Tydzień z głowy (312)

Dwanaście dni na Mokotowie

WP_20140914_001

Na siłowni chamów niewielu. Byczki zdradzają raczej ambicje kulturystyczne i chyba nie stoją na bramce w disco „Meloman” na dalekiej Pradze. Samo miejsce to ponura hala na stal wielkim wysiłkiem przerobiona na coś w rodzaju imitacji fitness clubu. Fitness wyraża się w ładnych dziewczynach na recepcji. Sprzętu jest sporo, tylko bramka słabo obciążona, brakuje też suwnicy skośnej na nogi. Trudno mi zrozumieć dlaczego nie zakupiono tak podstawowego urządzenia. Ot, bolączki dojrzewającego mężczyzny na szarym ogonie pierwszego świata.

W sklepie na dole pracują panie w średnim wieku. Mają niezadbane włosy i twarze pełne kantów. W uszach kołyszą im się kolczyki z ruskiego złota, na spracowanych dłoniach błyszczą obrączki i pierścienie. Wskazują mi gdzie co jest – worki na śmieci, mąka, sól, czerwona papryka – ze znudzoną życzliwością. Powietrze ma tu kolor burzy piaskowej zastygłej na zdjęciu. W tej jasnobrązowej przestrzeni poruszają się staruszkowie i staruszki w źle wyprasowanych koszulach. Każdy produkt oglądają przed zakupem bardzo starannie. Sprawdzają datę ważności. W szarości mokotowskiego świtu rycerz stary rycerz codzienności zamawia najtańszą setkę i piwo puszkowe Mocny Kumpel.

Goście przywożą koty. Aklimatyzacja zajmuje Prezesowi i Kresce może pięć minut. Zaraz siedzą, mruczą i odpływają w spokojny sen. Oto i dowód, że przywiązane są nie do miejsca, lecz człowieka. Ponieważ moje mieszkanie jest bardzo małe, dmucham materac dla dostarczycieli. Pragnę uszanować życzenie aby był tak twardy jak tylko to możliwe. W konsekwencji, pęka jakiś szew, pojawia się wybrzuszenie i materac przypomina teraz namiot. Nie da się spuścić powietrza. W ruch idzie nóż. Dziurawienie materaca sprawia mi nieporównywalnie większą radość niż noc spędzona na podłodze.

Publicystykę pisuję w domu, a powieść w kawiarni. Gra muzyczna. Wieczorami oglądam filmy, czytam ksiażki i gram na konsoli, niekoniecznie w takiej kolejności. W piątek wpada przyjaciel na flaszkę, ciśniemy w Tekkena, lecz wynik starcia pozostaje nierozstrzygnięty, a nawet nieznany. Na placu Zbawiciela kłębią się skurwysyny, a i my niewiele lepsi. Powrót do domu trwa długo, nogi się plączą, grzebiąc przy kluczach orientuję się, że po raz pierwszy wracam na bani do nowego domu.

W sobotnie południe melduję się na rogu by w czynie społecznym przygotować teren pod nowy ogródek. Wraz ze mną zbiera się kilkunastu lokalsów najróżniejszej proweniencji. Pobliska kawiarnia dostarcza wodę, wegetariańską zupę i napoje energetyczne, a ja usiłuję spulchnić ziemię przemieszaną z cegłą, kamieniem, żwirem i kawałkami szkła. Leje się ze mnie. Szpachel ledwo przebija się przez twardy grunt. Obok wbijają paliki, dzieci machają plastykowymi łopatkami i czuwają przy sadzonkach. Po paru godzinach okazuje się, że ludzi jest więcej niż roboty i wracam do domu. Po raz pierwszy w życiu zrobiłem coś dla lokalnej społeczności. Okazuje się, że łopata działa na głowę, serce i duszę lepiej niż wóda, czy, przypuszczalnie, terapeuta.