Tydzień z głowy (317)
O czym możemy pisać, gdy nie możemy o czymś pisać?
O ludziach, którzy nie istnieją, o łączących ich istniejących wydarzeniach.
O ludziach, którzy nie istnieją, o łączących ich nieistniejących wydarzeniach, aby każdy cep wypatrzył, co zostało pominięte, o czym pisać nie chcemy.
O ludziach, którzy istnieją, przydając im nowe wydarzenia, a także maski, imiona, biograficzne akcydensy, furę pudru, tapiru, blizn i szminy, naiwnie sądząc, że nie rozpoznają siebie sami, że nie zostaną rozpoznani.
O tym, co zamroziło się w przeszłości. O ukochanej dziewczynie z liceum, która zdążyła się zmienić w pancerną lochę otoczoną stadem ogłupiałych warchlaków. O piciu jaboli w bramach, o kolegach z wojska, o pierwszym razie, pierwszej komunii, pierwszym wpierdolu, jakby rzeczywiście to, co pierwsze, było w jakikolwiek sposób lepsze i ważniejsze od drugiego i dziesiątego.
O światach nieistniejących. O lochach, horrorach i potworach, o Camelotach z Saturna i cybernetycznych krogulcach, o wytworach socjotechniki przyszłości skomplikowanych jak zwoje mózgowe Stanisława Lema, o wojnie chuja kwadrata z chujem sześciokątem toczonej w imię geometrycznego tronu, o alternatywnych ścieżkach dziejów, z których wynika czarno na białym, że każde życie jest lepsze niż nasze.
O rzeczach drobnych, o małych przyjemnościach. O suto zastawionej kolacji z dokładnym wyliczeniem bukietu smaku każdej przystawki i każdego pucharu, z obowiązkowym ocieraniem czytelniczego noska o talerz wędlin z szesnastoma rodzajami majonezu. O zapachu merlota, o pieprzykach na jej ramieniu dających się przyrównać tylko do bilardowej kuli, o kłosach czochrających wnętrza dłoni, o jeździe kabrioletem w umiarkowanie deszczowy maj, o spince do krawata i masie perłowej wlanej w obręcz z najszczerszego złota, jakbyśmy zapomnieli, że tych pierdół nigdy nie zbierze się tyle, by zapchać dziurę wyjącą po tym, co nie zostało wypowiedziane.
O dzieciach. O dzieciach, bo każdy był kiedyś dzieckiem i na pewno zrozumie wszystko, cośmy tam, w tych książkach, naknocili. O dzieciach, bo ich świat jest prosty, pełen nierzeczywistych lęków i niewysłowionej radości, i można go kroić w akapity grubymi płatami, tak jak pijany rzeźnik rąbie kolejnego tucznika na poprawiny. O dzieciach, które są piękniejsze niż dorośli, uczciwsze niż dorośli i mają wielkie, gorące serca, jak na przykład Heliogabal. O dzieciach, bo ich krzywda jest nieodmiennie tak straszna, że przysłania wszelkie inne straszliwości tej przepięknej planety.
O Bogu i o jebaniu, bo o tych dwóch sprawach można napisać wszystko, co tylko przyjdzie do głowy.
Innej puenty nie będzie.