tydzień z głowy (234)

Posted on 31 marca 2013

Nienawiść bliźniego.

Wyobraźcie sobie człowieka, który nienawidzi ludzi. Idźcie na wspólny spacer. Zobaczcie, jak wymija innych w ostatniej chwili, jakby jeszcze sekundę wcześniej planował ich staranować. W labiryncie sklepowych korytarzy ledwo mieści się między półkami, jest bowiem dość dużym mężczyzną. Męczy się tam i sapie. Na drodze staje mu starsza kobieta i spokojnie wybiera marchewki. Chce dobre marchewki, a nie złe. W jego głowie siwe włosy nasiąkają krwią, staruszka pada, a on, stąpając nad nią, idzie dalej, przy kasie naciąga na twarz szeroki uśmiech i cierpliwie czeka. Dopiero na zewnątrz wciąga w płuca mroźne powietrze, a wraz z nim przychodzi wydech pełen ulgi.

Ten człowiek, gdy idzie pustą ulicą, gdy myśli, że nikt go nie widzi, gryzie swoje wargi, jakby chciał powstrzymać to, co w nim siedzi, przed wydostaniem się na zewnątrz. Dyszy, jadąc tramwajem, wierci się przez całą podróż pociągiem i wyobraża sobie ludzi padających bez życia wokół niego tak nagle, jakby zniecierpliwiony Bóg wyjął im dusze. Nasz człowiek nie wierzy w Boga, gdyż chyba nie wierzy w nic. Nocami okłada własny brzuch pięściami i siebie przeklina, bo prócz innych nienawidzi także siebie, jego nienawiść jest zresztą bardzo dziecinną nienawiścią. Jest małym chłopcem wkurwionym na świat. Jego współczucie i jego litość są również dziecinnym współczuciem i taką też litością.

Ci, którzy go znają, zdziwiliby się, poznawszy jego tajemnicę, i mogliby nawet w nią nie uwierzyć. Nasz człowiek w kontakcie z innymi bywa otwarty i serdeczny, a opinia o jego dobroci jest raczej powszechna. Potwierdza ją, pomagając innym, często własnym kosztem. Wzbudza zaufanie, skraca dystans, nowo poznani otwierają się przed nim w pubach i kawiarniach.

Nasz człowiek postępuje tak, gdyż wie, co w nim się rozszalało. Czasem zna prawdę o sobie, czasem ją tylko przeczuwa i wie, że musi zbudować wysoki, gruby mur – więzienie dla potwora. Uwolniony potwór zniszczyłby wszystko na swojej drodze, z sobą samym włącznie. To nastąpiłoby na samym końcu. Potwór nie odpoczywa ani nie je, tylko burzy domy i rozrywa gardła jak folię. Niczego innego nie chce ani nie potrzebuje. Pragnie zagłady wszystkiego i sam chce zniknąć. W nienawistnym szale jest groźny, ale i śmieszny. Nienawiść jest śmieszna. Nasz człowiek boi się śmieszności.

Jest, jaki jest, i postępuje tak, jak postępuje, ze strachu przed samotnością, śmiesznością i śmiercią. Można zapytać, czego boi się najbardziej. Tego jednak nie wie. Ma tylko jedno pocieszenie, wielkie pocieszenie.

Przeczuwa, że nie jest sam. Przypuszcza, że inni ludzie, którzy niosą pomoc bliskim i dalekim, odczuwają to samo co on. Mają swoje mury i uwięzionego potwora, czy może raczej są murem i potworem w środku. Dlatego ciąży ku dobrym ludziom – potrzebuje stada. Jednocześnie obawia się ich, gdyż wie, że mogą odsłonić się wspólnie i skoczyć ku sobie, na spotkanie wspólnej śmierci. Wówczas przynajmniej we własnych oczach nie będą śmieszni. I tak ciąży ku innym i ku samotności jednocześnie. Sprzeczność w nim nigdy nie zostanie rozwiązana, potwór nie uśnie, on nie zazna spokoju i inni też nie. Ten człowiek zastanawia się czasem, czy istnieją inni, prawdziwie dobrzy ludzie bez potwora za murem, chciałby wiedzieć, czy istnieje dobry człowiek, który nie chciałby zabić drugiego człowieka.

Odpłacają mu dobrem za dobro. Co wtedy może o nich myśleć?