tydzień z głowy (382)

Posted on 10 stycznia 2016

Oczy Lemmy’ego Kilmistera

Last-Picture-of-Lenny

Gdy umarł, okazało się, że wszyscy go kochali, a przynajmniej darzyli szacunkiem.

Nihiliści, sataniści, chrześcijanie, głusi, głupi, mądrzy, wielbiciele ciężkiej muzyki i jej nieprzyjaciele. Takiej zgodności uczuć nie było od czasu, kiedy zgasł papież. Lemmy żył życiem prawdziwym i zgasł, gdy prawdziwe życie musiało się skończyć.

Przez moment myślałem, że popełnił samobójstwo. Zmarł przecież tak niespodziewanie, zaraz po hucznych siedemdziesiątych urodzinach. Znajoma podsunęła mądrzejszą koncepcję. Życie Lemmy’ego było wielkim aktem woli, jej jedynym prawem. Żył podług woli, że tak powiem. I wola zdecydowała, że już koniec tego dobrego. Lemmy (coś w Lemmym) zdecydował, że już pora. Położył się więc i umarł. Jego życie, powiadają, godne jest zazdrości. Taka śmierć, moim zdaniem, również.

Oglądam ostatni wywiad, jakiego udzielił. Lemmy mówi coś o zamachach w Europie, mówi banalnie i rozsądnie. Dziwne, że o to go zapytali. Powinien prawić o dziewuchach.

Spoglądam w jego oczy. To ocean smutku. Brakuje słów, żeby je opisać. Twarz mu schudła, jakby wsiąkła, więc wydają się ogromne, te oczy. Widzę w nich rozpacz, ale i zdziwienie faktem, że ta chwila wreszcie nadeszła.

Powinien umrzeć czterdzieści lat temu. Powinien żyć wiecznie. Oba zdania okazały się nieprawdziwe.

Uważam, że Lemmy żył życiem najmądrzejszym z możliwych. Może to dziwnie zabrzmieć, ale naprawdę tak sądzę. Kochał. Był kochany. Miał tysiące kobiet. Wypił morze whisky, balował jak król i tworzył znakomitą muzykę. Przed siedemdziesiątką na koncertach dawał więcej czadu niż zespoły o pół wieku młodsze. Nigdy nie dał dupy.

No i co z tego, jak są te oczy. Jeśli mądre, bogate, twórcze życie, długie, życie najlepsze z możliwych od nich nie ratuje, to nic nie uratuje.

Czemu pan pisze smutne książki, panie Łukaszu? Macie odpowiedź.