Tydzień z głowy (385)
Egzekucja
Skreśliłem ważny pomysł w powstającej książce, w „Exodusie”. Pomysł dotyczył narracji. Dotyczył dość skomplikowanej, ale i efektownej metody przedstawienia czytelnikowi całej tej opowieści.
Byłem do niego naprawdę przywiązany, do tego pomysłu. Dość powiedzieć, że poświęciłem jakieś dwa, może trzy tygodnie na przygotowania. Wiedziałem, jak to zrobić. Czułem, że potrafię. Czułem też, że coś tu się nie zgadza.
Dziś, na śniadaniu z przyjaciółmi, rozmawialiśmy o książkach. Przyjaciel mówił mi o swojej, skończonej mniej więcej w połowie (właśnie kwestii „mniej więcej” poświęciliśmy dużą część tej rozmowy). Powiedziałem w pewnej chwili, że rozważam zrezygnowanie z takiej a nie innej narracji w „Exodusie”. W chwili, gdy wypowiadałem te słowa, wiedziałem już, że o żadnym rozważaniu nie ma mowy. Zabiłem pomysł. Łeb pomysłu podskakuje właśnie po stopniach szafotu. Adios amigo! Niech ci ziemia lekką będzie!
Zabiłem go, choć był dobry. Więcej, był jednym z najlepszych pomysłów, jakie przyszły mi do głowy w toku tak zwanej kariery twórczej. Piekielnie trudny w realizacji i przez to satysfakcjonujący. Mam też przeczucie, że gdybym wykonał go prawidłowo, krytycy literaccy w Polsce narobiliby w pampersy. Napisaliby, że Orbitowski nie zawiódł nadziei.
Ale nie. Nie będzie. Choć żałuję. Choć bardzo boję się konsekwencji mojego czynu. Musiałem go zabić, ten dobry pomysł, gdyż wiem już, co stanowi siłę moich książek, a co nie. Jestem całkiem niezłym stylistą, ale nie wyżywam się w języku. Staram się po prostu nadać odpowiednie rzeczy słowo. Dbam też, by było to możliwie mało słów. Umiem zbudować poprawną, wciągającą fabułę, lecz żaden ze mnie John Grisham. Moi bohaterowie są typowymi ludźmi, jakich można spotkać na ulicy. Nie tworzę Willemanów ani Raskolnikowów.
Siłą moich książek jest szczerość i jej oczywista konsekwencja – prostota. Jak cios w ryj albo dymanie na sianie. Dlatego na etapie koncepcyjnym dojść musi do rzezi pomysłów lub, jak w tym wypadku, egzekucji. Serce zawsze boli, bo to dobre pomysły (złymi nie zawracałbym sobie przecież głowy) i zdążyłem się do nich przyzwyczaić. Muszą umrzeć, żeby żyła książka.
Wiem też, co będzie za niecały rok, kiedy „Exodus” (mam nadzieję) zostanie już skończony. Uznam, że książka jest pusta, płytka i załamię się dokumentnie.
Każdy ma swoją Mysery…nawet jeśli ma nasze linie papilarne..
https://media.giphy.com/media/fXDGt9k1iDYAg/giphy.gif
Z drugiej strony, uniosłeś masywną maszynę do pisania do wyprostu łokci, a ten ciężar przebija możliwość naładowania sztangi.
Odpowiedz
Ups korekta – nie kawa miała być…a TO:
http://static.fjcdn.com/gifs/Writers+block_fed465_5042647.gif
Odpowiedz
Fajnie masz ze mozesz sobie jesc sniadanie z przyjaciolmi…i jeszcze o ksiazkach mozecie pogadac,tylko pozazdroscic…
Odpowiedz
A dymanie czy to na sianie czy na czymkolwiek innym wcale nie jest takie proste…
Odpowiedz