Tydzień z głowy (388)
Mój komputer
Kupiłem go jakieś dwa lata temu w Złotych Tarasach. Kierowałem się głównie wagą. Moja toshiba waży kilogram z niewielkim naddatkiem. Wtedy jeszcze mieszkałem w Kopenhadze. Bez przerwy byłem w ruchu. Powrót do Polski nie zmienił intensywności przemieszczania się. Najłatwiej zobaczyć mnie z torbą. Taka sytuacja skłania do eliminowania każdego dekagrama. Kawał chłopa ze mnie, unikam jednak podróżniczego heroizmu.
Po dwóch latach mój komputer ma ekran porysowany w kilku miejscach. Przez środek ekranu idzie szrama szeroka na pół centymetra i długa na dziesięć. Pocieszam się faktem, że widać ją tylko wtedy, gdy ekran jest zgaszony.
Prócz tego klawisz z literką „e” wypadł i zaginął. Lewy róg obok ekranu jest obtłuczony. Lewy przy klawiaturze wygląda jeszcze gorzej. Co gorsza, backspace niebezpiecznie się chwieje. Pisząc te słowa, uważam nad każdym, żeby nie musieć niczego kasować. Na klapce krzyżują się rozliczne rysy.
Pomimo tych uszkodzeń komputer służy mi doskonale. Zepsuł się tylko dwukrotnie. Za każdym razem chodziło o wiatraczek. Kiedyś miałem specjalny pokrowiec, ale już zginął. Gdy wyjeżdżam, pakuję komputer w koszulkę. To dobre rozwiązanie, bo jej kawałek mogę wsadzić pomiędzy ekran i klawiaturę. Może dzięki temu zniszczy się mniej?
W kawiarniach obserwuję ludzi z komputerami, które wyglądają jak nowe. Przyszło mi nawet do głowy, że może powinienem już kupić sobie jakiś inny. To frajda mieć lepszy komputer. Znalazłem nawet taki, który dobrze by mi służył. Ale nie. Będę pisał dalej na starym. Bardzo go lubię. Wymienię, gdy przestanie działać, nie wcześniej.
Komputer to moje narzędzie pracy. A najlepsze narzędzia są wysłużone. Przypominam sobie stół mojego ojca, na którym ciął kartony i listwy potrzebne do zrobienia obrazów. Blat jest dziurawy, jakby ktoś go dłutem dziabał, poplamiony klejem i farbami. Ciągle ma się dobrze, ten stół. Czasem przy nim siadam.
Weźmy narzędzia w rodzaju młotka czy śrubokrętu. W naszym warsztacie, w Bostonie, mieliśmy tego całe skrzynie. Szybko się zorientowałem, że należy brać te posklejane, wygięte i poplamione. Lepiej służyły. Wysłużona rączka lepiej leży w dłoni. Z komputerami też tak jest.
Zresztą powieść i tak piszę w zeszycie.
Serio? W zeszycie? Super
Odpowiedz
Z komputerami bywa podobnie, ale niekoniecznie. Mój poprzedni służył 8 lat. Za nic nie chciał się zepsuć, ale nie dawał też normalnie pracować. Włączał się długo, wyłączał się wcale nie krócej. Wykonanie paru prostych czynności na raz dodatkowo go spowalniało (choć nie wieszało). Ale najgorszy był ciągły szum dobywający się z jego bebechów.
Był pięknie porysowany, taki z duszą. Ale nie, – nie miało sensu czekać aż padnie. W pewnym momencie trzeba go była poddać elektronicznej eutanazji i z pewnością była to dobra decyzja.
Odpowiedz
Słabe. Jeden wniosek acz trafny. Gdzie emocje, gdzie słowa budujące obraz. Czekamy.
Odpowiedz
Zabawnie się czyta o wysłużonym komputerze z jedną rysą kiedy samemu korzystało się min. z takiego co się włączał 15 minut i miał trwale usunięte 2 przyciski co owocowało generowaniem tych literek w nadmiarze podczas pisania
Dobre manitou to podstawa, ja osobiście bardzo przywiązuję się do rzeczy, szczególnie tych co sobie sama wypracowałam (te, które dostałam też budzą sentyment, ale nie ma w nich tej duszy ).
Niestety ten mój stary grat w końcu musiał kiedyś przejść na wieczną emeryturę, a szkoda bo z nowym komputerem już nie rozmawia się tak dobrze 😉
Odpowiedz