Tydzień z głowy (314)

Wczesna jesień jest jak sen

lucid-dreaming-mirror

Tak mam od zawsze. Idę przez miasto i mam wrażenie, że wszystko mi się śni. Tak jest tylko wczesną jesienią. Warszawa będzie naprawdę już od listopada.

Pamiętam autobusy pochlastane deszczem, gdzieś na Francuskiej, wiele lat temu. Reflektory zabłądziły w wodzie, a ja gdzieś szedłem, nie umiem już powiedzieć skąd i dokąd, ale wtedy to wiedziałem, teraz już nie wiem. Na jawie śniły się świeżo pootwierane restauracje, zaimprowizowane budy z warzywami i nastroszone kołnierze przechodniów.

Śnią mi się Ruskie na Placu Defilad, w Złotych Tarasach i piwnicach dworca, całe stada witalnych Ruskich żrących pizzę zapitą browarem. Śnią mi się Ruskie płci pięknej w intensywnie fioletowych sweterkach – dziewczyny przebrane za Adwent ze sztucznymi paznokciami, śnią mi się ich towarzysze z trzydniowym zarostem. Siedzą razem stolik ode mnie, próbuję pisać, a ich żywiołowa mowa sprawia, że palce szybciej biegają po klawiaturze. Idę i znów Ruskie. Przysiadam i Ruskie ponownie, cała Warszawa jest pełna Ruskich, a ja nie wiem, czy pojawili się wczoraj, czy byli zawsze, tylko ja tego nie widziałem.

Śnią mi się młodzi stłoczeni na placu Zbawiciela i na tyłach Novotelu. Piękni młodzi. Wykończeni młodzi. Młodzi z pomysłem na siebie, a pomysł ten doczekał się natychmiastowego wykończenia. W prawdziwym życiu młodzi byli w cudowny sposób nieudani. Szukali pomysłu na siebie. Ale w moim śnie są gotowi jak z fabryki, ometkowani i kompletni. Gdy się popsują – tak jak psułem się ja albo moi przyjaciele – nie zdołają się naprawić. Będą do wyrzucenia.

Śni mi się szalone małżeństwo ze sklepu zoologicznego, śni mi się smród tego miejsca w podworcu, za zielonymi drzwiami. Śni mi się facet jak stary Aramis i jego korpulentna żona, śnią mi się zwały karm i żwirków, a nade wszystko śni mi się źródło tej odrażającej woni, czyli stara fretka w zanieczyszczonej klatce przy drzwiach. Jej żywiołowość jest żywiołowością nocnej mary, rwie mi się do palców i chce kąsać. Ukąszenie fretki nie boli, bo zęby ma ze snu.

Śnią mi się handlarze warzywami na Mokotowie, ich budy i samochody, z których sprzedają ziemniaki i słoneczniki. Wygląda na to, że handlarze warzywami śnią mi się często. Śnią mi się psy i pijacy przechodzący pod moim oknem. Śnią mi się kobiety ze sklepu na dole, jak kroją mi mięso i wybierają połówki kurczaka. Śni mi się butelka whisky w kuble z lodem i mój przyjaciel, z którym lejemy się po pyskach dla czystej zabawy.

Niedługo wczesna jesień przejdzie w jesień dojrzałą, a ja przetoczę się ze snu na jawę, łagodnie, jak kot podążający za ciepłą plamą słońca.