kochał? Przypuszczam, że to całkiem możliwe. Julek jest właściwie jedynym dzieckiem, które znam. Nie miałem rodzeństwa. Nie spędzałem czasu z kuzynami, byli zresztą daleko i starsi. Moim jedynym doświadczeniem jest własna dziecinność, a jedynym ojcem, którego poznałem w relacji z dzieckiem, jest mój własny ojciec. Będąc z Julkiem, staję się swoim własnym ojcem, oczywiście nie prawdziwym – opętuje mnie jego wspomnienie.

I gdy siedzimy tak we trójkę na podkrakowskiej wsi, Julek, ja i mój tata, uświadamiam sobie, że kiedyś też będę siedział przy jakimś stole, w jakimś miejscu, ja, Julek i jego syn, Julek będzie dorosły, a ja cały bielutki. To nawet nie jest przyszłość. To już za moment.

tydzień z głowy (249)

Posted on 7 lipca 2013

Słup w Krzeszowicach

W podkrakowskich Krzeszowicach natknąłem się na słup ogłoszeniowy. Do słupa przytwierdzono dziewięć zadrukowanych kartek A4. Ktokolwiek je tam umieścił, zrobił to bardzo solidnie, zabezpieczając je folią  i taśmą klejącą. Na każdej kartce znajdował się inny tekst, kilkukrotnie powtórzony. Zrobiłem zdjęcia wszystkim, spisałem i zamieszczam poniżej, zachowując, w miarę możliwości, właściwą kolejność i pisownię oryginału.

Zapraszam do lektury.

„O Najkochańsza Matko Nieustającej Pomocy, Błagam Cię, ochroń mnie przed szatańską zemstą państwowego aparatu zbrodni i terroru! Twój wierny sługa. Jezu, ufam Tobie”

„O najukochańsza Matko Boża nieustającej pomocy. Błagam Cię trzymaj z daleka ode mnie i od mojego domu tych zbrodniarzy ze straży miejskiej w Krzeszowicach! Twój wierny sługa. Jezu ufam Tobie”

„O Najukochańsza Matko Boża nieustającej pomocy. Bardzo Ci dziękuję za opiekę w sądzie i błagam Cię, abym już nigdy do tych sądów nie został doprowadzony przemocą ani nie poszedł tam dobrowolnie. Twój wierny sługa. Jezu ufam Tobie!”

„O Najukochańsza Matko Boża Nieustającej Pomocy. W święto Podwyższenia Krzyża Świętego w samo południe mam kolejna dziewiątą, podobno główną karną rozprawę sądową za rzekome zaatakowanie policjantów widłami w tych szatańskich sądach. Błagam o pomoc.

Twój wierny i pokorny sługa

Jezu ufam Tobie”

„List otwarty

Panie Premierze Rzeczypospolitej Polski Donaldzie Tusku. Obiecał Pan uwolnić  Polaków od tego największego złodziejstwa na świecie jakim jest abonament RTV. Nagle się okazało, że z tym PRL-em jest Panu bardzo po drodze. Ja nie czuję się bezpiecznie pod Pana policyjnymi rządami.

Szczęść Boże”

„O Najukochańsza Matko Boża nieustającej pomocy. Błagam cię, aby tym policjantom, którzy zamordowali mojego ojca nie uszła bezkarnie ta zbrodnia. Twój wierny i pokorny sługa. Jezu ufam Tobie!”

„O Najukochańsza Matko Boża Nieustającej Pomocy. Błagam o pomoc. W Święto Nawrócenia Świętego Pawła Apostoła o godzinie szóstej rano, włamało się do mojego domu trzech pijanych policjantów, którzy zdemolowali cały dom. W zemście za rzekome wymalowanie sprejami Kościoła w Krzeszowicach. Twój wierny sługa. Jezu ufam Tobie!”

„O najukochańsza Matko Boża nieustającej pomocy. Błagam cię ochroń mnie przed szatańską zemstą tej podłej prokurator Wioletty J., która zerwała ze mnie cudowny medalik a potem wymachując nogami i pokazując mi, że nie ma majtek pod spódnicą próbowała zmusić mnie do nierządu, a teraz mści się, że jej nie uległem. Twój wierny sługa. Jezu ufam Tobie.”

„O najukochańsza Matko Boża nieustającej pomocy. Bardzo Cię proszę pomóż mi w moim ciężkim strapieniu. W środku nocy z dnia 29 na 30 grudnia zostałem napadnięty w łóżku chory przez policjantów, którzy wcześniej wyłamali  drzwi i brutalnie skatowali moją 80 bardzo ciężko chorą mamę. Żeby mnie doprowadzić przemocą do swojego sądu za rzekome zaatakowanie policjantów widłami najpierw zamykając w areszcie. Tam policjanci po raz kolejny zerwali ze mnie cudowny medalik i szkaplerz Święty oraz wyłamali mi ręce żeby wyrwać z nich różaniec w imię swoich szatańskich przepisów. Najukochańsza Matko błagam Cię aby tym policjantom nie uszedł bezkarnie ich diabelski czyn i aby Kościół święty uwiarygodnił taką policję.

Twój wierny sługa. Jezu ufam Tobie”

„O najukochańsza Matko Boża nieustającej pomocy. Bardzo Cię proszę zgaś straż pożarną w Woli Filipowskiej za to, że nam zgasiła radość Bożego Narodzenia orkiestrą Owsiaka, za to, że wyłamała w moim domu drzwi na żądanie policji!

Twój wierny i pokorny sługa. Jezu ufam Tobie”

„O najukochańsza Matko Boża nieustającej pomocy. Karnym wyrokiem sądowym została mi zabrana renta za rzekome zaatakowanie widłami policjantów. Błagam o pomoc. Twój wierny sługa. Jezu ufam Tobie.”

Takich słupów w Krzeszowicach jest więcej.

tydzień z głowy (248)

Posted on 30 czerwca 2013

Pocztówka z martwego miasta

Idę  na plac po bundz, mówią mi jednak, że bundzu już nie ma, wyszedł, pan na pewno tu go nie dostanie. Bundz miał być  dla mojej dziewczyny. Krążę przez chwilę między stołami, na których rozłożono jajka, czereśnie i workowate ciuchy. Kupię coś gdzie indziej, znajdę sobie sery. Ulica jest szara i zroszona deszczem, ludzie się kulą, jakby ołów spadał z nieba, karki niby brzuchy martwych ryb, nogi plączą się w siatki.

Pierwszy sklep jest ciasny, ale za to zatłoczony, pcham się między półki, kolory wlewają mi się do oczu ławicą najtańszego nieszczęścia, lecz przecież nie jestem smutny, tylko wkurwiony, chciałem kupić bundz, a bundzu nie ma i już nie będzie. Nigdy już nie będzie bundzu – myślę sobie i zasuwam do sklepu numer dwa.

Wielki napis na szybie sklepu numer dwa obwieszcza, że można tu kupić piwo, wino i wódkę, wszystkie alkohole w promocyjnych cenach. Poniżej przysnął sobie mężczyzna, który zdążył z tej oferty skorzystać. Wchodzę, do mięs i serów prowadzi osobna kolejka, nieco krótsza od poprzedniej. Staruszki grzebią w portfelach i portmonetkach. Pomarszczone palce oddzielają banknoty od siebie, każdy banknot ma już swoje przeznaczenie, jest czemuś dedykowany, domyślam sobie (idiota, co nie zna życia), bułeczka lekarstwo ciastko. Nie umiem współczuć biednym, gdyż to by mnie zabiło. Pijaczek w swetrze zamawia kiełbachę, wczorajszy student prosi o sto gram sera morskiego, wszyscy – pijak, student, starcy – cuchną niemożebnie, a ja najbardziej, gdyż przed chwilą robiłem brzuszki i nie zdążyłem się umyć.

Kobieta, która sprzedaje mi sery, jest gruba, mała i półnaga – ma koszulkę na ramiączkach i piersi jak dwie pikujące bomby. Ponieważ  chcę zapłacić kartą, ciągnie mnie gdzieś, do jakiegoś  przyczółku przy kasach. Mówi, że nie mają limitów. Wolno mi zapłacić kartą nawet za długopis, za gumę do żucia. Mogę tak zrobić. Wolno mi. To dobrze. Wystukuję kod. Obok ktoś chlusta bilonem z portmonetki.

Jestem już na zewnątrz, facet przy progu śpi, jak spał, obok zgromadził  się tłumek, ludzie gaworzą o tym co i gdzie można tanio kupić. Dłonie trzymają na wysokości kieszeni i ciągle leje deszcz. Przede mną znajduje się blok, no bo cóż innego.

Na balkonie (niech będzie to drugie piętro) wisi płachta z napisem, powiedzmy: DOBRA MUZYKA NA ŻYWO. I numer telefonu. Wydaje mi się teraz, gdy popijam piwko w klubie Egon, że prócz napisu i numeru na płachcie znajdowała się również uśmiechnięta twarz jakiejś dziewczyny. Tego nie mogę być pewien, za to wiem, że płachta wypłowiała od słońca i ma kolor piasku.

Powyżej całe okno zasłania prześcieradło zawieszone od zewnętrznej strony. W centralnej części prześcieradła tkwi wielki drewniany krucyfiks bez figury Chrystusa, za to okolony przez róże. Róże są świeże. Patrzę na ludzi wokół, na pijaka, na tę płachtę, na te róże i krzyż także. Nie umiem tego razem połączyć, choć wiem, że takie połączenie istnieje i mógłbym je zrozumieć. Ale nie rozumiem, tak jak nie rozumiem niczego, niczego też nie wiem i nie umiem powiedzieć, w jaki sposób zrodziło się to zwyczajne przecież miejsce, czemu miasto umarło i gdzie podział się bundz.

Tydzień z głowy (247)

Posted on 24 czerwca 2013

Tęskniąc za Warszawą

Siedzę sobie w samolocie. Niedługo wyląduję na Okęciu, wypalę papierosa, spoglądając na Polskę w budowie, pojadę do Kuby zostawić walizkę i zamelduję się na Big Book Festiwal.  Mam tam prowadzić jakieś szkolenie, czego oczywiście nie umiem zrobić. Ludzie chcą się nauczyć pisania w parę godzin. Ja nie nauczyłem się przez trzydzieści sześć lat.

Potem skoczę sobie na piwko, zerknę do Ogrodu Saskiego na przedstawienie i zacznę dawać w dupę.  Następne dni wypełnią spotkania o charakterze biznesowym i prywatnym, ufam też, że dawanie w dupę nie skończy się na dzisiejszym wieczorze. Pamiętam dość dobrze, jak niecały rok temu przysiadłem sobie w jakiejś ekskluzywnej spelunce na Francuskiej i tęsknota ścisnęła mi serce. Mam nadzieję, że to już się nie powtórzy.

Tęsknię za Warszawą. Trochę słabiej niż rok temu, ale ciągle tak. Przypuszczam nawet, że tęsknota zacznie się wzmagać. Brakuje mi mojego mieszkania na Saskiej Kępie. Teraz grałyby mi świerszcze. Przypominam sobie paskudny sklep naprzeciwko z opryskliwymi sprzedawczyniami oraz budkę z alkoholem tuż obok. Nieco dalej były restauracyjki i siłownia, już po drugiej stronie Alei Stanów Zjednoczonych.

Tęskno mi za wieczorami z Kubą, spędzanymi w knajpach na starej Pradze. Przypominam sobie nieludzko ordynarną barmankę, która tam pracowała, ale już nie pracuje. Spacer Nowym Światem miewał sporo uroku, a jeszcze więcej – kolacyjki u Kasi i Rafała, z zaaferowaną gospodynią i gospodarzem otwierającym piwo, jakby podpisywał wyrok śmierci. Lubiłem jeździć na Ursynów, do mojego przyjaciela, gdzie cięliśmy w Tekkena i po siedem godzin. Mój przyjaciel także wyjechał z Warszawy. Fajnie się czytało książki w Parku Skaryszewskim.

Raz uruchomiona fala wspomnień nie chcę się zatrzymać. Widzę siebie w czerwonym, cuchnącym tramwaju. Siedzę pod przęsłem mostu i rozgryzam ziarnko orzechowca. Wlokę się półprzytomny nocą, z przyjaciółmi a zaraz, za chwilę, będę odbierał paczkę od pani listonosz przypominającej rozzłoszczoną zakonnicę. Rozpinam pas, wstaję z samolotowego siedzenia. Mijam wąską kuchnię, idę przez pokój (bliźniaczo podobny do pokoju dziennego w Kopenhadze, do końca życia chciałbym mieszkać w takich samych pokojach) i podchodzę do okna. Spoglądam na czteropiętrowe, szare zęby bloków osadzone w zielonych dziąsłach, na nocnik Stadionu Narodowego i dalekie światła naszego biednego downtown. Niebo jest jak Polska, zbiera się na burzę.

Nie wiem, dlaczego padło na Warszawę. To miasto jest szczególne (jego udziałem stał się reset), ale każde większe miasto ma swoją szczególność. Nie o nią tutaj chodzi. Myślę, że Warszawa wyszła mi naprzeciw w odpowiedniej chwili. Spotkaliśmy się i tyle. Całe życie spędziłem w Krakowie, czyli mieście, które jest. Nic dziwnego, że pokochałem miasto, którego nie ma, ale które się staje.

Czy chciałbym wrócić? W pierwszym odruchu tak, i to bardzo. Rozumiem jednak, że powrót skończyłby się rozczarowaniem. Kto wraca na stare śmieci, kierując się tylko sentymentem, jest skończonym głupcem. Wracając, utraciłbym nieodwołalnie moją ukochaną Warszawę. Stałaby się zwykłym, niekochanym miastem, dobre wspomnienia by przepadły, zastąpione przez przykrą aktualność, i nie miałbym nawet tego, co mam teraz – radości z przyjazdu, radości z bycia w Warszawie. Zawsze chcę być gdzie indziej niż jestem, dwa lata temu cieszyłem się perspektywą wyjazdu do Kopenhagi, a teraz najbardziej na świecie chciałbym opuścić Danię i nigdy tam nie wracać. Tak było zawsze i chyba zawsze będzie. Zdążam gdzie indziej, ku czemuś nowemu, a wspomnienia dobrych dni służą mi za kotwicę.

tydzień z głowy (246)

Posted on 16 czerwca 2013

Normalne życie

Zastanawiam się czasem, co by było, gdybym żył normalnie, gdybym wybrał normalne życie – albo raczej gdyby normalne życie wybrało mnie.

Wybór musiałby się dokonać gdzieś w końcówce liceum, ewentualnie jeszcze wcześniej. Na dobrą sprawę nie powinienem iść do ogólniaka, lecz do technikum. Miałbym tak zwany fach w rękach.

Jak sądzę, niektóre cechy charakteru pozostałyby niezmienione. Przypuszczam, że przy odrobinie szczęścia odniósłbym sukces w jakiejkolwiek innej dziedzinie, którą wybrałbym, mając na uwadze własne predyspozycje. Mniej więcej o to w życiu chodzi, o skorelowanie ze sobą dwóch potencji: potencji jednostki i potencji skrytej w świecie. Zdolność do łączenia ich i podtrzymywania nazywam wolą.

Mam trzydzieści sześć lat i zajmuję duże mieszkanie, w znacznej części już spłacone. Teraz, w niedzielę, o dziesiątej piętnaście rano nie zajmuję się pisaniem tego bloga (choć zapewne coś pisuję wieczorami), tylko próbuję ogarnąć rejwach wzbudzony przez potomstwo. Młodsze dziecko nieustannie domaga się uwagi, prosi mnie, bym oglądał naprędce wymyślane sztuczki i nadawał imiona zabawkom. Starsze tkwi przed telewizorem, ściska pad w dłoni. Z łazienki wychodzi żona (nie znam jej imienia, nie wiem, kim jest) i wspólnymi siłami nakręcamy ten dzień. Ja jestem znudzony, ona zmęczona. Zmęczenie i znudzenie strząsamy z siebie na niedzielnych zakupach, wypłukujemy w aquaparku (nie czuję się tam zbyt komfortowo, moja nagość mnie krępuje, źle czuję się bez ubrania), witamy je ponownie, opuszczając kino po seansie rodzinnym. Kraków jest kolorowy. Wedle dziewiątej przestajemy być rodzicami. Wypijamy butelkę wina do kolacji, oglądamy film i rozmawiamy o tym, co czeka nas jutro. A w poniedziałek dzieci do szkoły i przedszkola, i każde z nas pójdzie do pracy.

Takie życie zaspokaja potrzebę bezpieczeństwa (którą ma każdy człowiek) i potrzebę powtarzalności, którą przejawiam ja. Chcę, aby moje dni były podobne do siebie. Stałbym się osadzony, radośnie skrępowany i czerpałbym satysfakcję z tak zwanego dobrego życia, spoglądając na wszystkie niebieskie ptaszęta z czymś więcej niż odrobiną wyższości. Stałbym się też, jak sądzę, dość oszczędną osobą, zresztą co tu kryć, doskonale wyobrażam sobie normalnego siebie w normalnej codzienności. Poza jednym. Nie mam pojęcia, co zrobiłbym z ciemnością, w jaki sposób bym ją skanalizował. Pisanie – jeśli bym pisał – nie przynosiłoby takiej ulgi, jaką daje teraz, wypełniając mi dzień.

Przyjrzyjmy się temu raz jeszcze. W niedzielę, podczas spaceru w centrum handlowym, urywam się na piętnaście minut. Żonie tłumaczę, że o czymś zapomniałem, albo wymyślam coś mądrzejszego. Jestem doskonałym kłamcą. Kupuję dżinsy nastoletniej prostytutce. Lądujemy na tylnym siedzeniu wielkiego, rodzinnego samochodu. Wieczorem leżę w łóżku, w ciemności, i czekam, aż żonie wyrówna się oddech. Spomiędzy książek, zza biurka, z ubrań, z pudła na dokumenty wyjmuję butelkę (cały nasz dom to wielka kryjówka), pierwszą setkę wypijam duszkiem, drugą już spokojnie. Przed powrotem do łóżka jem jabłko i długo, długo myję zęby. Rano w łazience wciągam szybką kreskę i staję się człowiekiem, którego wszyscy kochają.

Historia przeglądarki w moim komputerze pełna jest świństw i rzeczy dziwacznych. Mam zdartą skórę na kłykciach. Bliscy uwierzyli, że otarłem się podczas squasha, ale prawda jest inna. Pobiłem mężczyznę, który mnie zaczepił, kiedy wracałem po czwartkowym spotkaniu z kolegami. Nie umiem się bić, lecz bezrozumna, dzika wściekłość daje mi przewagę nad niemal każdym. Dokonuję precyzyjnej, zakulisowej dekonstrukcji życia moich przyjaciół, żeby przypadkiem mnie nie przegonili, a następnie, już jawnie, wyciągam pomocną dłoń. W ten sposób zyskuję koronę dobrego człowieka. Robię też inne potworne rzeczy, których w tej chwili nie mogę sobie wyobrazić albo nie chcę przytoczyć.

Robiłbym te wszystkie złe rzeczy nie dlatego, że by mi się podobały, wątpię też, bym zdołał się jakoś przed sobą wytłumaczyć. Po prostu nie wiedziałbym, co ze mną się dzieje, nie rozumiałbym tego wszystkiego we mnie i na zewnątrz, próba przewidzenia kierunku życia napawałaby mnie lękiem. Czy robiłbym złe rzeczy, żeby uniknąć zrobienia gorszych? Ludzie często tak postępują.

Żyjąc normalnie, żyłbym życiem przeznaczonym dla kogoś innego. Tak jakbym włożył cudzego buta i spróbował iść. Albo się potknę, albo rozkrwawię sobie stopę, będę jednak szedł dalej. Tylko po co? Przyjęcie cudzego życia jest największym nieszczęściem, jakie może spotkać człowieka. Coś potwornie boli, lecz nie wiadomo co. Aby ból ustał, należy odrzucić całe cudze życie razem z kąpielą, czyli z ludźmi w nie uwikłanymi. W nowe życie wchodzimy przeklęci.

 Mamy kilka żyć, ale tylko jedną właściwą ścieżkę.

Byłem polskim Kingiem. Coś mi się zdaje, że w zasięgu jest polski Cohelo. Coleho. Cohleo. Jakoś tak.

tydzień z głowy (245)

Posted on 9 czerwca 2013

Najlepszy przyjaciel wszystkich

Całe życie, przyjacielu, oswajałeś ludzi, samemu bedąc nieoswojonym. Nieoswojenie pozwala oswoić, przynajmniej tę prawdę wbiłeś sobie do głowy i pojechałeś na niej dalej niż powinieneś. Nie widzisz siebie z zewnątrz i nie wiesz co robisz. Jesteś kochanym dziwadłem.

Szedłeś, stary, przez życie jak pogańskie bóstwo, właściwie leśny bożek o krótkich różkach. Na twoich stopach żyły mrówki. Nie wiedziałeś skąd przyszedłeś. Patrzyłeś na drzewa i dumałeś, durniu, które cię zrodziło. Każde drzewo jest inne. Wszystkie drzewa są takie same.

Zaczepiałeś podróżnych na rozstajach dróg, podchodziłeś pod okna karczm i często wpuszczano cię do środka i tak, mordo ty moja, zostałeś prawie człowiekiem. Rozmawiałeś z każdym i może, tego niestety już nie wiemy, każdego czytałeś jak książkę, każdy był ci przeźroczysty jak duch. Może jednak mówiłeś tylko to, co potrzebowali usłyszeć.

Poświęcałeś siebie, bo uważasz, że twoje własne życie nie ma żadnej wartości. Sądziłeś też, że drzewo cię zeżre, a potem wyda na nowo. Splatałeś dłonie niewidomym zakochanym i prowadziłeś wyprawę na smoka. Potem zrobiłeś sobie tron z pieńka, szyszkową koronę i cieszyłeś się towarzystwem.

W jakiś sposób nie interesowały cię grupy i brzydziłeś się tłumu, każdego głupca chwytałeś za serce i ciągnąłes do swojej jamy, gdzie pokazywałeś co i jak. Nic cię, bracie, ze światem nie wiązało, mieszkałeś w pożarach, więc miałeś na wszystko czas.

I wreszcie, stałeś się ważny dla innych. Stałeś się ważny dla każdego z osobna, czego nie przewidział twój rogaty łeb. Przyjąłeś to z wielką radością. Brali od ciebie to, czym wzgardzili inni, a ty mogłeś być bardziej – kosmaty, ze rozplecionym sznurkiem prącia, odurzony grzybem, brykający. Nie zabrakło ci jednak uczciwości. W tym znajdowałeś pocieszenie.

Nie przewidziałeś jednak, skończony idioto, że ty jesteś jeden, a ich jest wielu. Każdemu też stałeś się najlepszym przyjacielem, powiernikiem i bratem krwi. Miłość przyjaciela jest zaborcza jak każda miłość. A ty baranie siedzisz w dziupli i dziwisz się, że oswojeni domagają się ciebie. Nie chcą przebywać z tobą, chcą cię mieć i mają rację.

Tego jednego nie możesz dać żadnemu z nich. Tego jednego, czego każdy się domaga. Możesz mówić, błazenku o miękkich kopytach, że kochasz ich równo, tylko każdego w inny sposób. To już jest inność. Matki też różnie miłują swoje dzieci. Nawet matki są niesprawiedliwe, a ty to co? Nikt nie oczekuje sprawiedliwego traktowania.

Ale też nikt nie opracował wzorców zazdrości między przyjaciółmi, więc nie wiesz, w jaki sposób sobie z tym poradzić i może dlatego radzisz sobie tak bardzo źle. Przyjaciele to nie kochanki, mogą wiedzieć o sobie. Przezywają w ciszy swoje kwilu-kwik, nie okazują złości i nie wyrażają podziękowań. Przyjaciel, druch z którym zabiłeś smoka nie wyrazi swojej potrzeby bo nie wie jak to zrobić. Nie znaleziono słów dla takiej nieśmiałości, brakuje mapy i kodu, najlepszy przyjaciel każdego jest na ziemi niczyjej, za krańcem mapy – dlatego zabijasz smoki.

Każdemu jesteś najlepszym przyjacielem, ale już się nie zaprzyjaźniasz.

tydzień z głowy (244)

Posted on 2 czerwca 2013

Znałem faceta

Znałem faceta, który zrymował Biblię, wers w wers, myśl w myśl, bumtarara. Nie mam pojęcia, ile mu to zajęło. Człowiek ów posiadał biedną  knajpkę w centrum Krakowa, gdzie sprzedawał alkohol menelom pod zastaw telefonów komórkowych i magnetowidów. Wynajmował pokoje studentkom i  bardzo uważnie przetrząsał ich rzeczy. Potem szedł na zaplecze knajpy i rymował dalej.

Znałem faceta, który przed sześćdziesiątką doświadczył objawienia. Przychodziła do niego Matka Boska i baraszkowali sobie na planie astralnym. Facet ten pisał książki i prowadził wykłady w knajpach dla młodych satanistów. Twierdził, że Rasputin doprowadziłby w Rosji do rewolucji seksualnej, gdyby tylko pożył trochę dłużej. Sześćdziesięciolatek zarzekał się, że potrafi zrobić czterdzieści pompek na jednej ręce i organizował orgie, na które nikt nie przychodził.

Znałem faceta silnego jak tur, który potrafił wypić więcej, niż  widzi. Tracił przy tym kontakt ze światem. W toku noworocznej imprezy garniturowej rozebrał się do naga, zawiązał krawat na przyrodzeniu, skupiając w ten sposób uwagę reszty gości. Wzięty w półokrąg, niczym Tołstoj wyczekujący świtu, tłumaczył akolitom, że nie umieją się bawić, wytykał braki w kulturze i obyciu. Chłopak, który wynajmował pokój w tym mieszkaniu, wróciwszy z innej balangi, zapytał go: „Czy pan tu pracuje?”.

Znałem faceta, który uważał się za reinkarnację Jezusa Chrystusa i Heinricha Himmlera, albowiem obaj pochodzili z Atlantydy. Lato lubił spędzać, pływając w Odrze, między mostami Wrocławia. Z tego powodu jego muskularne ciało, prócz tatuaży, pokrywały czerwone plamy wielkości monet pięciozłotowych. Godzinami siedział w miejscach publicznych – na ławkach w parku, na schodach kamienic i tym podobnych – rozmyślając nad czymś nieodgadnionym. Twarz miał wówczas surową, oczy uniesione. Wysiłek umysłowy urozmaicał sobie rozbijaniem szyb w wiatach przystankowych własną głową.

Znałem faceta, który mieszkał w piwnicy, właściwie w kilku połączonych piwnicach, gdzie miał łóżko, komputery i mnóstwo płyt kompaktowych. Siku chodziło się na korytarz, potrzeba numer dwa stanowiła drażliwy temat. Mężczyzna ów utrzymywał, że zostało mu kilka miesięcy życia. Kiedyś z kolegą chcieliśmy wpuścić mu parkę szczurów do tej piwnicy, ale serca odmówiły nam posłuszeństwa.

Znałem faceta pisującego pornograficzne opowiadania poświęcone w dużej mierze nekrofilii. Wysoki, o pociągłej twarzy i z bordową marynarką narzuconą na patykowate ramiona, przypominał nieco Lovecrafta. Dzielił z nim również nieśmiały charakter. Ponieważ używał pseudonimu, zapytałem go ostrożnie, czemu nie ogłosi swoich arcydzieł pod własnym nazwiskiem. Odparł, skądinąd słusznie, że mogłoby mu to zniszczyć karierę zawodową. Wykonywał ważny i potrzebny zawód katechety.

Znałem faceta, który pracował na płotach w Stanach Zjednoczonych, amatorsko zajmując się wróżbiarstwem. Przewidywał kursy walut z układu gwiazd. Zawarliśmy nawet zakład, ale zdążyliśmy się pokłócić, nim nastąpiło rozstrzygnięcie. Chłop miał zdrowy cios od tego wbijania płotów. Nie mógł sypiać. Nocami włóczył się po korytarzu, od drzwi do drzwi, i zduszonym głosem przepowiadał gorzki koniec każdemu ze śpiących. Mówił, że miejsce, w którym żyjemy, strawi straszliwy ogień. Czasem płakał i krzyczał. Wyjechałem i nie wiem, co się z nim stało.

Nie wiem, co się stało z nimi wszystkimi, i nic mnie to nie obchodzi. Nie tęsknię, nie chcę się spotykać, nawet bić bym się nie chciał, bo stare zadry już dawno przestały być zadrami, a przyjaźnie się rozsypały. To dobrze, jedno z drugim. Ci faceci to kropla w morzu innych dziwnych facetów, o tych akurat już wolno mi napisać. Ktoś powiedziałby, że otacza mnie dziwność. To tylko częściowa prawda, bo dziwność otacza nas wszystkich. Warto przyglądać się kolegom, rodzinie, sąsiadowi. Zwykły człowiek skrywa w sobie szaleństwo i kosmos.

Newer Posts
Older Posts