Tydzień z głowy (309)

Posted on 24 sierpnia 2014

Panie Łukaszu, czy można żyć z pisania?

capote_Truman_wine_1955_565x324

Oczywiście, że tak. Chętnie opowiem, jak to wygląda.

Otrzymuję zaproszenie na festiwal literacki w Edynburgu. Na lotnisko przybywam kilka godzin wcześniej, żeby złapać trochę snu na krzesłach w poczekalni. Klienci pobliskich restauracji często zostawiają resztki, co rozwiązuje problem śniadania. Na pokładzie oferują kanapkę. Niekiedy obsługa mnie rozpoznaje i mogę otrzymać dodatkowy kieliszek wina. Do Edynburga lecieliśmy przez Niemcy, z przesiadką, co daje dwie kanapki i cztery kieliszki wina. Taki posiłek pozwolił przetrwać długie godziny dzielące mnie od wieczornego cateringu.

Taki Edynburg to moje żniwa, ale wyjazdy po Polsce również się liczą, zwłaszcza odkąd w Polskim Busie zamiast bułki dają drożdżówkę z dżemem, pożywną i dużo smaczniejszą niż batonik oferowany w Intercity. Ważną rolę odgrywają obiady, na jakie zapraszają mnie ci, którzy pragną poznać pisarza i z nim porozmawiać. Niekiedy życzliwi kelnerzy pakują mi część jedzenia na później, do domu.

Odkąd zlikwidowano domy pracy twórczej, problem dachu nad głową trochę się skomplikował. Tego lata raczej nie pada, więc w miarę się wysypiam. Straż miejska reaguje na mnie życzliwie, gdyż czyta, cieszę się również wsparciem kioskarek, ulicznych bukinistów oraz parafii posiadających biblioteki. Zimę również da się znieść, zresztą na dworcach nie wieje aż tak, jak mówią.

Wizerunek jest dla pisarza bardzo ważny. Muszę odpowiednio się ubierać. To zadanie najchętniej powierzam kobietom. Dopowiedzmy na marginesie: właściwa partnerka stanowi klucz do sukcesu w świecie literatury. Osobiście zawiązuję relacje z dziewczętami uchodzącymi raczej za tęgie, dzięki czemu mogę donaszać ich ubrania. Mój syn szybko rośnie, więc niebawem będę mógł liczyć także na jego pomoc w tym zakresie.

Ludzie przestawili się na e-papierosy i o dymka jest trudniej. Nadrabiam znajomością terenu i bezbłędną lokalizacją śmietników. Wiem też, gdzie kelnerzy wyrzucają popielniczki. Cni mi się jeno za powszechnością spluwaczek.

Tylko strawa duchowa gra jakby mniej. Filmów i seriali raczej nie oglądam, odkąd aresztowano ostatniego telepajęczarza, montując przy okazji nowe kłódki na rozdzielnikach energii. Koledzy po piórze egzemplarze gratisowe swoich książek natychmiast kierują na rynek wtórny, co jest w pełni zrozumiałe. Każdy musi zarobić swój malanowski grosz. Czytam więc szyldy, recepty, mandaty i tatuaże na pięściach zmierzających w moim kierunku.

Na swój sukces pracowałem kilkanaście lat, panie redaktorze. Obawiam się, że młodzi nie będą już mieli tak łatwo.