tydzień z głowy (232)
Jak się puknąć?
Mogę puknąć się dłonią. To banalne rozwiązanie zawsze pozostaje w odwodzie, gdy inne, bardziej wyszukane sposoby zawiodły. Po prostu, rozprostowuję palce i walę się w czoło. Dłoń można ścisnąć w pięść, czyniąc w ten sposób puknięcie nieco bardziej intensywnym, czy nawet pociesznym. Dłoń (nawet zwinięta w pięść) nie posiada przesadnej siły i stąd mogę spędzać na pukaniu długie godziny, o czym marzyłem w młodości, choć nie wiedziałem, że tak to wygląda.
Mogę puknąć się ścianą, co może i brzmi egzotycznie, lecz jestem pewien, że każdy znający życie wie doskonale co mam na myśli. Istnieją dwa warianty tegoż puknięcia, puknięcie to skrywa w sobie alternatywę, jest puknięciem rozwidlonym. Model pierwszy, stosowany przez młodszych, którzy zachowali w sobie choćby kruszynkę nadziei wygląda następująco. Stoisz, bracie mój przed ścianą, odchylasz głowę i wykonujesz silny zamach jakbyś chciał własnym, durnym, nieszczęśliwym łbem wbić kolejny pal na Odrze. Model drugi, polecany bardziej doświadczonym zakłada wykorzystanie większej przestrzeni. Chodzi mianowicie o rozbieg ze średniego dystansu, wystarczająco długi by na brać prędkości i krótki na tyle, żeby się nie zmęczyć, słowem, lecisz przed siebie kolego sympatyczny, ściana rośnie gwałtownie, a ty pochylasz głowę dopiero tuż przed nią, co pozwoli uniknąć spowolnienia. Takie zdrowe pierdolnięcie zaraz przywraca świadomość klasową.
Mogę puknąć się blatem od biurka przy którym pracuję, co przynajmniej częściowo oddaje powód puknięcia. Blat jest pełen zalet i znów oferuje przynajmniej dwa warianty. Wersja siedząca jest tak prosta, że aż wstyd ją opisać. Oto odsuwam od siebie klawiaturę, przeganiam kota i wykonuję błyskawiczny ruch głową ku dołowi. Uch! To się nazywa klawe życie. Wersja druga zakłada konieczność przyjęcia postawy pionowej. Następnie, kochani przyjaciele, robicie tak: robicie niewielki rozbieg, wyskakujecie najwyżej jak się da, wykonując w locie rodzaj krótkiego skrętu z nachyleniem, tak, aby łeb grzmotnął o blat i to zdrowo. Gwarantuję, zęby zadzwonią głośniej niż dzwony po konklawe, a jeśli się wam poszczęści, blat trzaśnie, przydzwonicie szczęką o podłogę, a na was posypie się drobiazg zgromadzony na biurku, oferując w bonusie sekwencję puknięć mniejszych. W moim wypadku byłby to, między innymi, kot, monitor, ciężka figurka bogini Kali oraz duży, drewniany nosorożec.
Mogę puknąć się o grunt. Mowa, konkretnie, o skoku na łeb, co samo w sobie jest cudownym sformułowaniem. „Wiesz, że Kazek wczoraj skoczył na łeb?”, „Nic z tego nie będzie, idę skoczyć na łeb”, „Chyba skoczę na łeb” – w tych prostych zdaniach kryje się większa opowieść niż w niejednej książce. Skok na łeb różni się od zwyczajnego skoku jedynie skierowaniem głody ku dołowi i kusi swoją nieodwołalnością. Mogę wyhamować przed ścianą, w każdej chwili potrafię zatrzymać rozpędzoną dłoń, lecz fruwać nie potrafię, polecę to spadać będę i tylko wysokość zaświadczy o skali puknięcia.
Mogę puknąć się elektronicznym papierosem, wspomnianym już nosorożcem i butelką po dopijanym właśnie piwie, a gdybym tylko poszedł do pokoju, puknąłbym się padem do konsoli, właściwie padami, gdyż mam ich aż trzy. Jeden nie działa, zapewne od intensywnego popukiwania. Ale, w mojej skromnej opinii ustrojstwem wręcz stworzonym dla omawianej tu czynności jest kij do krykieta. Ze swoja wygodną rączką i szeroką częścią główną wydaje się być wystrugany z myślą o spotkaniu z czołem. Oto, co powinno nastąpić:
Siadam na krześle. Kij trzymam przed sobą mniej więcej na wysokości kolan. Jego koniec znajduje się tak blisko podłogi, jak jest to możliwe. Następnie, na wydechu wykonuję szybki ruch samym nadgarstkiem. Łokcie i barki zostają nieruchome. Ruch jest zwieńczony puknięciem. Czynność tę powtarzam tak długo, jak jestem zdolny do dzierżenia kija.
Czemu kij do krykieta a nie prostszy, bejsbolowy? Puknięcie się kijem bejsbolowym ma wiele zalet i gwarantuję wyprawę na słabo zbadane terytoria duszy, lecz bejsbol proszę państwa, to narzędzie plebsu. Arystokrata wali się po łbie kijem do krykieta. Nawet, jeśli jest tylko arystokratą ducha.
Rozumiem że wszystkie te warianty wypróbowaleś?
Odpowiedz
a mnie się to skojarzyło z bajką ‚ja ciebie nie rozumiem’.
Odpowiedz
Puknac sie najlepiej satysfakcjonujaco. A propos; co zrobic z odglosem pukania, jakby plastikowa butelka, m.in., ktory czasem slychac w mieszkaniu? Bo pytaja mnie, a ja nie wiem.
Odpowiedz