Tydzień z głowy (399)

Posted on 8 maja 2016

Sen o dobrym Aleksandrze

śniłem w Krakowie, w kwietniu 2016 roku

Mosaic of Alexander the Great

Jestem na spotkaniu autorskim, jednym z wielu, na jakie ostatnio jeżdżę, a jednak szczególnym. Odbywa się ono w maleńkiej miejscowości położonej na uboczu. To dosłownie parę parterowych, drewnianych domków okolonych przez płoty, za którymi szumi las. Nieoficjalna część dokonuje się na świeżym powietrzu, przy ciężkim stole. Wódę pijemy na wiadra. Wiadomo, w małych miejscowościach ludzie są najbardziej gościnni.

Na spotkania autorskie jeżdżę sam, ale tym razem towarzyszą mi moi ukochani przyjaciele. To konkretne twarze i imiona, które jednak zmilczę (udział w moim śnie mogą wziąć za obrazę). Siedzimy, gadamy, żremy karkówkę z grilla, no i walimy tę wódę. Nagle orientuję się, że jest już późno. Nie mamy gdzie spać. Trzeba wyruszyć ku miastom.

Wieś, w której się znajdujemy, służy za miejsce spotkań możnych tego kraju. Jest taką Magdalenką trzeciej i czwartej Rzeczpospolitej. Dlatego leży w głębokim lesie, pozbawiona stacyjki kolejowej czy nawet przystanku PKS. Nie wiem, jak tu przyjechałem. Co gorsza, nie mam pojęcia, jak wrócić. Przejęty, krążę między domami, a słońce krwawo zapada się w sosny.

Ratunek ma zacną twarz Aleksandra Kwaśniewskiego. Poczciwy Olo wygląda kubek w kubek jak w Charkowie. Nie wie, kim jestem ani co tu robię, lecz traktuje mnie z wielkopańską serdecznością. Mówi, że nie ma problemu, zawiezie mnie, gdzie tylko chcę. Dziękuję ślicznie, lecz nie jestem sam. Towarzyszą mi pijani przyjaciele. Nalaną, czerwoną gębę Ola rozjaśnia szczery uśmiech. „Co za problem – mówi – wezmę i twoich kumpli! Zbierzcie się spokojnie, czekam na was przy maybachu”.

Uradowany, przynoszę chłopakom dobre wieści. Załatwiłem transport, koledzy, rozchodniaczka i ruchy, bo Olo czeka. Tymczasem ujawnia się inny rodzaj kwasa. Jeden kumpel zasnął, inny ani myśli oderwać się od butelki, trzeci właśnie leci z miejscową dziewuchą na siano, a czwarty obwieszcza, że prędzej pójdzie na butach niż wsiądzie z tym jebanym komuchem do jednego samochodu. Tłumaczę, że to jedyna szansa. Próżno wyglądać innego transportu. I co? I nic. Chłopcy są nieprzejednani.

Wracam do Ola, który rzeczywiście czeka oparty o swojego maybacha, i mówię: „Przepraszam panie Prezydencie, jednak nie jedziemy”. Jeśli Olo nawet widzi, jak mi głupio, to nie daje tego po sobie poznać. Macha ręką, znów po wielkopańsku. Nic się nie stało, nasza sprawa, chcemy zostać, to sobie zostańmy. Po chwili patrzę na malejące światła maybacha. Zapadła noc. Dobiegają mnie odgłosy gasnącej popijawy i babskie piski ze stodoły, pod gwiazdami ścigają się nietoperze, a droga, którą odjechał maybach, wije się jak znak zapytania.