tydzień z głowy (237)

Posted on 21 kwietnia 2013

Polska leży nad możem Bałtyckim

Jak, bracie mój, skończysz studia, to może znajdziesz robotę. Twoja kobieta, być może, również znajdzie robotę, wówczas może wam zapłacą i może zdołacie się utrzymać. Może litościwy bank da wam kredyt na mieszkanie. Może go spłacicie i może ocalicie dom. Jeśli zrobicie dziecko, kraj da wam gówno, to akurat pewne jak amen i trumna, ale może załapiecie się na miejsce w żłobku i przedszkolu, może nawet zdarzy się szkoła, a wy, być może, będziecie mieli na podręczniki i obiadek z cateringu. Może wam nawet tego dziecka nie odbiorą.

Idziesz, kolego sympatyczny, na pocztę. Na poczcie może będą mieli koperty albo nie będą mieli tych kopert. Przesyłka może nawet dojdzie pod wskazany adres, choć może zabierze ją sobie listonosz, który przecież też nie ma lekko i próbuje przeżyć. Czekasz na peronie, pociąg może przyjedzie o czasie, może spóźniony, może nawet zawiezie cię tam, gdzie chcesz, kumplu mój, a może zmieni się w autobus. W urzędzie może załatwią twoją sprawę. W szpitalu może cię przyjmą i może nie umrzesz. Może twoje dziecko nie umrze. Mięso w dyskoncie może okaże się mięsem, ser serem, a srajtaśma, być może, będzie uczyniona z papieru. Może będzie droga na Olkusz. Może nie.

Może kiedyś, wracając do domu po trzech żywcach, na które masz osobny budżet, natkniesz się na mnie i mi się nie spodobasz, może będzie to akurat ten jedyny dzień, kiedy coś we mnie pęknie i straszliwie ci wpierdolę, tak bez powodu, złe miejsce, zły czas, zły pisarz w okropnym zaułku. Więc słuchaj dalej, będę cię lał, może przyjedzie policja, może ktoś zadzwoni po karetkę, może doczołgasz się po pomoc o własnych siłach. A ja, być może, wywinę się z całej sytuacji, choćby zgarnięto mnie w chwili, gdy skaczę ci po gardle, miły kolego, może zdołam się z tego wyłgać, bo jestem w miarę znany, mam forsę, możliwości i doskonale wiem, w którym akurat kościele mieszka sobie Bóg. Może potraktują mnie łagodnie. Łagodniej niż ja ciebie – to jedno akurat jest pewne.

To nie jest niczyja wina. Może Bałtyckie po prostu jest, tak jak Wisła i Tatry. Zawsze było – być może. Wyobraźcie sobie ścianę wody wysoką jak dom, w którym mieszkamy my wszyscy, przyjrzyjcie się. Gówno, szczochy, plwociny. Wszystko jest tutaj na może, cały kraj poklejony butaprenem czy może raczej guma arabską, posklejany z kawałków pięknej historii, chciwości sąsiada, naszej własnej małości, jakiegoś potwornego, niczym nieuzasadnionego kompleksu, zapchany watą i słabnącym sercem. Pływamy sobie, mój przyjacielu, i ja także sobie pływam, choć jestem daleko stąd.

Może nie powinienem pisać tego tekstu. Może to durny tekst jest, nietrafiony, ordynarny i może kogoś obraża, a już na pewno jest tekstem niepełnym, gdyż teraz w tym miejscu powinienem wyłożyć jakąś receptę na osuszenie moża Bałtyckiego, na zmianę potencjalności w pewność, moża w siur (sure). Tylko że nie wiem. Wychodziłem z siebie, żeby coś wymyślić, i nie mam pojęcia, co powinno się tu zrobić. Jest jeszcze gorzej. Wyobrażam sobie, że jestem władcą świata, mam nieograniczone środki finansowe i mogę każdego człowieka zmusić do czegokolwiek – dalej nic nie przychodzi mi do głowy, bo nawet prezydent Obama nie zamieni Zatoki Meksykańskiej w Apallachy.

To zrobi tylko czas. Za tysiące lat może nie będzie już moża Bałtyckiego, tylko coś zupełnie innego, na co nie znamy nawet nazwy. Kłopot w tym, mój przyjacielu, że czego jak czego, ale my już czasu nie mamy. Nasze dzieci, obawiam się, również nie.