tydzień z głowy (351)
Kiedyś
Kiedyś leżałem w żywopłocie.
Kiedyś chodziłem w płaszczyku trzy czwarte, czapce uszatce i zielonym swetrze wojskowym. Miałem też kremowe szturmówki, koszulę w czarno-fioletową kratę, martensy i skórzaną marynarkę.
Kiedyś uważałem, że Stephen King i Jerzy Pilch są wielkimi pisarzami. Chciałem też być Piotrem Siemionem. Ta szczególna potrzeba zrodziła się po lekturze „Niskich łąk” i „Fausta” w tłumaczeniu Piotra Siemiona. Przypuszczam, że byłem jedynym człowiekiem na świecie, który chciał być Piotrem Siemionem, wliczając w to Piotra Siemiona.
Kiedyś słuchałem Cradle of Filth i Dimmu Borgir. Byłem nawet na koncercie tej drugiej grupy. Zastanawiałem się, czy mogę słuchać Massive Attack i Niemena, bo przecież słucham metalu. Zrodziła się we mnie obawa, że panowie z Dimmu Borgir dowiedzą się o tym Niemenie i poczują się zdradzeni.
Kiedyś marzyłem, by zarabiać trzy tysiące złotych i mieć drugie tyle na koncie. Mając dziewiętnaście lat, postanowiłem zaszaleć i przepiłem w knajpie stówkę. Całą stówkę, rozumiecie? Oczywiście z kumplem do spółki.
Kiedyś marzyłem o wielkiej miłości, takiej, która wybucha w człowieku jak bomba atomowa, a potem pcha falę uderzeniową na świat cały, czyli życie. Chciałem kochać się na trawie pod lipcowym słońcem, pić półwytrawną kadarkę sobie z dziubków, a potem zestarzeć się wspólnie i karmić gołębie. Jednocześnie chciałem umrzeć młodo.
Kiedyś bardzo chciałem mieć kolegów. Chociaż paru i jakichkolwiek, a nie siedzieć tylko w domu z nosem w książce. Wyobrażałem sobie nawet, że mam kolegów. Słuchałem o przygodach tych ludzi, którzy mieli kolegów, i opowiadałem je jako swoje.
Kiedyś bardzo chciałem przybrać na masie mięśniowej tak, bym ważył całe siedemdziesiąt kilo. Marzyłem o tym, by zrobić pełną serię sztangą ważącą sześćdziesiąt kilo, na ławeczce prostej. Kiedyś sepleniłem i miałem zęby dwa razy bardziej krzywe niż obecnie.
Jestem innym człowiekiem niż ćwierć wieku temu. Innym niż dwa lata temu. Zupełnie. Mam odmienne marzenia, cele i ambicje. Żadna komórka mojego ciała nie jest starsza niż siedem lat. Co zostało niezmiennym?
Znów leżę w żywopłocie, ot co.
Trafiłem na tego bloga po przeczytaniu kilku Pana felietonów na Bandzie.
Uczciwie przyznaję, że niektóre wpisy są przeciętne, jednak niektóre walą po twarzy precyzyjnie i bezczelnie jak obrażona kochanka. Obawiam się, że może Pan kiedyś źle skończyć, ale trzymam kciuki za nawigację. Bo zawsze to jest kwestia obrania kursu i nie wypadnięcie poza określone horyzonty. Od euforii po długie, powolne spoglądanie w beton. Najgorsze są niedziele. Mam podobne jazdy, niektóre Pana wpisy mógłbym pewnie znaleźć na własnym pulpicie, przebudziwszy się po jakiejś długiej, pijanej nocy. Choć akurat podczas ostrego picia nie piszę niczego poważnego, bo jakiś szacunek do pisania trzeba jednak mieć.
Kiedyś miałem jak Pan.
Choć własne…
Odpowiedz