tydzień z głowy (235)

Posted on 7 kwietnia 2013

Moje życie z kotem Borysem

Dobiegam trzydziestki i zajmuję obszerne mieszkanie na pierwszym piętrze oficyny w ścisłym centrum Krakowa. Przez kuchnię ciągnie się drewniany wspornik, z sufitu zwisają haki, tak że mógłbym powiesić się tam ze wszystkimi kolegami i miejsca starczyłoby jeszcze dla reprezentacji piłkarskiej naszego usportowionego kraju. Na podwórku leży kupa gnijących desek, gdzie cztery małe kotki mają swoje gniazdo. Powoli znajdują nowych właścicieli, zostają bodaj dwa, a do moich drzwi puka stara, postrzelona kociara, jedna z tych bab, które pół renty wydają na karmę i zimą wybijają szyby w piwnicznych oknach. Plecie coś, że szczur zagryzł jednego kotka i muszę uratować ostatniego. Nie mam pojęcia, czemu padło akurat na mnie, wyłuskuję jednak przestraszone zwierzątko spomiędzy drzazg i gdy idę z nim na górę, zaczynam podejrzewać, że żadnego szczura nie było i zwyczajnie dałem się wkręcić. Dobry uczynek na kłamstwie stoi, ale mały kotek nie może u mnie zostać, gdyż mam już dwa swoje. Kot Prezes syczy, za to kotka Kreska śmiertelnie boi się stworzenia trzykrotnie od niej mniejszego i kompletnie bezradnego.

Chwytam za telefon i dzwonię tak długo, aż kotek zyska nowy dom i imię, Borys. Trafia do mojej przyjaciółki – wkrótce zwiąże się ona z człowiekiem, którego mam za brata. Kot błyskawicznie zmienia się w ogromne, żwawe, choć dość przygłupie stworzenie, poruszające się w charakterystycznych podskokach, jakby miał sprężyny ukryte w usztywnionych łapach. Powoli zyskuje na łagodności i nabywa czegoś, co przy odrobinie dobrej woli można nazwać namiastką rozumu.

Pierwszy raz zostałem z kotem Borysem jakieś cztery lata temu. Ledwo otrzepałem się po rozpadzie mojego małżeństwa, zajmuję pogrzebową norę gdzieś na końcu miasta, więc perspektywa pomieszkania w centrum, choćby tylko przez dwa tygodnie, napawa mnie radością. Przyjaciele gdzieś wybyli, mam Borysa karmić, dopieszczać i wygrzebywać gówno z kuwety. Idzie mi świetnie, jeśli odjąć dopieszczanie, gdyż kot Borys pała do mnie tak gorącą miłością, że mieszka w szafie, którą opuszcza dopiero, kiedy wychodzę się szlajać. Próbuję jakoś uprząść nić przyjaźni, zaglądam do mrocznego królestwa kota Borysa, ale odpowiada mi tylko syczenie. W końcu przystaję na ten stan rzeczy. Nocami, w półśnie, słyszę, jak kot Borys opuszcza swoją ciemnicę i wędruje po meblach.

W środku tegorocznej zimy przyjaciele wybywają w hinduską dzicz, akurat jestem w Polsce i opieka nad kotem Borysem ponownie przypada mnie. Kot Borys już wie, że wolność to zrozumienie konieczności, kręci się wokół stołu, przy którym pracuję, domaga się żarcia, a nawet pieszczot. Niestety, wyjeżdżam, nim przyjaciele wrócą, i muszę przewieźć kota Borysa  do nowej opiekunki. Początek mam nawet niezły, chwytam ufnego Boryska i wpycham do klatki. Tu trzeba dopowiedzieć, że Borys jest bardzo dużym zwierzęciem, nie doceniam jego siły i sprytu, nieuważnie domykam kratkę i kot Borys wyrywa się na wolność, do tego wkurwiony, jakby bąk dziabnął go w hańbę po przyrodzeniu. Doskonale wie, co go czeka, dziesięciominutowe starcie przynosi jednoznaczne rozstrzygnięcie. Próbuję dodzwonić się do moich przyjaciół na innym kontynencie, chcę powiedzieć, że uwięzienie tego prychającego, drapiącego, gryzącego sukinsyna o rozmiarach żbika przerasta moje możliwości, skombinujcie sobie nowego lokatora, moi mili. Telefon jednak nie odpowiada.

No dobra, mówię sobie, albo ty, albo ja. W szafie znajduję skórzane rękawiczki, zakładam ramoneskę i uzbrojony w brak skrupułów ruszam do kontrataku. Walczymy. Pazur przebija rękawiczkę i rani mnie w okolice kciuka. Nigdy nie widziałem takiej wściekłości i chyba nigdy nie zobaczę, wreszcie jedną ręką podrywam łóżko, pod którym schronił się kot Borys, łapię za kark tego prychającego, rozjuszonego smoka i wpycham do klatki, tym razem skutecznie. Uwięziony, kot Borys natychmiast się uspokaja, jakby zbierał siły. Wiozę go do przemiłej, cichej dziewczyny, winduję uśmiech na twarz – po co ma, biedna, wiedzieć, kto tak naprawdę siedzi w tej klatce.

Zostałem z kotem Borysem po raz trzeci niedawno, w te święta. Kot Borys uznał szafę za stosunkowo mało atrakcyjną i po prostu mnie unika. Wchodzę na antresolę, gdzie leży moja walizka. Rozwalił się na niej kot Borys i syczy na mnie nienawistnie. Ani myśli zejść, ja boję się go strącić, więc przez cały dzień chodzę we wczorajszej bieliźnie, stopy mi śmierdzą od przepoconych skarpet. Kot Borys syczy za każdym razem, gdy pojawiam się w zasięgu jego wzroku, o co nie jest trudno – mieszkanie ma może dwadzieścia metrów, jeśli nie mniej. Gospodarze w końcu powracają, kot Borys robi się słodziutki i rozmruczany, już wstydzi się syczenia, zadowalając się ostentacyjnym okazywaniem mi niechęci.

Wyciągnąłem go z gniazda pełnego drzazg, gdzie czekała go śmierć. Znalazłem dom z kochającym państwem. Przewiozłem do dziewczyny, dzięki której nie był sam, nie głodował. A on mnie nienawidzi przez tę pieprzoną klatkę, a może nawet nie przez nią, gdyż chyba nienawidził mnie już wcześniej.

Kot Borys, czyli życie.